Od imprez organizowanych za darmo, przez entuzjastów dla entuzjastów, do biletowanych wydarzeń za duże pieniądze. Czy popularność i jakość mogą iść ze sobą w parze?
W latach 80. i 90. zeszłego wieku zarówno techno, które narodziło się w Detroit, jak i pochodzący z Chicago house, stanowiły wolny od podziałów i dyskryminacji sposób na ucieczkę od rzeczywistości. Skóra skaczących w rytm szybkiej muzyki przedstawicieli przeróżnych mniejszości parowała od potu, którego opary wypełniały postindustrialne budynki przysposobione do roli sal tanecznych. Każdy mógł tańczyć tak, jak czuł, bez strachu przed oceniającymi spojrzeniami współimprezowiczów.
Dziś sytuacja ma się zgoła inaczej. Wijąc się na parkiecie w jednym z popularnych klubów z muzyką elektroniczną, za wejście do którego dość słono zapłacimy, otoczeni jesteśmy oceniającymi spojrzeniami i tańczącymi w ten sam, zmechanizowany, dobrze wyglądający w relacji na Instagram sposób.
Jak popularna może być impreza bez utraty jakości?
Najprostszym sposobem na zabicie imprezy jest przełożenie zysków ponad kulturę. Rave'y początkowo były nielegalnymi, darmowymi imprezami, tworzonymi przez entuzjastów muzyki elektronicznej. Z czasem zaczęły się rozrastać, a obecne na nich narkotyki stały się na tyle dużym problemem, że w sytuację zaczęły ingerować rządy różnych państw, sugerujące, że kultura techno to plaga dla społeczeństwa.
Dodatkowo, ze względu na ogromną popularność imprez, początek lat dwutysięcznych przyniósł kulturze klubowej zasadę „pay to play”. Biletowane, szeroko promowane wydarzenia stały się nową normą, którą nadal obserwujemy ponad dwie dekady później – w podkręconej do ekstremum wersji. W momencie, w którym impreza zaczyna być sygnowana rozpoznawalnym nazwiskiem czy nazwą, a bilety dostępne są online, selekcja tłumu sprowadza się tylko do tego, kto gotowy jest zapłacić.
DJ'e urośli do rangi celebrytów, a na „kultowe” wydarzenia bilety znikają tak szybko, że istnieje drugi obieg
W całości nagrywane sety znanych DJ'ów, otoczonych ze wszystkich stron przez ludzi, znane jako Boiler Roomy, to święty Graal komercjalizacji techno. Ceny biletów na wydarzenia sygnowane tą marką zaczynają się od 50 dolarów, co już jest kwotą porównywalną do cen biletów na koncerty znanych artystów. Te „najtańsze” bilety rozchodzą się jednak w mgnieniu oka – a tym, którzy nie zdołali ich kupić, pozostaje rynek wtórny, na którym ceny, w zależności od popularności wydarzenia, mogą sięgać nawet 300 dolarów.
Wraz z cenami zmieniła się nomenklatura – narkotyczna fama otaczająca rave'y nie była bowiem na rękę wielkim, komercyjnym organizatorom. Stąd najczęściej używaną nazwą jest aktualnie „Electronic Dance Music”, znane szerzej w formie skrótu „EDM”. Rebranding pozwolił na przyciągnięcie masowego odbiorcy i wielkich sponsorów, a także na zdystansowanie się od inkluzywnej społeczności, która charakteryzowała pierwotnie to środowisko.
Zmienili się odbiorcy, więc zmienił się też anturaż
Charakterystyczny dla pierwszych rave'ów był androgyniczny styl ubioru uczestników. Sportowe buty, luźne spodnie i koszulki były standardem dla obu płci, co odróżniało tę scenę od bardziej seksualizowanej sceny klubowej. Nadrzędną zasadą była bowiem praktyczność – ze względu na założenie, jakim była wielogodzinna zabawa na parkiecie.
Dziś stereotypowy ubiór na rave kojarzy się bardziej ze skrajną ekstrawagancją i elementami ekshibicjonizmu – i nie zrozumcie mnie źle, ja sama lubię się wystroić. Ale zakładając wysokie obcasy do klubu techno, strzelamy sobie w kolano.
W związku z nastawieniem na komercję zniknął model DIY, zniknęły też egalitaryzm i wspólnota, wyrażane hasłem PLUR – Peace, Love, Unity, Respect. Jeśli bowiem na imprezie, na której przez wiele godzin szalejemy na parkiecie, butelka wody kosztuje 15 złotych, z weekendowego wyjścia robi się droga eskapada – na którą w związku z tym nie każdy może sobie pozwolić.
Francuski socjolog Pierre Bourdieu wysnuł teorię, w której sugeruje, że gust nie jest czymś naturalnym czy wrodzonym, lecz tworzonym i utrwalanym przez relacje klasowe. Trudno się więc dziwić, że imprezy za miliony monet charakteryzuje inna muzyka, niż te tworzone przez wykluczane społeczności.


![„Hot Spot” – mamy pierwszy zwiastun nowego filmu Agnieszki Smoczyńskiej [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_HOT_SPOT_1_8faa1e8e07.jpg&w=1920&q=80)


![Katarzyna Zillmann: „Zakopujemy się w schematach, przestajemy czuć, żyjemy z automatu i w rutynie” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_Kasia_Zillmann_Serowik_Internet_25_b93b455f0f.jpg&w=1920&q=80)



