Nikt się do tego nie przyzna przy niedzielnym obiedzie, ale prawie każdy z nas ma w szufladzie lub w sercu jakiś mały pakt z nieznanym. Czerwona wstążeczka przywiązana do wózka niemowlęcia, trzy splunięcia przez lewe ramię, pukanie w niemalowane drewno w obawie, że los przywiąże się do wypowiedzianych słów. Oficjalnie jesteśmy krajem racjonalnym, ochrzczonym, zaszczepionym i zinformatyzowanym. Nieoficjalnie pod tym lakierem wciąż skrzypi stara, sosnowa podłoga, po której chodzili nasi pradziadowie z gromnicą w jednej ręce i pękiem ziół w drugiej.
Chrześcijaństwo przyszło nad Wisłę z mieczem, krzyżem i dokumentem z pieczęcią, ale słowiańska wyobraźnia nie dała się wyrugować. Zeszła do piwnicy i przeczekała. Tysiąc lat później wychodzi z niej czasem jako atrakcja turystyczna z gminnym budżetem na festyn, czasem jako szept za zamkniętymi drzwiami drewnianej chaty na Podlasiu.
Szeptucha, czyli kontakt z niebem
Szeptucha to kobieta w chustce, zwykle w słusznym wieku, mieszkająca gdzieś między Hajnówką, Bielskiem Podlaskim a granicą z Białorusią, w krajobrazie, w którym prawosławne cerkiewki rosną z ziemi równie naturalnie jak grzyby po deszczu. Nie reklamuje się w Internecie, nie ma cennika ani recepcji. Ma za to kolejkę samochodów na rejestracjach z całej Polski, zaparkowanych w rzędzie pod płotem jak pielgrzymka, która przesiadła się z konia do hatchbacka.
Sam rytuał jest prosty, co tylko dodaje mu grozy. Gość siada na krześle, szeptucha kładzie mu dłoń na głowie i zaczyna mówić modlitwy półgłosem, w starej mieszaninie cerkiewnosłowiańskiego i miejscowej gwary, tak cicho, że słowa bardziej się czuje, niż słyszy. Czasem po wszystkim poleje wosk nad miską wody, czasem przetoczy jajko po ciele, żeby zebrało zły urok niczym odkurzacz kurz spod kanapy. Na koniec zaleci przyjechać jeszcze dwa razy, bo w tej tradycji trójka pozostaje liczbą świętą. O zapłatę się nie pyta. Zostawia się „co łaska” pod ikoną w kącie izby, a szeptucha udaje, że nie widzi, bo daru od Boga się przecież nie sprzedaje, przyjmuje się podziękowanie.
Kto do niej jeździ? Każdy, kto dotarł do końca długiej listy medycyny konwencjonalnej i nie znalazł tam odpowiedzi. Matki z płaczącymi po nocach niemowlętami, pary, którym od lat nie udaje się doczekać dziecka, ludzie po rozwodach, po stracie pracy, po diagnozie, której nie chce się przyjąć do wiadomości. Szeptucha oferuje coś, czego nie wypisze żaden lekarz na NFZ: uwagę, dotyk i przekonanie, że cierpienie ma przyczynę, a skoro ma przyczynę, to można je odczynić. Część z nas powie, że to efekt placebo w chuście w kwiaty. I ma rację, tylko że placebo, które każe człowiekowi przejechać czterysta kilometrów, posiedzieć w ciszy i usłyszeć, że będzie dobrze, to i tak więcej, niż proponuje przychodnia rejonowa.
Popkultura oczywiście nie mogła tego przeoczyć. Szeptucha awansowała na bohaterkę bestsellerowych powieści fantasy, w których słowiańscy bogowie wracają do współczesnej Polski i kłócą się o wpływy. Tymczasem prawdziwych szeptuch ubywa z każdym rokiem. Dar, jak wierzą miejscowi, trzeba przed śmiercią komuś przekazać, a chętnych do przejęcia tej niepłatnej, całodobowej posługi jakoś nie przybywa. Młodzi wyjechali do Białegostoku, Warszawy albo Dublina, a zaklęcia, których nigdy nie zapisano, odchodzą razem z ostatnimi ustami, które je szeptały.
