FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Ludzie

„Są ludzie, którzy szczerze mnie nienawidzą”. Rozmawiamy z Michałem Fują, dziennikarzem śledczym TVN [WYWIAD]

Autor: Agnieszka Sielańczyk
16-04-2026
„Są ludzie, którzy szczerze mnie nienawidzą”. Rozmawiamy z Michałem Fują, dziennikarzem śledczym TVN [WYWIAD]
„Są ludzie, którzy szczerze mnie nienawidzą”. Rozmawiamy z Michałem Fują, dziennikarzem śledczym TVN [WYWIAD]
fot. zdjęcia próbne do serialu HBO „Morderca szyty na miarę”

Kiedy w 2017 roku TVN emitował reportaż o Robercie Janczewskim – mieszkańcu krakowskiego Kazimierza podejrzewanym o zabójstwo studentki – był jednym z dziennikarzy, którzy uwierzyli w założenia prokuratury. Dziś jest jednym z narratorów serialu dokumentalnego HBO „Morderca szyty na miarę”, który tę samą sprawę ogląda z zupełnie innej strony. Janczewski spędził w areszcie siedem lat, niedawno od zarzutów został prawomocnie uniewinniony. Sprawa śmierci Katarzyny Zowady pozostaje niewyjaśniona.

Rozmawiamy o mechanizmach, które zamieniają niewinnych ludzi w podejrzanych, fałszywych ekspertyzach, świadkach przesłuchiwanych do skutku, nadajniku GPS znalezionym pod swoim samochodem i o tym, dlaczego przekonanie opinii publicznej bywa ważniejsze niż przekonanie sądu.

Zacznijmy od sprawy „Skóry”. W serialu HBO przyznajesz, że sam uwierzyłeś w wersję śledczych o Robercie Janczewskim. Mówisz: „Pomyliłem się razem z systemem”. Czy chwila, w której zdałeś sobie z tego sprawę była jednorazowym przełomem czy narastającym procesem?

Mchał Fuja: Nigdy też nie kryłem, że udział w serialu był dla mnie formą pewnego oczyszczenia i pokazania prawdy o tym, jak wyglądała ta sprawa. Nie po to, żeby się wyspowiadać, ale dlatego, że byłem przekonany, że zwyczajnie nas oszukano – i że kiedy się zorientowaliśmy, zareagowaliśmy natychmiast.

Kolejnym reportażem – tym razem o błędach śledczych i prokuratury w tej sprawie.

Pamiętaj, jakie możliwości weryfikacji ma dziennikarz. Musi opierać się na sprawdzonych źródłach – na wiedzy z sądów, od prokuratorów, policji. Zakłada przy tym, że te osoby mogą się mylić, ale nie spodziewa się, że Prokuratura Krajowa – najważniejsza prokuratura w kraju – będzie go celowo wprowadzać w błąd, że będzie kłamać dla jakichś wyższych celów.

Dziś wiem, że prawdopodobnie polegało to na tym, że przekonanie opinii publicznej było ważniejsze niż przekonanie sądu. Bo kiedy ludzie żądają krwi, kiedy oczekują wskazania mordercy, sąd może przez ten pryzmat wyrokować – i tak się chyba stało w pierwszej instancji. Do pewnego momentu był to zbieg bardzo różnych okoliczności, na które nie miałem wpływu.

 

Aresztowanie Janczewskiego zbiegło się w czasie z Twoim reportażem.

Nie jest tajemnicą, że mieliśmy sygnały, iż będzie aresztowanie. Nie było to jednak powiedziane wprost, nie otrzymałem informacji: „tego i tego dnia Robert zostanie zatrzymany”. To był splot wydarzeń i przygotowań: tu biegły mówił o dodatkowych badaniach, tam ktoś dawał do zrozumienia, że coś się dzieje. Zaczęliśmy się bliżej przyglądać człowiekowi, o którym prokuratura zapewniała ze stuprocentową pewnością, że jest sprawcą. Wtedy poszczególne elementy jego życiorysu wyglądały bardzo podejrzanie – pojawiało się zabijanie królików, znęcanie się nad kobietami, opisy mężczyzny, który nienawidzi kobiet. To się przewijało w aktach bez przerwy.

