Od świata mody potrzebuje oddechu, ale wie, że od projektowania nie będzie w stanie uciec. Piotrek Pańszczyk po odejściu ze współtworzonej z Beckett Fogg marki AREA wraca do siebie. W rozmowie z nami przenosi się do dziecięcych wspomnień, podróży przez definiowanie swojej tożsamości i rozpoznania własnej emocjonalności, jednocześnie rozliczając się z branżową przeszłością.
Jakie emocje towarzyszyły ci przy odejściu z marki AREA?
To była bardzo trudna decyzja, na którą złożyło się wiele czynników emocjonalnych, osobistych, ale też czysto biznesowych. Wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, niewiele się zmieni, a czułem, że zmiana jest konieczna. Początek nastąpił w momencie, w którym świat – zwłaszcza ten związany z modą luksusową – zaczął się gwałtownie zmieniać. Ostatnie dwa lata to czas ogromnych zawirowań ekonomicznych, nawet największe domy mody notowały ogromne spadki, a dla małych czy średnich marek to moment bardzo kryzysowy. AREA rozwijała się dynamicznie, sezon po sezonie notowaliśmy wzrosty o kilkaset procent, ale taki rozwój trudno utrzymać bez końca. Gdy sytuacja zaczęła się pogarszać, wiele sklepów, z którymi współpracowaliśmy, upadło i płatności przestały spływać. Na początku byłem przerażony. Zastanawiałem się, czy to z nami coś jest nie tak – z produktem, z firmą. Rozmawiałem jednak z innymi projektantami i zobaczyłem, że wielu z nich również musiało zakończyć działalność. Presja była ogromna. Rosła też frustracja, bo coraz mniej czasu mogłem poświęcać na twórczość. Zamiast projektować, nieustannie gasiłem pożary. Z czasem poczułem, że zmieniam się jako człowiek. Zatracałem siebie i swoje marzenia, aż w końcu zrozumiałem, że to już nie ta sama praca, która kiedyś mnie ekscytowała. Doszedłem do momentu, w którym zacząłem myśleć o sobie. Zrozumiałem, że moje marzenie to nie jedyne, co w życiu się liczy. Musiałem się zatrzymać, spojrzeć na siebie z boku, zacząć nad sobą pracować wewnętrznie. To jeden z kluczowych powodów, dla których postanowiłem odejść.
Czy pamiętasz najbardziej ryzykowną decyzję, jaką podjąłeś w trakcie prowadzenia AREA?
Oj, było ich wiele. Prowadząc własną markę, zwłaszcza jako młody projektant, ciągle musisz balansować pomiędzy tym, co formalne i „poprawne”, a tym, co realne. Bardzo często stajesz przed dylematem: zrobić coś zgodnie z regułą czy trochę „na skróty”, żeby zaoszczędzić? W pewnym momencie moi przyjaciele zaczęli pracować ze mną, przez co nasze relacje zaczęły mieszać się z zawodowymi. Trudno wtedy stawiać granice i zadbać o balans. Ponieważ znaliśmy się na gruncie prywatnym, miewałem trudności z komunikowaniem się wprost, i tu wracamy do refleksji, że czasem trzeba stanąć w prawdzie wobec siebie. Że jako lider i osoba zarządzająca marką musisz nauczyć się nie tylko komunikacji biznesowej, ale też emocjonalnej. Teraz staram się to wszystko przepracować poprzez terapię i autorefleksję. Chciałbym wrócić do pracy z tymi samymi ludźmi, ale na innych zasadach. Z większą świadomością i przestrzenią na wzajemny szacunek.
Jak przez te dziesięć lat zmieniło się twoje podejście do mody?
Ekstremalnie. Na początku byłem pełen pasji, młody, zafascynowany sztuką i możliwościami wyrażania siebie przez ubrania. Z czasem zacząłem dostrzegać też ciemną stronę tej branży. To bardzo trudne środowisko, pełne lęku, napięcia, walki. Szczególnie na najwyższych szczeblach, gdzie presja sukcesu zabija relacje międzyludzkie. Wielu znanych mi projektantów pracuje w domach mody w Paryżu, Mediolanie czy Londynie, a ich historie są przerażająco toksyczne. Zauważyłem, że bardzo trudno połączyć w tej branży emocjonalność i sztukę z brutalnością i bezwzględnością biznesu. Bo moda to jednak biznes i zadajesz sobie pytanie: „Czy stać cię, by ją uprawiać?”. Nie tylko finansowo, ale też emocjonalnie, psychicznie. Zrozumiałem, że robienie tego, co się kocha, to tylko fragment większej układanki. Sama pasja nie wystarczy, jeśli nie masz warunków, by ją realizować w zdrowy sposób.
Długo zajęło ci odnalezienie własnej tożsamości w modzie?
Bardzo. Moda jest jak sztuka – wielowymiarowa. Kiedy jesteś młody, próbujesz wszystkiego. Zmieniasz style, inspiracje, miejsca. Przeprowadzka z Polski była dla mnie przełomowa, ale Antwerpia i Holandia to miejsca, które otworzyły mi oczy. Pamiętam, jak pierwszy raz naprawdę zainteresowałem się historią mody. Nie faktami, lecz pytaniem: „Dlaczego”. „Dlaczego ludzie w danych momentach nosili to, co nosili? Co ich do tego skłaniało? Jaka opowieść za tym szła?”. Zrozumiałem, że moda to nie tylko ubranie, to zapis emocji, zmian społecznych, opowieści. Wtedy dopiero zaczęła się moja prawdziwa podróż jako projektanta. Zacząłem dużo więcej myśleć – o estetyce, o tym, czym jest „luksus”. Zastanawiałem się, dlaczego mnie to w ogóle pociąga i co luksus znaczy dla ludzi. Bo przecież ta definicja się zmienia i zależy od tego, kim jesteśmy. Ludzie różnie to odbierają – czasem artystycznie, filozoficznie albo zupełnie powierzchownie. Dla wielu luksus to tylko sposób pokazania statusu.
