FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Muzyka

„Romans się skończył. Podajemy sobie dłonie i idziemy swoją drogą”. O nowej płycie rozmawiamy ze Spiętym [WYWIAD]

Autor: Agnieszka Sielańczyk
15-04-2026
„Romans się skończył. Podajemy sobie dłonie i idziemy swoją drogą”. O nowej płycie rozmawiamy ze Spiętym [WYWIAD]
„Romans się skończył. Podajemy sobie dłonie i idziemy swoją drogą”. O nowej płycie rozmawiamy ze Spiętym [WYWIAD]
fot. Łukasz Bieniecki

20 lutego premierę miała czwarta solowa płyta Spiętego zatytułowana „Full H.D.”. Hubert Dobaczewski przyznaje, że śmiech i ironia idą tu w parze z lękami. Rozmawiamy o rozdzielczości, w jakiej widzi świat i o tym, dlaczego myślenie o niebyciu może być równie wyzwalające co taniec.

Tytuł „Full H.D.” – to trochę tak, jakbyś nagle zaczął widzieć pewne rzeczy z inną ostrością, z większą mocą. Czy to rzeczywiście jest zamysł albumu – pokazywać rzeczywistość w jakiejś szczególnej rozdzielczości?

Zajmuję się słowem, więc tytuły płyt zawsze były dla mnie ważne. Gdzieś zapisałem sobie te „Full H.D." już lata temu – Hubert Dobaczewski, jakiś obraz dobrej jakości, dobrej ostrości, tak jak mówisz. I trochę sobie dorobiłem do tej płyty ideologię: pomyślałem, że coś w tych treściach jest takiego, że ona jest na poły ironiczna, a na poły refleksyjna. Pomyślałem sobie, że to oddaje moją naturę. Że to taki mój obraz mojej własnej postaci – bo właśnie te skrajności są na tej płycie pokazane. Przynajmniej tak ją odbieram, choć nie wiem, czy trafnie.

Słuchając płyty, wyłapałam na niej sporo śmierci, przemijania, niebytu. To ciekawe, że ten temat tak wyraźnie się przewija.

Nic bardziej oczywistego niż śmierć. Każdego będzie dotyczyć. I to jest temat, który ukochałem sobie już lata temu. Tę płytę pisałem spontanicznie – po raz pierwszy w życiu pisałem białe wiersze i robiłem to bez z góry założonego tematu. Teksty wypływały ze mnie same. I okazało się, że to właśnie są tematy, którymi zajmowałem się wcześniej: rozterki z tym związane, ironie wynikające z tego, jak kultura radzi sobie ze śmiercią poprzez religię, jak ludzie sobie z tym radzą, czy ta energia istnieje, czy jest przychylna. Na płycie są też dwie piosenki o kobietach – więc to rzeczy, które wcześniej uprawiałem, choć tym razem wyszły zupełnie spontanicznie. Napisałem na tę płytę około siedemdziesięciu tekstów – to bezprecedensowe jak na mnie. Wybierałem te, które wydały mi się najciekawsze, bez żadnego klucza ani konceptu.

To brzmi jak wyjście ze strefy komfortu dla kogoś, kto raczej planuje i kontroluje.

Opieram się w dużej mierze na intuicji i patrząc na siebie, na swoje życie i karierę, widzę, że często pakuję się w sytuacje, w których brak mi komfortu – ale chyba gdzieś podskórnie, intuicyjnie tego potrzebuję.

Płyta była zapowiadana jako inspirowana tańcem – od bolera po disco. Ale muzyka taneczna zestawiona z tekstami pełnymi refleksji to dosyć nieoczywiste połączenie.

Tytuły robocze piosenek to było tango, walczyk, disco 1, disco 2, bolero – tak je sobie po prostu nazywałem. Bolero to piosenka otwierająca album – „Serconośny”. Jestem ciekaw, jak to będzie wyglądało na koncertach, jak ludzie będą reagować. Moje poprzednie płyty taneczne nie były – chciałem czegoś nowego. Co do zestawienia z tekstami: właśnie to mnie w tańcu pociąga – że puszczam kontrolę, przestaję ważyć i rozmyślać. Nie myślisz – jesteś tańcem. I to jest taka chwila oddechu. Choć jak myślę o tym, żeby nie myśleć, to i tak myślę. Tak to u mnie działa.

Nie masz gości na płycie. W branży muzycznej featuring to niemal waluta wymienna – grasz u mnie, ja gram u ciebie. Ty jakoś konsekwentnie tego unikasz.

Jak mam jakiś obraz płyty, to mógłbym być trochę niezadowolony, gdybym kogoś gościł – że coś nie do końca tak, jak sobie wyobrażałem. Zresztą, kiedy odchodziłem z Lao Che, jednym z powodów było właśnie to, żeby znaleźć się w sytuacji, gdzie będę sam ze sobą i dowiem się, kim jestem. Od debiutu w 2009 roku czułem, że to mnie bardziej woła – i długo odsuwałem tę myśl od siebie. W końcu musiałem się zdecydować, bo nie jestem osobą, która ma tyle energii i pomysłów, żeby je dzielić między różne projekty. Nie żałuję. Chyba jestem jeszcze przed momentem, w którym chciałbym kogoś zaprosić – choć przy „Heartcore" Aga Bigaj zrobiła wspaniałe partie wokalne i to spotkanie mi się bardzo podobało.