Znachor – od Wilczura do Kaszpirowskiego
Tam, gdzie szeptucha działała modlitwą, znachor stawiał na zioła, ręce i charyzmę. Polska literatura ma zresztą dla niego pomnik z brązu: Rafała Wilczura z powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, wybitnego chirurga, który po utracie pamięci leczy wiejski lud w młynie, nastawiając kości i przywracając do życia tych, których spisała na straty oficjalna medycyna. To archetyp idealny. Znachor jest w nim w gruncie rzeczy lekarzem w przebraniu, a nie szarlatanem. Jest geniuszem, któremu wypadek odebrał pamięć, a nie kompetencje. Nic dziwnego, że każde pokolenie dostaje swoją ekranizację i każde płacze na niej w tych samych momentach
Rzeczywistość bywała mniej szlachetna, za to znacznie bardziej widowiskowa. Schyłek PRL-u i początek transformacji to złoty wiek uzdrowicieli, bioenergoterapeutów i ludzi o rękach, z których podobno biła energia silniejsza niż z elektrowni w Bełchatowie. Kraj, który właśnie tracił jedną wiarę, tę w socjalizm, rozglądał się nerwowo za kolejną. Ustawiano szklanki z wodą przed telewizorem, żeby naładował je rosyjski hipnotyzer z ekranu, stało się w kolejkach do sal gimnastycznych, w których ktoś obiecywał uleczenie wszystkiego, od łysienia po nowotwór. Znachorstwo zrzuciło lnianą koszulę i założyło modną marynarkę. Mechanizm pozostał jednak ten sam, co w młynie Wilczura: głęboka nieufność wobec instytucji i równie głęboka potrzeba, żeby ktoś położył wreszcie rękę na bolącym miejscu.
Czerwona nitka i inne umowy z losem
Magia na co dzień nie potrzebuje jednak ani chaty na Podlasiu, ani sali gimnastycznej. Mieszka w drobiazgach, tak wtopionych w codzienność, że nawet nie zauważamy, kiedy odprawiamy rytuał. Czerwona wstążka to klasyk nad klasyki, amulet chroniący przed urokiem, czyli złym spojrzeniem zazdrosnej sąsiadki, która zbyt długo zachwycała się urodą niemowlęcia. Czerwień miała odbić złą energię niczym lusterko. Dziś wiszą te wstążki przy wózkach w najlepszych dzielnicach wielkich miast obok designerskich grzechotek z organicznej bawełny. Nikt już nie wierzy w urok, ale nikt też nie zamierza ryzykować.
Nie podaje się ręki przez próg, bo próg to granica między światem domowym a zewnętrznym, a na granicach zawsze czai się coś, czego lepiej nie drażnić. Nie wraca się po zapomniany przedmiot, a jeśli już trzeba, to wypada usiąść na chwilę, żeby zmylić pecha. Nie kładzie się kluczy na stole. Nie gwiżdże się w domu, bo wygwizduje się pieniądze. Nie daje się w prezencie butów i ostrych przedmiotów, bo będzie kłótnia i ktoś odejdzie. Jest to swoista umowa z losem, której nikt nie zna, a mimo to wszyscy się pod nią podpisaliśmy.
Andrzejki z kolei są przykładem, jak dawna magia potrafi przetrwać w najbardziej zaskakującym przebraniu – szkolnej imprezy. Lanie wosku przez ucho klucza do miski z zimną wodą, a potem wróżenie z cienia rzuconego na ścianę, czy to zamek, czy łódka, czy może jednak prawdziwa miłość. Dawniej panny traktowały to śmiertelnie poważnie, bo od tego zależał cały ich życiowy scenariusz. Dziś to zabawa przy chipsach, ale ręka nad płomieniem świecy drży podobnie.
Voo Doo ze słomy
Weźmy Marzannę, słomianą kukłę w babcinej spódnicy, którą dzieci pierwszego dnia wiosny topią w rzece z entuzjazmem. Kościół próbował tę zabawę wykorzenić już w średniowieczu i synodalne zakazy padały z regularnością wiosennych roztopów. Bez skutku. Marzanna, uosobienie zimy i śmierci, przetrwała wszystkie bulle i dekrety, a dziś tonie w asyście nauczycielek przedszkolnych, choć od kilku lat coraz częściej w wersji ekologicznej, bez plastikowych oczu. Pogańska ofiara dostosowała się do przepisów o ochronie środowiska. Trudno o piękniejszy dowód na to, że tradycja nie umiera, tylko przechodzi kolejne audyty.
