Sześć par bliźniaków, kalambury i sztuczne pieniądze. Tak w kilku słowach można opisać warszawski performance Edwarda Skeletrixa, rapera z Atlanty znanego z niepokojących wizuali tworzonych z użyciem AI. Część widzów wyszła w trakcie, inni zobaczyli w nim sen o derealizacji. Dlaczego łatwiej nam dopisać artyście diagnozę, niż pogodzić się z tym, że mogł z nas zadrwić?
Odbiorcy, którzy od wieków poszukują w sztuce świadectwa autentycznego cierpienia, w świecie zdominowanym przez media społecznościowe zyskali do niego dostęp w zupełnie nowy sposób. W żadnych innych okolicznościach nie dostalibyśmy chociażby „listy zdrajców” Ye. Skeletrix bez problemu wkleja się w tą internetową rzeczywistość. Teoria „Uncanny Valley” mogłaby być sygnowana jego twarzą – mało jest bowiem artystów, których projekty wywołują taki dyskomfort jak to, co tworzy on.
Warszawski epizod
Dyskomfort ten pojawił się także w przypadku jego wizyty w Polsce. Zorganizowana przez kolektyw OneUp wystawa, a raczej nazwany wystawą interaktywny performance, przyciągnęła blisko tysiąc osób. Przynajmniej na początku wydarzenia było ich tyle. Z każdym kwadransem coraz więcej z nich wychodziło, kręcąc nosem.
Enigmatyczne wydarzenie okazało się zawodami sześciu par bliźniaków, w konkurencjach przypominających szkolny Dzień Dziecka. Były kalambury, przenoszenie jajka na łyżce trzymanej w ustach i szukanie partnera z zasłoniętymi oczami. Widzowie dostali na wejściu sztuczne pieniądze i mieli obstawiać, która para wygra. Pod koniec odpowiednią sumę można było wymienić na nagrodę. Haczyk polegał na tym, że przy uczciwej grze nie dało się tej sumy uzbierać. Mimo to jakimś cudem znaleźli się zwycięzcy.
Derealizacja jako punkt wyjścia
W internetowym jeziorze znaleźli się zarówno atakujący, jak i broniący wystawę. Wśród obrońców dominowała narracja o derealizacji. Wystawa miała w ich odbiorze przypominać sen, w którym nic nie ma do końca sensu. Pomysł ten pokrywa się z wyznaniami Edwarda, który wielokrotnie przyznawał, że mierzy się z zaburzeniem depersonalizacyjno-derealizacyjnym, jednak nie został przez niego wspomniany w kontekście tej wystawy.
Drwina, nie objaw?
„Jeśli Playboi Carti nazywany jest artystą, który dekonstruuje tradycyjne narracje i sposób pisania piosenek we współczesnym rapie, muzyka Skeletrixa jest tym, co przychodzi po tej dekonstrukcji”, napisała Cassidy George w magazynie 032c.
O jego wystawach można powiedzieć to samo co o muzyce. Na pewno nie są typowe i trudno powiedzieć, czy stoi za nimi głębsza myśl. Widząc Edwarda śpiącego na zapleczu, podczas gdy fani dopytywali, czy wyjdzie chociaż na chwilę, pokusiłabym się o stwierdzenie, że wystawa była eksperymentem społecznym, a uczestnikami badania byliśmy my wszyscy. Ale takiemu eksperymentowi bliżej do drwiny niż do objawów zaburzenia dysocjacyjnego.
Skąd mit chorego geniusza
Przekonanie, że choroba psychiczna odpowiada za twórczą stronę osobowości, żyje w naszym społeczeństwie od lat. Choć wśród poetów i artystów zaburzenia nastroju występują częściej niż w populacji ogólnej, nie one odpowiadają za twórczą iskrę. W końcu związek statystyczny nie równa się przyczynie.
Dostęp do głów artystów, jaki dał nam internet ma swoją cenę: każdy może zostać diagnostą. Pod postami Skeletrixa i relacjami z Warszawy fani i przeciwnicy stawiają diagnozy na podstawie krótkich filmów, jednego wywiadu czy wyrazu twarzy. Dla jednych to oczywiste DPDR, dla innych niepoparty niczym komercyjny slop.
Sam artysta zdaje się świadomie grać na tym polu. W wywiadach i wypowiedziach celowo zaciera granicę między personą sceniczną a prawdziwymi przeżyciami – czym zachęca do stawiania diagnoz.
Po co dopisujemy artystom zaburzenia?
Bo diagnoza uspokaja. Łatwiej uznać, że artysta cierpi, niż przyznać, że nas wykorzystał albo że czegoś nie zrozumieliśmy. Wersja z derealizacją chroni obie strony sporu: fanów przed wrażeniem, że dali się nabrać, a rozczarowanych przed zarzutem, że nie pojęli sztuki. Jeśli zasłonimy artystę zaburzeniem, nie musimy się zastanawiać, czy nie chciał nas po prostu wykpić. W ten sposób chronimy nie tylko poczucie własnej wartości – ale też patos artysty.







![„Carrie” wychodzi z ognia. Czy Mike Flanagan uratował bohaterkę Kinga kosztem serialu? [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fimages_93c7c8db4a.jpeg&w=1920&q=80)