Co więcej, dotarliśmy do świadków, którzy z trzęsącymi się rękami, z papierosem odpalanym od papierosa, opowiadali o jego zachowaniu i cechach charakteru, mówiąc, że do dziś się go boją.

Sprawca jak malowany.

Dopiero po reportażu wiele się zmieniło. I – wracając do pierwszego pytania – nie było jednego punktu przełomowego. Pierwszym sygnałem ostrzegawczym były naciski ze strony prokuratury. Jest taki moment, kiedy próbuje się przekonać opinię publiczną, że po zatrzymaniu i przeszukaniu mieszkania Roberta znaleziono włosy należące do Katarzyny. Początkowo mówiono o „śladach biologicznych”, potem – że to włosy. I tu uratowała nas jedna z cech dziennikarstwa telewizyjnego: działamy zdecydowanie dłużej niż dziennikarze prasowi. A wtedy już pewne osoby zaczęły tracić cierpliwość. Zaczęliśmy odbierać telefony: „Dlaczego tego materiału jeszcze nie ma? Prokuratorowi bardzo zależy”. Kiedy zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego mu tak bardzo zależy, skonsultowaliśmy sprawę z biegłymi. I okazało się, że te włosy absolutnie nie mogą stanowić żadnego dowodu w sprawie.

Błąd przy badaniu tych włosów był kuriozalny.

Ja nie nazywam tego błędem. To nie mogło być nieumyślne – to było świadome działanie. Badanie morfologiczne włosów mogło jedynie je posegregować: co jest włosem, co nitką, co sierścią zwierzęcia. A już w tym podstawowym badaniu biegła wskazywała „wysoki stopień prawdopodobieństwa” lub „prawdopodobieństwo graniczące z pewnością”. Wszyscy pozostali biegli mówili, że to jest niemożliwe, że tak się nie robi. Że badanie morfologiczne to nie jest badanie DNA i pod mikroskopem nie ma możliwości w ten sposób zidentyfikować włosa. Wręcz wskazywano, że przedstawiając opinię w taki sposób, popełnia się przestępstwo.

Wiedziałeś o tym w trakcie śledztwa? Czy ktokolwiek z dziennikarzy zakwestionował to badanie zanim Janczewski usłyszał wyrok skazujący?

Tak, zrobiliśmy to z Łukaszem Frątczakiem w drugim reportażu, który powstał stosunkowo krótko po aresztowaniu. Nie wiem, czy jest w pełni dostępny – jeden z bohaterów w międzyczasie zmarł, prawnik, który w nim występował, a z kolei jeden z biegłych wycofał się, co również odczytujemy jako efekt nacisków prokuratury. Musieliśmy reportaż ściągnąć. Ale tak – pokazaliśmy w nim, że inny biegły określał te metody badań jako „wróżenie z fusów”.

Skoro mowa o wróżeniu z fusów – na pewnym etapie śledztwa zatrudniono jasnowidza, Krzysztofa Jackowskiego. Człowieka, który nigdy niczego konkretnego nie wskazał. Czy jego zatrudnienie w tak poważnej sprawie to nie przejaw desperacji organów ścigania?

Nie chciałbym tego wątku oceniać jednoznacznie, bo zakładam, że śledczy próbowali wtedy wykorzystać wszelkie możliwe sposoby – pozyskania informacji albo sprowokowania sprawcy. Mogli założyć, że bogobojny sprawca przestraszy się jasnowidza. Tę wersję podważa jednak jedna rzecz: kiedy jasnowidz wskazał inną osobę, a poza tym opisał jakieś zabudowania z wizji, prokurator zamiast po prostu to nagłośnić i być może przestraszyć faktycznego sprawcę, zaczął z udziałem Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków poszukiwać tych zabudowań. To pokazuje, że prokurator naprawdę wierzył w tę wizję – i to już nieco uniemożliwia obronę jego działań.

