Pierwsza połowa lat 80. Ryszard Kisiel, korektor z gdańskiej drukarni, jeździ koleją po Polsce: Katowice, Kraków, Łódź, Wrocław. Potem rusza dalej, do NRD, Czechosłowacji, Rumunii, Bułgarii i na Węgry. Wszędzie fotografuje bary, łaźnie i parki, czyli pikiety, w których spotykali się wtedy homoseksualni mężczyźni. Z adresów, zdjęć i notatek składa własnoręcznie „Polish Gay Guide on the European Socialist Countries”. To coś w rodzaju Lonely Planet dla ludzi, których według oficjalnej wersji w socjalistycznym raju po prostu nie było.
Państwo prowadziło zresztą własną ewidencję. W 1985 roku, na rozkaz generała Czesława Kiszczaka, milicja ruszyła z akcją „Hiacynt” i zaczęła zbierać materiały o homoseksualistach i ich środowisku, nierzadko po to, żeby mieć czym szantażować. Kisiel był jedną z jej ofiar. Odpowiedział po swojemu: na przełomie 1985 i 1986 roku robił ze znajomymi przebierane sesje zdjęciowe w prywatnym mieszkaniu, a od listopada 1986 roku wydawał „Filo”, jeden z pierwszych gejowskich zinów w tej części Europy.
Powstały więc dwa archiwa tej samej społeczności. Jedno w milicyjnych teczkach, drugie w reklamówce pełnej starannie opisanych pudełeczek, w których leżało blisko trzysta kolorowych slajdów. Pierwsze miało za sobą aparat państwa. Drugie przez lata nie miało nawet pewności, że komukolwiek się przyda.
Karol Radziszewski dotarł do tej reklamówki okrężną drogą, bo zaczął od własnego magazynu. Pierwszy numer DIK Fagazine ukazał się w Warszawie w marcu 2005 roku, pod tytułem, który anglojęzycznemu czytelnikowi nie zostawia wiele pola do interpretacji. Był to rok, w którym homoseksualność coraz śmielej wchodziła do publicznej debaty, choć raczej tylnymi drzwiami: kilka miesięcy później Parada Równości przeszła ulicami stolicy mimo zakazu władz miasta. DIK stawał okoniem i wobec homofobicznego języka, i wobec schematów, w jakie zwykle wtłaczano homoseksualność. Mieszał sztukę, fotografię, literaturę, erotykę, kulturę wizualną i lifestyle, szukając dla queerowego doświadczenia własnych słów.
Od początku była to robota zespołowa. Radziszewski tworzył magazyn z Pawłem Kubarą, Marcinem Różycem, Stefanem Ingvarssonem i Michałem Zygmuntem, a pierwszych osiem numerów zaprojektowała Monika Zawadzki. Na łamach pojawiało się gejowskie życie Warszawy, subkultury, folklor, celebryci i męskość jako przedmiot pożądania. Kolorowa prasa od dekad robiła dokładnie to samo z kobiecością i nikt nie widział w tym manifestu.
Galeria ma godziny otwarcia, wernisaż listę gości. Magazyn ma nakład i może trafić w ręce kogokolwiek, choćby kogoś, kto do galerii nigdy by nie wszedł.
Od piątego numeru DIK zaczął wyjeżdżać z Polski, a ciekawość kolejnych miejsc szybko zamieniła się w poszukiwanie queerowych historii Europy Środkowo-Wschodniej. Wtedy na horyzoncie pojawił się Kisiel ze swoim archiwum z lat 80. W 2009 roku Radziszewski rozpoczął projekt „Kisieland”, z którego wyrósł między innymi trzydziestominutowy film pod tym samym tytułem z 2012 roku.
Prywatne zbiory pozwoliły spojrzeć na przeszłość od strony, której podręczniki nie znają. Zamiast przełomów, obrad i manifestacji: podróże, randki, pożądanie, codzienność i pamięć pojedynczych ludzi. Z tego spojrzenia powstał numer „Before ’89” z 2011 roku, w którym znalazła się obszerna rozmowa z Kisielem. Później przyszły wydania o Czechosłowacji, Chorwacji, Białorusi, Ukrainie, Budapeszcie i Wiedniu. Ten ostatni wygląda na tej liście jak turysta, który zgubił wycieczkę, ale kto zna historię regionu, wie, że granice pożądania rzadko pokrywały się z granicami bloków.
Brudne, czyli jakie?
Wystawa, którą 17 września o 19:00 Galeria STUDIO otworzy nowy sezon, skupia się właśnie na archiwalnej stronie DIK-a. Kuratorem jest Michał Grzegorzek. Na ścianach i w gablotach: publikacje, fotografie, polaroidy, dokumenty, prywatne zbiory oraz prace innych artystów (ich nazwisk organizatorzy w zapowiedzi nie podają). Całość nie układa się w historię od punktu A do punktu B. To archiwum z dziurami, nieciągłościami i sprzecznościami, a pełniejszy obraz wyłania się dopiero z zestawienia pojedynczych śladów. Widz musi go sobie złożyć sam, trochę jak ktoś, kto z luźnych notatek i adresów próbuje odtworzyć trasę cudzej podróży.
Tytuł gra na dwa fronty. „Brudne” są strony magazynu, zmięte, zaczytane, przechodzące z rąk do rąk. „Brudne” były też historie, które przez lata uchodziły za wstydliwe i niestosowne. Organizatorzy odwracają tę obelgę: na takich stronach przetrwały obrazy, słowa i doświadczenia, których w oficjalnych archiwach nie ma. Cenzura, autocenzura i społeczny ostracyzm sprawiały, że queerowa bliskość żyła w rozkroku między chęcią pokazania się a koniecznością ukrycia. Część z niej ocalała wyłącznie w szufladach, zinach, na zdjęciach i we wspomnieniach.
„Brudne strony” pokazują też, jak z czasem zmieniała się sama praktyka Radziszewskiego. Do magazynu doszły portrety, kolekcjonowanie sztuki, nagrane rozmowy ze świadkami i uczestniczkami wydarzeń oraz gromadzenie dokumentów. Z tego wszystkiego powstał Queer Archives Institute, założona przez artystę instytucja, która bada i zabezpiecza queerową historię. Zdjęcia Kisiela z lat 80. podpisuje się dziś formułą „dzięki uprzejmości Queer Archives Institute”.
Ponad dwadzieścia lat po pierwszym numerze DIK Fagazine jego archiwum jest zapisem przemian jednej artystycznej drogi, ale też tego, jak queerowe społeczności Europy Środkowo-Wschodniej opowiadały i wciąż opowiadają o sobie same.