„Zapalenie przedrostka” to dla mnie taka językowa definicja Twojego podejścia do słowa, do zabawy językiem. Jak długo pracujesz nad takim ostatecznym tekstem?

Czasami bardzo długo. Nad jednym zdaniem mogę myśleć miesiąc. Nie jest to permanentny stan skupienia na danym fragmencie, ale bywa tak, że coś mi nie leży w tekście, nie ma według mnie rozwiązania – albo ma rozwiązanie, które już stosowałem i chciałbym zobaczyć, jak by to wyszło inaczej. I to trwa. Podchodzę do języka jak do instrumentu: śpiewanie tekstu to melodia, więc układanie słów jest dla mnie kluczowe i zwykle zajmuje mi więcej czasu, niż mniej. Tym razem było inaczej – wyszedłem od białych wierszy pisanych błyskawicznie, czasem w dziesięć minut. Ale potem i tak musiałem je przysposobić do formy piosenki: dorzucić refren, rymy. To już zupełnie inna praca.

Powiedziałeś kiedyś, że nie zajmujesz się polityką, bo gdybyś się zajął, to puścił byś pawia. Ale Twoje teksty ocierają się o nią – w innym wymiarze, przez pryzmat manipulacji, systemu, uwięzienia w pewnej rzeczywistości.

Temu właśnie poświęciłem się na „Black Mental” – drugiej solowej płycie. Chodzi o to, że świat niby dzieli się na państwa i narody, a tak naprawdę jesteśmy jednym organizmem i wszyscy na siebie wpływają. I ktoś tę energię wykorzystuje i manipuluje ludźmi – w tym mną. Przy okazji pandemii dużo o tym myślałem i poczułem się takim trybikiem. Nabrałem dystansu: dobra, jest tak jak jest i tego nie zmienię. Ale mogę zmienić myślenie o tym, może mniej się dać zmanipulować. Albo przynajmniej stanąć i powiedzieć: wiem, że będę manipulowany. I mogę pomyśleć, co z tym zrobić.

Co Cię najbardziej niepokoi teraz – w Polsce, na świecie? Mamy wojnę za naszą granicą, napięcia globalne. Czy to jest moment, w którym czujesz, że warto by wyjść na ulicę?

Ciśnienie jest na pewno wyższe – to bez wątpienia. Mówiłem, że to jeden organizm: gdzieś się działo coś złego, a gdzieś było spokojnie. Teraz wydaje się, że eskalacja tej energii jest globalna. I ta energia może wpaść w złą stronę albo w dobrą – nie wiadomo. Jak w złą za mocno, to już nie ma co się martwić, bo koniec. Ale nie biorę na siebie ciężaru całego świata. Wydaje mi się, że będzie co ma być. Że jesteśmy może właśnie gdzieś na rozstaju – jak wtedy, kiedy coś rozkwita. Trudno to przewidzieć. Tak to jakoś puszczam.

Pytanie, które zawsze zadaję gościom: czego byś chciał dożyć? Jakie wydarzenie, odkrycie, rozwiązanie – technologiczne, medyczne, społeczne?

Gdzieś na tej płycie przewija się Polska – w kilku miejscach mówię o niej ciepło. I w mojej głowie też ciepło. Więc w ramach tego małego organizmu, tej społeczności, chciałbym, żeby działo się coś dobrego. Tak mi się marzy.

Jesteś ponad dwadzieścia lat na scenie, masz Srebrny Krzyż Zasługi, Fryderyki, wiele nagród. Gdybyś spotkał siebie na ulicy w Płocku – tego, który dopiero zaczyna – co byś sobie powiedział?

Mam serce do gitary. Zawsze chciałem grać na gitarze, jeszcze jako wyrostek. Gitara jest wdzięczna – można grać subtelnie, można grać mocno. W tym roku skończyłem pięćdziesiąt dwa lata i ciągle chcę grać lepiej. Obiecuję sobie, że będę ćwiczył. Muszę to sobie tylko zorganizować. A co bym sobie powiedział? Chyba: bądź cierpliwy. Bo jestem niecierpliwy i to gdzieś przeszkadza. Ale to też moja natura – jak ktoś jest niski i mówisz mu „nie bądź niski", to co z tym zrobi? Muszę to dźwigać.

Czytałam gdzieś, że nie słuchasz swoich płyt po wydaniu. Że jak wracasz do nich po latach, masz ochotę wszystko pozmieniać.

Kiedy pracuję nad płytą, to najpierw komponuję demo i siedzę nad tym pół roku, chodzę codziennie do pracowni. Potem dokładam wokale, teksty, nagranie. To jest tyle razy przemielone, że w momencie, kiedy płyta gotowa, jestem nią nasycony. Słucham jeszcze kilka razy i już mi tu coś nie pasuje, tu mnie denerwuje, głos inaczej, coś inaczej mi zrobił. I zaczynam myśleć o nowej płycie, co jest przyjemne, bo przestaję się wiązać z tą poprzednią. Romans się skończył. Podajemy sobie dłonie i idziemy swoją drogą. Jestem wobec siebie krytyczny, ale marzę sobie, że jak się zestarzeję już konkretnie, to kiedyś odsłucham wszystko i powiem: „Dobra robota!”

 

FacebookInstagramTikTokX