Przypomniał mi się słynny cytat: „A kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci”. To są przypuszczam gigantyczne budżety, takie poszukiwania. W śledztwie pojawiają się też inni potencjalni podejrzani – tajemniczy Leszek, który jako pierwszy skierował podejrzenia na Roberta, to on wykonał donos. I Władimir W. – człowiek, który w podobnym czasie oskalpował własnego ojca i zakładał na siebie wyprawioną skórę jego twarzy. Szybko znikali jednak z horyzontu zdarzeń. Dlaczego?

Biegli szybko ustalili, że Władimir W. to zupełnie inny modus operandi i inny motyw – była to zemsta na ojcu. Natomiast masz rację – te wątki zostały zepchnięte na margines i skupiono się na Robercie, odsuwając inne możliwości. Choć nie powiedziałbym, że zostały całkowicie zamknięte – były badane. Jeden z biegłych powiedział mi wprost, już po zatrzymaniu Roberta: „Nie wierzę, że to on, bo prokuratura i archiwum [Archiwum X – specjalna jednostka policji] przyszły do mnie i mówią: zapomnij na razie o Robercie, mamy lepszego człowieka”. Ale kiedy rok czy dwa lata działań nie przynosiły efektów, wracano do Roberta. Bo on był „bezpieczny” – mieszkał sobie na Kazimierzu, dziwnie się zachowywał i zawsze można do niego wrócić.

 

fot. kadr z serialu HBO „Morderca szyty na miarę”fot. kadr z serialu HBO „Morderca szyty na miarę”

Nagłośniłeś w tym czasie również historię naukowca z UJ – kogoś, kto był zupełnie niewinny, a działania policji i prokuratury doprowadziły go do samobójstwa. I o którym szybko zapomniano jako o podejrzanym. Człowiek, który został w zasadzie zniszczony przez niesprawną machinę sprawy „Skóry”.

Teoretycznie był tylko świadkiem, ale działaniami wobec niego doprowadzono go do śmierci samobójczej – i jest to dla mnie okropne. Zniszczono mu życie. Był przesłuchiwany przez całą noc, policja i prokuratura weszły do jego zakładu pracy i domu, zabrali wszystkie nośniki danych. Grożono mu komisją dyscyplinarną na uczelni, gdzie był nagradzanym wykładowcą, osiągającym świetne wyniki naukowe. Klasyczną metodą prokuratury w tej sprawie było: „Nie mamy na ciebie dowodów zabójstwa, ale w czasie przeszukania znaleźliśmy coś innego”. W tym przypadku chodziło o rzekomo nielegalnie przechowywane tkanki ludzkie – co w przypadku histologa pracującego od lat w zakładzie zajmującym się tkankami było absolutną normą. To nie były tkanki, które trzymał w domu niczym relikwie czy trofea – to były materiały w zakładzie histologii, dostarczane mu przez innych lekarzy z operacji. Nic niezwykłego w tamtym czasie. Ale kiedy chcesz komuś postawić zarzuty, zawsze się coś znajdzie.

Czy ta sprawa znalazła swój finał? Ktoś poniósł odpowiedzialność za tę śmierć?

Sprawa została umorzona dawno temu. Liczyłem po cichu, że po moim reportażu zajmie się nią wydział spraw wewnętrznych prokuratury. Ale nie mam żadnej informacji, żeby ktokolwiek się nią zainteresował, żeby chciał ode mnie dokumenty, żeby cokolwiek sprawdzał.

To bardzo smutna historia, w którą aż trudno uwierzyć. Chciałam zapytać o sprawę Skóry jako całość – Robert Janczewski został uniewinniony po siedmiu latach, ale sprawa pozostała bez odpowiedzi. Czytając różne materiały, odniosłam wrażenie, że ofiara mogła popełnić samobójstwo, a skórowanie nastąpiło już po jej śmierci. Nikt nie został za to skazany. Jak Ty to czujesz po tylu latach? Sprawa jest po prostu zamknięta – nierozwiązana?