Noc Kupały, najkrótsza noc w roku, to z kolei słowiańska odpowiedź na pytanie, co robić z nadmiarem światła i hormonów. Ogniska, przez które skakali młodzi, wianki puszczane na wodę i poszukiwanie kwiatu paproci, który, jak wiadomo każdemu botanikowi, nie istnieje. W tym właśnie tkwił cały sens: szukanie go było wymówką, żeby pary mogły się oddalić w las bez nadzoru przyzwoitek. Kościół przemianował tę noc na świętojańską, a ognisko na sobótkę. Dziś wianki płyną Wisłą w Krakowie podczas miejskiej imprezy z koncertami i sponsorami. Kwiatu paproci nikt nie znalazł, ale bilety na koncert się wyprzedają.
Wielkanoc to w ogóle prawdziwe zagłębie obrzędowej fantazji. W okolicach Wieliczki w Poniedziałek Wielkanocny po ulicach chodzi Siuda Baba: przebrany za kobietę mężczyzna z twarzą umorusaną sadzą i sznurem czerwonych korali na szyi, który za drobną opłatą oszczędza przechodniów, a tych skąpych smaruje czarną mazią po policzkach. Etnografowie wiążą tę postać z dawną kapłanką, która przez cały rok pilnowała świętego ognia i nie mogła się myć. Krakowska Rękawka, obchodzona we wtorek po świętach pod Kopcem Krakusa, to z kolei relikt obrzędów zadusznych. Dawniej zrzucano ze wzgórza jajka i pieczywo dla ubogich, dziś są tam grupy rekonstrukcyjne, łucznicy i stragany. Zmarli ustąpili miejsca turystom.
Grabarka, czyli las krzyży
Jeśli jest w Polsce miejsce, w którym stara wiara i nowa wiara zrosły się tak mocno, że nie da się ich już rozdzielić, to jest nim Święta Góra Grabarka na Podlasiu. Legenda mówi o epidemii cholery na początku XVIII wieku i o objawieniu, zgodnie z którym ratunkiem miało być przyjście na wzgórze z krzyżem i obmycie się wodą z tamtejszego źródła. Ci, którzy przyszli, ocaleli. Od tamtej pory co roku, w prawosławne święto Przemienienia Pańskiego, tysiące pielgrzymów wnoszą na górę kolejne krzyże: małe, drewniane, niesione w dłoniach, ale i ogromne, dźwigane na plecach przez kilka dni marszu.
Efekt jest oszałamiający, bo wzgórze porasta las krzyży, gęsty jak prawdziwa puszcza, w której każde drzewo to czyjaś prośba, podziękowanie albo rozpacz. Obok bije źródło, z którego czerpie się wodę, wierząc w jej uzdrawiającą moc. Kiedy w 1990 roku spłonęła tamtejsza cerkiew, odbudowano ją, a krzyże rosły dalej. Chrześcijańska forma, słowiańska treść: święte wzgórze, cudowne źródło i materialny znak prośby zostawiony bóstwu.
Góra czarownic
Im wyżej, tym bliżej nieba, a więc i wszystkiego, co w niebie się kłębi. Babia Góra, najwyższy szczyt Beskidów, od wieków cieszyła się reputacją, której nie powstydziłby się żaden adres z horroru. Jej wierzchołek do dziś nosi nazwę Diablak, a miejscowe podania umieszczały tam czarownice zlatujące się na sabaty. Wyobraźnię górali trudno zresztą za to winić: szczyt, który przez większość roku chowa się w chmurach, wiatr zdolny zrzucić człowieka ze ścieżki i pogoda zmieniająca się w chwilę. Kiedy nad Babią wisiały obłoki, mówiło się, że góra „się kurzy” i była to prognoza trafna. Sama nazwa ma zresztą własną legendę: o babie, która rozsypała tu kamienie z fartucha, albo o olbrzymce, która zastygła w skale i leży tak do dziś, pilnując swojej doliny.
