Jedzeniowe trendy z roku na rok mają coraz większą siłę rażenia. Zaczyna się niepozornie - od instagramowego feedu. Chwilę później sklepowe półki zaczynają uginać się od konkretnych produktów, by z kulinarnej fascynacji stać się obiektem memów.
Pamiętacie, jak z niemal każdego zakątka sklepów spożywczych krzyczała do nas dubajska czekolada? Jeszcze większym zainteresowaniem niezmiennie zdaje się cieszyć matcha, której smak od dawna nie ogranicza się wyłącznie do tradycyjnego napoju. Marketingowcy pokochali japońską herbatę na tyle, że chętnie przemycili ją do mleka w tubce, czekoladek, napojów alkoholowych czy nawet past do zębów. Lubimy popadać w jedzeniowe hiperfiksacje, a social media uwielbiają ją potęgować. Tyle że to, co wkładamy do zakupowego koszyka czy na talerz wcale nie zdradza wyłącznie kodu, według którego „zaprogramowane” są nasze kubki smakowe. Nierzadko to też symbol tego, w jakiej społecznej i medialnej bańce jesteśmy osadzeni oraz na ile kultura fitness determinuje nasze codzienne wybory.
Proteinowy zawrót głowy
O obsesji na produkty proteinowe chyba nie musimy nikogo przekonywać. Ta jednak sięga zdecydowanie dalej, niż sklepowe sekcje z przekąskami czy lodówkami od góry do dołu wypełnionymi skyrami lub wysokobiałkowymi jogurtami pitnymi. To też na trendzie określanym jako „protein maxxing” swoją internetową działalność w dużej mierze opierają influencerzy czy twórcy kulinarni. Liczba przepisów z wykorzystaniem odżywki białkowej lub serka wiejskiego przyprawia o zawrót głowy. Owsianki, naleśniki, omlety, zamienniki klasycznych deserów, a nawet substytut pizzy - pytanie tylko, czy każdy z nas faktycznie potrzebuje tak dużej podaży białka, jak mogłyby to nam sugerować social media?
To, w jakich ilościach powinniśmy dostarczać sobie poszczególnych składników odżywczych, w dużej mierze dyktują parametry naszego ciała oraz stopień wykonywanej aktywności fizycznej. O ile faktycznie po posiłkach z wyższą zawartością protein zwykle czujemy większą sytość na dłużej, o tyle bez odpowiedniej wiedzy łatwo popaść w żywieniową pułapkę pozornie zdrowego odżywiania.
Nie wszystkie batony, lody czy napoje tego typu mają czysty skład. Często bywa wręcz przeciwnie. Dodatkowo umówmy się - nie każdy z nas regularnie chodzi na siłownię czy jest aktywnym użytkownikiem Stravy. Bezrefleksyjne podejście do tematu i poddanie się chęci optymalizacji codziennego menu może mieć negatywne konsekwencje dla naszego zdrowia, w tym nerek. W ostatnim czasie kultura diet i wellness niejako wmówiły nam, że wyższa podaż białka w jadłospisie to klucz do dobrego zdrowia oraz sylwetki „idealnej”, ale w praktyce temat jest dużo bardziej złożony, a jeden koktajl na śniadanie nie zastąpi innych zaniedbań takich jak brak ruchu czy odpowiedniej ilości snu.
Fibermaxxing, czyli błonnik na celowniku
Obok maksymalizacji podaży białka, coraz częściej mówi się również o błonniku. To kolejny „kamyk” do ogródka maksymalizacji i optymalizacji życiowych osiągów. Założenia żywieniowego trendu są szczytne. Lepsze trawienie, zdrowie jelit, sprawny metabolizm, kontrola poziomu cholesterolu oraz ustabilizowanie poziomu cukru we krwi. Wg. danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że dorośli powinni spożywać codziennie przynajmniej 25 g błonnika. Tymczasem Polacy dostarczają w codziennej diecie średnio 17–18 g, a więc znacznie poniżej normy. Zamiast na białku, z którym często wcale nie mamy problemów, powinniśmy skupić się na produktach pełnoziarnistych, ziarnach, orzechach, ale jednocześnie wszelkie zmiany wprowadzać stopniowo i bez sięgania po skrajności.
Ube - czy matcha doczeka się następcy?
Ube to fioletowe warzywo korzeniowe pochodzące z Filipin, które wyglądem można by porównać do batata. Jego kolor w połączeniu z egzotyczną nazwą oraz smakiem, który spaja nuty wanilii, orzechów i kokosa stał się przepustką do sukcesu oraz viralowych zasięgów w mediach społecznościowych. A stąd, jak już wiemy, jest błyskawiczna droga, do tytułu spożywczego bestsellera. Są tacy, którzy bulwie wróżą równie świetlaną przyszłość co matchy, ale czy faktycznie ma szansę ona przyjąć się aż tak dobrze na sklepowych półkach oraz w kawiarnianej ofercie? Jeśli traktować ube jako napój, będzie trudno, bo kofeiny w nim nie uświadczymy.