Na pewno nie chodzę po Krakowie i nie szukam mordercy – to naprawdę nie jest moja rola i nie mam takich możliwości. Mam tysiąc innych tematów, które wymagają pilnej interwencji. Interesuję się tą sprawą, śledzę, co się w niej dzieje. Ale fizycznie, na tym etapie, nie jest możliwe sprawdzenie, czy to był inny sprawca, który może już nie żyje, może wyjechał, może jest już emerytem. Albo – tak jak niektóre hipotezy mówiły – Katarzyna popełniła samobójstwo, a ktoś znalazł jej ciało i dokonał profanacji zwłok. Tylko że to nie pasowałoby prokuraturze, bo profanacja przedawnia się znacznie szybciej niż morderstwo. Stąd pewnie nikt tej hipotezy nigdy nie brał poważnie.

Mogę ci powiedzieć coś, na co chyba nikt nigdy publicznie nie zwrócił uwagi. Dowiedzieliśmy się o tym już po reportażach, więc nie miałem gdzie o tym opowiedzieć. Szczątki Katarzyny owinięte były w tkankę znajdującą się w układzie trawiennym zwierząt, chroniącą organy – może krowy, jelenia, jakiegoś większego zwierzęcia. Dla mieszkańca Kazimierza, który całe życie spędził w centrum miasta, nie byłoby to łatwe do zdobycia. Wskazywałoby raczej na kogoś zajmującego się hodowlą lub ubojem. Sugerowałoby, że coś wydarzyło się gdzieś poza Krakowem.

To ciekawy wątek. Czy wyglądało to na celowe działanie człowieka, a nie przypadek zaplątania w rzece?

Skóra Katarzyny była owinięta w nią tak, że trudno wyobrazić sobie, żeby znalazła się tam przypadkowo. Wróćmy jeszcze do aspektu moralnego – bo o to pytałaś. To wszystko było dla mnie na pewno trudne. Przez jakiś czas zastanawiałem się, czy przyczyniłem się do niesprawiedliwości. Myślę jednak, że zareagowaliśmy natychmiast, kiedy tylko zorientowaliśmy się, że ktoś próbuje nas oszukać. I wykorzystaliśmy naszą ówczesną bliskość z prokuratorem i ze śledztwem, żeby pokazać, jak wygląda prawda.

Kończąc wątek Skóry i serialu – mam wrażenie, że w filmie czuć tarcie między Tobą a byłym szefem Archiwum X, Bogdanem Michalcem.

Absolutnie nie. Bardzo go polubiłem. Zresztą, kiedy poznałem go jako młody dziennikarz, czułem się zaszczycony, że mogę wejść do takiego środowiska. To była osoba znana w Krakowie, cytująca Kazika, Dalaj Lamę i filozofów w jednym zdaniu. Dzisiaj trochę inaczej go odczytuję. To jest policjant. Czytając sprawę naukowca, który popełnił samobójstwo, widziałem, jak nakłaniano świadków, żeby ich zeznania pasowały do śledztwa, jak budowano aurę zagrożenia. Świadkowie mówili, że ich kolega oglądał mroczne filmy – na przykład „Bękarty wojny”. A aspirant Michalec zapisywał to tak, jakby dewiant fascynował się scenami zbrodni. To ta sama narracja, która powtarzała się przy Robercie – „mężczyzna nienawidzący kobiet”. Takie etykiety raz przyklejone przez prowadzących przesłuchania, powtarzają się potem przez cały czas trwania sprawy.

I szumnie w mediach. Nagrodę Grand Press dostałeś między innymi za reportaż interwencyjny – o doktorze Norbercie Szalusiu, leczącym pacjentów onkologicznych niekonwencjonalnymi metodami, mówiąc ostrożnie.