Góralszczyzna miała też swoich specjalistów od nieba. Płanetnicy, bo tak ich nazywano, potrafili podobno kierować chmurami gradowymi, odpędzać burze od własnej wsi i, jeśli ktoś im podpadł, zsyłać je nad sąsiednią. Była to posada nieformalna, ale strategiczna, coś pomiędzy meteorologiem a ministrem rolnictwa. Na hali królował z kolei baca, który był nie tylko pasterzem, ale i kapłanem pastwiska. Watra w szałasie nie mogła zgasnąć przez cały sezon, bo razem z ogniem odeszłoby szczęście stada. Dobry baca znał też zamawiania chroniące owce przed urokiem, wilkiem i chorobą, a wiosenny redyk, czyli wyjście z owcami na hale, do dziś ma w sobie coś z procesji.
Były wreszcie baby, zielarki i znające się na rzeczy gospodynie, do których chodziło się z bólem zęba, z wysypką u dziecka i ze złamanym sercem, w tej samej kolejności co do szeptuchy, tylko ścieżką bardziej stromą. Dziś górski folklor żyje głównie w regionalnych zespołach, muzeach i przewodnikach opowiadających turystom o sabatach na Diablaku między jednym punktem widokowym a drugim. Wystarczy jednak posłuchać, jak starsi górale mówią o pogodzie, żeby zrozumieć, że Babia Góra wciąż ma tu władzę.
Dziady – goście, na których się czeka
I wreszcie jesień, pora, w której granica między żywymi a umarłymi robi się cienka jak bibuła. Dziady, pradawne święto przodków, obchodzone na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczypospolitej, Mickiewicz przeniósł do literatury, tworząc dramat, na którym do dziś wychowuje się kolejne pokolenia licealistów. Po obrzędzie z karmieniem dusz jadłem i napojem, z zapraszaniem ich do chaty i z guślarzem prowadzącym ceremonię w cerkiewnej kaplicy zostało niewiele.
Jednak pierwszego listopada cała Polska wyrusza na cmentarze. Miliony zniczy rozświetlają te miejsca tak, że widać je podobno z kosmosu, a w wielu domach wciąż ktoś pamięta, że w noc zaduszną nie wylewa się wody za próg, żeby nie oblać przechodzącej duszy i zostawia się na stole kawałek chleba. Nazywamy to tradycją, pamięcią i szacunkiem, ale w gruncie rzeczy to te same dziady, tylko w wersji z parkingiem, straganem z chryzantemami i pańską skórką.
Czucie i wiara
Szeptuchy, znachorzy, Marzanny i Siudy Baby przetrwały chrystianizację, zabory, dwie wojny, socjalizm i Internet nie dlatego, że ktoś je starannie konserwował w muzeum, lecz dlatego, że odpowiadają na potrzebę, której żaden postęp nie zdołał zlikwidować. Na potrzebę rytmu w chaosie, sensu w nieszczęściu i wspólnoty w chwili, gdy każdy z osobna czuje się tak bezradny.
Mickiewicz pisał, że czucie i wiara silniej mówią do człowieka niż mędrca szkiełko i oko. Dwieście lat później trzymamy w kieszeni szkiełko potężniejsze, niż mógłby sobie wymarzyć jakikolwiek mędrzec, a mimo to, kiedy wrócimy po coś z domu, na wszelki wypadek siadamy na kilka sekund. Magia, panie. Nigdy się stąd nie wyprowadziła i być może nie stracimy jeszcze przez chwilę.




![Netflix pokazał pierwszy trailer „The Further Mis-Adventures of Cliff Booth” Finchera [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_brad_pitt_The_Further_Mis_Adventures_of_Cliff_Booth_092126_3_405781361ded4f028ae759dc3575ed86_ff8fb98ead.jpg&w=1920&q=80)



![Maja Kleczewska: „Widz, który wychodzi znudzony i obojętny – to jest nasza porażka. Jak wyjdzie nawet zły, to już jest coś” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_260811_K_Mag_0079_19d2e8c73e.jpg&w=1920&q=75)
![Netflix pokazał pierwszy trailer „The Further Mis-Adventures of Cliff Booth” Finchera [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_brad_pitt_The_Further_Mis_Adventures_of_Cliff_Booth_092126_3_405781361ded4f028ae759dc3575ed86_ff8fb98ead.jpg&w=1920&q=75)