Czy polskie pochodzenie miało wpływ na estetykę twoich projektów zagranicą?
Zdecydowanie. Urodziłem się w Polsce, moja mama dorastała w czasach komunizmu, wychowywaliśmy się w małym mieszkaniu w bloku – cztery rodziny, dzieci, ciotki. To wszystko miało wpływ na to, kim się stałem, także na moją relację z luksusem. Pamiętam, że kobiety w mojej rodzinie cechował niesamowity zmysł estetyczny. Mimo braku środków miały w sobie naturalną potrzebę piękna, stylu, same tworzyły rzeczy – to był ich sposób na wyrażenie siebie. To dało mi tę wschodnioeuropejską siłę, kreatywność i charakter, nauczyło mnie, że charakter zawsze jest ważniejszy niż pieniądze. Gdy później doświadczyłem, czym jest prawdziwy luksus, zrozumiałem, że też może być piękny, ale niesie ze sobą pewien ciężar. Zaczynasz się zastanawiać: „Kim jestem? Co reprezentuję?”, często po drodze nieświadomie wykorzystując wpływy innych kultur. W AREA chcieliśmy nie tylko stawiać pytania, ale też wychodzić poza granice płci oraz stylu. Myślę, że dlatego tak dużo osób pokochało AREA, bo mogli się w niej odnaleźć.
Czy coś cię jeszcze ekscytuje w modzie?
Szczerze? Już nie tak jak kiedyś. Kocham rzemiosło, detale, młodych projektantów, którzy robią piękne rzeczy, ale zastanawiam się, czy jeszcze chcę w tym uczestniczyć. Przez moment myślałem o własnej marce, ale od razu przeszły mnie dreszcze, bo zaraz pojawiła się presja: „Rośnij, produkuj, bądź najlepszy”. Może zacznę od czegoś małego i w spokoju. Od atelier w moim domu i robienia rzeczy z odzysku. Tylko pytanie, jak przetłumaczyć własną tożsamość na nowy język mody?
Jaki ten język mody jest według ciebie?
Znajdujemy się w bardzo dziwnym momencie. Moda już nie ma takiego kierunku jak wcześniej. Kiedyś były lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte, osiemdziesiąte – każda dekada miała swój styl. Teraz wszystko jest wymieszane. Ludzie ubierają się jak kiedyś, bo wiedzą, że obecnie wszystko jest masowe i nietrwałe. Zawsze kochałem skórę, jeans, rzeczy z patyną, ale taka produkcja kosztuje środowisko. Zacząłem się zastanawiać, czy może już wszystko, czego potrzebujemy, istnieje? Może ekscytujące jest tworzenie czegoś z tego, co już jest? Z rzeczy, które mają duszę i są prawdziwe.
Czy uważasz, że w komercji i konsumpcjonizmie jest jeszcze miejsce na prawdziwą sztukę? Czy w tym pędzie jesteśmy jeszcze w stanie się zatrzymać, by docenić artyzm?
Nie wiem. Myślę, że kiedy świat znajdzie się w naprawdę złym momencie, ludzie będą musieli zmienić sposób produkcji, nie ma innego wyjścia. Martwi mnie jednak, że wiele się zmieniło w edukacji. Ludzie mają krótszy attention span, technologia sporo namieszała. Nie uważam, że jest zła, ale musimy połączyć ją z rękodziełem, z emocją. Trzeba będzie myśleć lokalnie. Mniej globalnych koncernów, więcej małych, świadomych działań.
Czy jest coś, co dziś powiedziałbyś młodszemu sobie?
Bądź sobą – emocjonalnie i zawodowo. Ambicja jest ważna, ale równie ważne jest rozwijanie siebie jako osoby. Nie odkładaj tego na później. Im szybciej zrozumiesz, skąd się biorą twoje reakcje i schematy, tym lepiej. To często wynika z dzieciństwa i relacji z rodziną. Im wcześniej zaczniesz to ogarniać, tym łatwiej będzie ci w życiu zawodowym. Każdy, kogo znam i osiągnął sukces, ma za sobą trudne momenty w karierze. Ja też je miałem. Czasem jesteś świetny w jednej rzeczy, a czujesz się bezużyteczny w innych. To bywa przerażające, ale trzeba być elastycznym. Może nie jesteś projektantem, ale jesteś świetny w produkcie? Może lepiej odnajdziesz się w marketingu? Trzeba być otwartym i mieć odwagę się przekształcać.
Rozważasz powrót do Europy, do korzeni? Czy może widzisz swoje miejsce na stałe w Nowym Jorku?
Bardziej tam pasuję. W Nowym Jorku jest jedna firma, z którą bym został, ale generalnie – moje korzenie, rodzina, przyjaciele są w Europie. Na razie nie wykluczam żadnej opcji.

![Piotrek Pańszczyk: „Dla wielu luksus to tylko sposób pokazania statusu” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_220802_TURNER_AREAPORTRAIT_Shot_01_052_1_36cd12cc91.jpg&w=1920&q=80)