Powiedziałabym wprost: nieskutecznymi. Przy tym reportażu miałem poczucie, że jest naprawdę potrzebny – że możemy ostrzec ludzi przed wyzbywaniem się majątku na tej ostatniej prostej. Lub ostrzec rodziny, które w obliczu choroby bliskich są gotowe sprzedać mieszkanie, samochód i duszę diabłu, byle tylko uratować członka rodziny, przyjaciela. To jest jeden z reportaży, który do dziś żyje. Bohater wrócił do zawodu, otoczony prawnikami i niezwykłą grupą wyznawców, którzy – delikatnie rzecz ujmując – bardzo mnie nie lubią.

Czytałam te komentarze. Nie lubią Cię, delikatnie rzecz ujmując.

Dziennikarz interwencyjny musi mieć twardą skórę. Nie ma zresztą żadnej możliwości rozmowy z tymi ludźmi – to ślepa wiara w swojego lekarza. Znam kolegów reporterów, którzy mówią, że nie chcą już zajmować się szarlatanami. Po każdym niemal materiale o takim specjaliście – na przykład doktorze Ziębie – wiąże się to z pozwem i atakami sfanatyzowanych wyznawców. I to jest ta specyfika: z jednej strony widzisz mężczyznę, który udaje specjalistę i naciąga ludzi w ogromnym kryzysie, a z drugiej po każdym materiale z doktorem Ziębą dzwoni do mnie mój ojciec, który dawno temu kończył AGH i mówi: Michał, a Ty wiesz, że ten Zięba to mój kolega z roku? Z wydziału maszyn górniczych, przeróbczych i automatyki! Tacy ludzie odkryli, że mają dar przekonywania i postanowili to wykorzystać. Brak wykształcenia medycznego nie jest przeszkodą.

Ta historia wraca do mnie do dziś. Czepiają się mnie poseł Bosak i środowiska Konfederacji, Ordo Iuris broni takich działań, uzasadniając to wolnością wyboru, prawem każdego do decydowania o własnym leczeniu. Nie zgadzam się z tym. Nawet jeśli ktoś chce leczyć się u takiego człowieka, to ja mam prawo – a nawet obowiązek – informować, jak to wygląda z perspektywy prawdziwych autorytetów w dziedzinie onkologii.

 

fot. premiera serialu HBOfot. premiera serialu HBO

Inne środowisko, którym się zajmowałeś, to myśliwi. W wywiadzie dla Fundacji Olgi Tokarczuk opowiadałeś, że podczas nocnych polowań dochodziło do sytuacji, w której myśliwi widzieli was, a wy ich przez kamery termowizyjne. Świadomie podejmujesz ryzyko?

Ryzyko fizyczne jest realne. Pijany strzelec, kamera termowizyjna po jego stronie – i nagle jesteś ciepłą plamą w lesie. Mogłem być kolejnym artykułem: „wypadek z dzikiem”. W telewizji muszę jednak coś pokazać – mieć dowody i je uwiarygodnić. Kiedy dostałem nagrania z tym myśliwym: jak pije, poluje, znęca się nad zwierzętami, dobija je w sposób absolutnie niehumanitarny – wiedziałem, że musimy sami również coś sfilmować. I przy pierwszym polowaniu mieliśmy już wszystko: był pijany w trakcie polowania, zabił zwierzę objęte ochroną, polował nocą na sarnę, co jest zakazane, a po polowaniu nie zarejestrował upolowanej zwierzyny – czyli po prostu ją ukradł. Nie potrzebowałem więcej. Nie musiałem ryzykować życia przy kolejnych wyjazdach.

Czy te dowody wystarczyły do skazania?