W erze globalizacji nie jest zaskoczeniem, że smaki z odległych zakątków świata stają się coraz bardziej dostępne i z czegoś pozornie egzotycznego, stają się trendem. Firma badawcza Datassential raportuje, że w ciągu ostatnich czterech lat liczba dań i napojów z ube w amerykańskich restauracjach wzrosła o 230% Rosnący popyt na ube szybko jednak okazał się wyzwaniem dla filipińskich rolników. Zmiany klimatu nie pomagają. Według filipińskiego urzędu statystycznego, produkcja rośliny spadła o ok. tonę z 2024 na 2025 rok. Kraj zaczął nawet import z Wietnamu, by zaspokoić popyt. Warto jednak zauważyć, że produkt nie należy do grona tych, o wyjątkowo wysokiej zawartości cennych składników odżywczych czy mineralnych. Lwia część jego sukcesu to po prostu kolor, który sprawia, że jedzenie jest atrakcyjne dla oka, a przede wszystkim naszego feedu w social mediach.
Daktyle w każdej formie
Daktyle sprzedażowo radzą sobie znakomicie. Jak w maju br. raportował „The Guardian”, w brytyjskiej sieci Ocado sprzedaż odmiany medjool wzrosła w ujęciu rok do roku o 100%, a liczba wyszukiwań masła daktylowego czy daktyli w czekoladzie odpowiednio o 458% i 135%.
Prym w tej kategorii wiedzie szwedzka marka Dave & Jon’ oraz duńskie True Dates (od 2025 roku dostępna w Polsce), które oferują daktyle obtoczone w posypkach czy zanurzone w smakowych aromatach takich jak słony karmel, cynamonka czy pistacja. Na naszym rodzimym rynku coraz liczniej pojawiają się też lokalne alternatywy dla skandynawskich przekąsek. Dla nieco bardziej ambitnych Instagram czy TikTok służą tysiącami inspiracyjnych nagrań z prostymi przepisami na daktyle - od wypełnienia ich masłem orzechowym i płatkami soli, po domowe wersje batonów. Ich popularność doskonale wpisuje w nurt rosnącej świadomości dot. jedzenia. Jeśli dodatkowo w grę wchodzi przystępność, szeroka dostępność oraz atrakcyjny pomysł ich podania w kolorowej i smacznej oprawie, trudno się dziwić, że sprzedażowo mają się tak dobrze.
Mrożony jogurt powraca
Mrożony jogurt to nie tyle nowy trend, ile gastronomiczny wielki powrót. Tzw. froyo (skrót od ang. frozen yoghurt) pierwszy wielki sukces odnotował w latach 80. jako przedłużenie ówczesnej fascynacji fitnessem i kulturą diet. Chwilę później nieco osłabł na sile, by kolejny boom przeżyć w latach 2010-2015. Szczególnie dobrze miały się wtedy punkty w galeriach handlowych, które jako zdrowsza alternatywa dla lodów oferowały grecki jogurt z dodatkami - owocami, orzechami, czekoladą lub herbatnikami.
O ile na polskim rynku gastronomicznym wyraźnego powrotu deserów z jogurtem greckim w roli głównej jeszcze nie widać, zwykle to, co dzieje się na zachodnich rynkach, wyznacza szlak, którym będzie podążała i nasza rodzima scena kulinarna. Przyglądając się nieco bliżej najpopularniejszym miejscom na mapie świata, nie sposób zauważyć, że wiele z nich podrasowało swój branding. Chociaż ich metraż zwykle nie jest największy i opiera się na serwowaniu przekąski “na wynos”, sięga aspiracyjnie do motywów „quiet luxury”.
Podobnie jak w latach 80. czy dekadę temu, tak i dzisiaj powrót mrożonego deseru opatrzony jest narracją o niskiej zawartości tłuszczu oraz cukru i dużej ilości białka. To kolejny gastronomiczny trend, który doskonale wpisuje się w szerszy nurt powrotu do rozmiaru „0”. Z jego rosnącej popularności nie omieszkały również w ostatnich miesiącach skorzystać marki beauty, które lokale serwujące zdrowy deser wykorzystywały przy promocji swoich nowych produktów czy sezonowych kampanii. Z jednej strony, powrót mrożonych jogurtów do łask cieszy, z drugiej strony ma słodko-gorzki smak, bo jest kolejnym dowodem na to, że mimo upływu lat nie pozbyliśmy się wyrzutów sumienia związanych z tym, co trafia na nasz talerz.





