Rzadko kiedy w świecie sztuki trafia się artystka tak barwna. Mam nieodparte wrażenie, że mimo jej dokonań - Pani Krystyna - nigdy nie dostała tyle uznania, na ile naprawdę zasługuje. To smutne, ale nie jest niczym nowym w dzisiejszym świecie, z resztą nie tylko w dzisiejszym.
Są wystawy, po których wychodzi się z uśmiechem, nie dlatego, że ich fenomen wzbudził w nas euforie, tylko dlatego, że ich czas dobiegł końca. Są również takie, które zostają w pamięci jako doświadczenie zmysłowe. „Krystyna Wojtyna-Drouet. Ja dla siebie nie istnieję” w Zachęcie należy właśnie do tej drugiej kategorii. Wydarzenie te jest zaproszeniem do świata tkaniny artystycznej, w której to forma rodzi się z materiału, a czas jest najważniejszym narzędziem twórczym. Wystawa pokazuje dorobek artystki - jednej z kluczowych postaci polskiej szkoły tkaniny - w szerokiej, przekrojowej odsłonie, organizowanej w roku setnych urodzin artystki.
Na wystawie znajdują się prace z wielu dekad, w tym realizacje rzadko pokazywane publicznie. Ważne jest też to, że obok gotowych dzieł prezentowane jest zaplecze procesu: elementy z pracowni, próbki technik, receptury i inne ślady pracy, które pozwalają zrozumieć, jak powstaje kolor, skala i oddech kompozycji.
To szalenie ważne, ponieważ rzadko kiedy, jako odbiorcy kultury jesteśmy zapraszani do tak intymnych procesów i eksperymentów twórczych. Artystka tworzy przede wszystkim tkaniny autorskie, projektowane w oparciu o bardzo uproszczone szkice kompozycji. Najczęściej inspiruje się naturą i codziennością, a we wczesnych pracach pojawiały się również motywy figuratywne oraz biblijne.
Rzadko kiedy w świecie sztuki trafia się artystka tak barwna. Mam nieodparte wrażenie, że mimo jej dokonań - Pani Krystyna - nigdy nie dostała tyle uznania, na ile naprawdę zasługuje. To smutne, ale nie jest niczym nowym w dzisiejszym świecie, z resztą nie tylko w dzisiejszym.