Został wykluczony z koła łowieckiego, ale zdaje się, że ma się dobrze i poluje nadal. W prokuraturze sprawa dwukrotnie miała być umorzona. Piłka chyba wciąż w grze przed Głównym Sądem Łowieckim. I tak, oczywiście to mnie irytuje – kiedy narażasz się, żeby ujawnić prawdę, a ona się potem rozmywa. Czy jednak naprawdę moim celem jest, żeby ktoś trafił do więzienia? Chyba nie. Zależy mi na tym, żeby ujawnić prawdę, żeby ludzie wiedzieli. Dziś karta karna szybko się czyści, z Internetu za odpowiednią opłatą można wymazać przeszłość i ta sama osoba po latach wraca do tego samego biznesu. I to jest właśnie nasze zadanie jako dziennikarzy – pamiętać, bo zbiorowa pamięć się wykrusza.

Która ze spraw była dla Ciebie najważniejsza – zawodowo i prywatnie?

Nie ma jednej. I ciągle liczę, że będą kolejne, ale dużo życia straciłem i ucierpiałem prywatnie przy sprawie kryptowalut – związanej z zaginięciem Sylwestra Suszka. To była kombinacja wielu czynników: nienawiść w Internecie, opłacani komentatorzy, influencerzy na usługach giełdy. Pojawiły się pierwsze groźby fizyczne. Musiałem jeździć z ochroną, a mechanik znalazł pod moim samochodem nadajnik GPS. Zgłosiliśmy to do prokuratury. Prokuratura nie była jednak w stanie znaleźć człowieka, na którego zarejestrowana była karta SIM.

To buduje napięcie, można żyć w stałym strachu. Na szczęście prowadzę spokojne życie rodzinne – żona, dwójka dzieci, weekendy spędzam na ich turniejach. Myślę, że mało można znaleźć na mnie haków. Miałem jednak taki moment, kiedy zastanawiałem się, czy to na pewno zmierza w dobrą stronę.

 

fot. nagroda za materiał „Co się stało z królem kryptowalut”, reportaż odkrywający nieznane fakty o Sylwestrze Suszku.fot. nagroda za materiał „Co się stało z królem kryptowalut”, reportaż odkrywający nieznane fakty o Sylwestrze Suszku.

Od spraw zabójstw, przez szarlatanów medycznych, myśliwych, po kryptowaluty. Czy jest jakiś wspólny mianownik, jakiś mechanizm patologii, który cię w tych sprawach interesuje? Czy nie byłbyś lepszym dziennikarzem śledczym, gdybyś skupił się na jednym z tych obszarów?

Zastanawiam się nad tym. Myślę, że gdybym pracował tylko w obrębie błędów medycznych, to czułbym się ograniczony. Do nas cały czas zgłaszają się ludzie. Kiedyś sami szukaliśmy tematów w bieżącej prasówce, u rzeczników, w mailach do redakcji. Teraz tematy nas zalewają i właściwie musimy selekcjonować, co się nadaje do telewizji, co na dłuższy reportaż, z czego można zrobić interwencję. Ktoś przysyła prywatnie kilka tomów akt z prośbą, żebym się zapoznał. A ja już nie mam czasu czytać normalnej książki wieczorem, bo w ciągu dnia przyszły kolejne akta. Tej różnorodności nie zamieniłbym na nic, ona mnie zawodowo rozwija. Przy myśliwych nie wiedziałem o polowaniach nic. Przy księżach nie znałem mechanizmów środowiska. Cały czas się uczę. Jak były Prezydent.

Wspomniałeś o reportażu o księdzu zajmującym się działalnością misyjną. Spodziewaliście się ataku środowisk katolickich, a tymczasem znalazłeś wsparcie.

Mam nieoczekiwane duże wsparcie – między innymi ze strony Jana Pospieszalskiego, który cytuje nasze materiały. Przy obecnej polaryzacji jesteśmy po dwóch biegunach różnych mediów, a okazuje się, że on uważa za fascynujące to, co ujawniliśmy, bo w środowisku kościelnym te rzeczy były znane, ale zamiatane pod dywan. I to też jest zaskakujące, że po drugiej stronie barykady są ludzie, którzy doceniają tę pracę. Z drugiej strony – są reportaże, przy których w ogóle nie spodziewamy się ataków, a one się pojawiają z zadziwiającą siłą.

Chcę zapytać o granicę między dziennikarstwem śledczym a manipulacją. Czy zdarzyło Ci się obejrzeć gotowy materiał i pomyśleć: „To poszło trochę za daleko”?

Oczywiście są sytuacje, kiedy ktoś mówi, że zmanipulowaliśmy rozmowę – wywiad telewizyjny to często godzina nagrania i dwie minuty na antenie. Z perspektywy negatywnego bohatera to zawsze będzie manipulacja – tak jak na montażu filmowym wycina się fragmenty, które nie przeszłyby selekcji. Natomiast to trochę tak jak z Bogdanem Michalcem z serialu – po jego obejrzeniu można odnieść wrażenie, że go nie lubię, że mam do niego jakąś osobistą awersję. A tak nie jest. Zastrzeżenia do konkretnych działań mam – bo pracując nad swoimi reportażami, ale również czytając artykułu kolegów z branży widzę, że nie jest nieomylny. Mam prawo zadawać pytania, podważać niektóre jego metody, ale nie traktuję tego osobiście.

Prokuratorzy Cię nie lubią. Zdarza im się wywoływać Twoje nazwisko publicznie na rozprawach.

To są pojedyncze osoby. Większość prokuratorów i policjantów, których poznaję w pracy zawodowej, to naprawdę uczciwi ludzie. I zawsze byłem przekonany, że gramy do jednej bramki. Nie ma z mojej strony żadnej krucjaty. Ścieramy się przy konkretnych sprawach, kiedy widzimy manipulację. Niedawno była historia ze Szczecina – prokurator aresztował młodego chłopaka pod zarzutem handlu narkotykami. Wszyscy w pewnym momencie wiedzieli, że to pomyłka, że zatrzymano nie tę osobę, ale prokurator przez długi czas się opierał. Może nie chciał się przyznać do błędu, może nastąpił jakiś stupor. Chłopak w końcu wyszedł, absolutnie niewinny. Takie sprawy się powtarzają i wtedy rzeczywiście nie mam podstaw, żeby traktować danego prokuratora życzliwie.

Jeżeli popełniłem błąd w sprawie Roberta – przyznaję się do tego bez problemu. Pracujemy kilkanaście, kilkadziesiąt lat i błędy się zdarzają. Pytanie, czy są świadome, czy ktoś nasoszukał, czy czegoś nie dopilnowaliśmy.

Czy myślisz o tym, że skutki Twoich reportaży mogą być inne, niż te, które zakładasz w trakcie ich realizacji?

Tak, ale nie chcę generalizować – to wygląda inaczej przy każdym reportażu. Przy większości moich materiałów głównym celem jest dobro pokrzywdzonych. I bardzo mnie cieszy, kiedy ludzie, którzy mi zaufali, opisując mi swoją historię, mówią potem, że coś się dla nich zmieniło – na przykład odzyskali mieszkanie ukradzione przez opiekunkę, która weszła w romans z kimś bliskim. Dostaję wiadomości: „Panie Michale, pan pierwszy spojrzał na tę sprawę inaczej i pomógł nam". Są też sprawy z przestępczości gospodarczej, gdzie pokrzywdzeni nie są tak widoczni. I również mnie cieszą, bo ich ujawnienie jest ważne samo w sobie.

Trudna rzecz, tak patrzeć na czyjeś cierpienie czy niesprawiedliwość systemową.

Chłoniemy bardzo dużo historii, emocji ludzkich, problemów. Żyjemy z tym. To nie jest łatwe przez kilkanaście, prawie dwadzieścia lat. Akta, rozmowy, dokumentowanie historii, które nie zawsze da się przełożyć na reportaż, a które gdzieś w nas zostają. Ta różnorodność tematów jest dla mnie też w pewnym sensie oczyszczająca – możesz wyjść z jednej trudnej sprawy i wejść w coś zupełnie innego. To potrafi oczyścić głowę. I to chyba jest ważne, żeby w tej robocie długo wytrzymać.

 

FacebookInstagramTikTokX