Erotyka artystyczna miała swój złoty wiek. Potem przyszło „Pięćdziesiąt twarzy Greya” i udało jej się to, czego nie zdołała cenzura: zamieniła pożądanie w masówkę. Szkoda.
Kiedy w 2015 roku na ekrany wszedł film Sama Taylora-Johnsona, w prasie roiło się od nagłówków w rodzaju „najbardziej odważny film roku”. Odważny. Produkcja, w której ani jeden twórca nie musiał się tłumaczyć przed sądem, żadna aktorka nie opisała potem w wywiadach traumy z planu, a cała stawka dramatyczna sprowadzała się do tego, czy Anastasia Steele wybierze karierę zawodową czy ekskluzywny wystrój penthouse'u. Zanim jednak erotyzm stał się franczyzą, kino umiało z nim coś zrobić. Naprawdę coś.
Buñuel powiedział o tym filmie, że to „pornografia”, ale taka, w której nie ma ani jednej sceny seksu. Catherine Deneuve jako Séverine, żona lekarza, która dobrowolnie zostaje prostytutką w paryskim burdelu i robi to wyłącznie w południe, przed powrotem do małżeńskiego domu. Buñuel celowo zacierał granicę między tym, co na ekranie dzieje się naprawdę, a tym, co jest projekcją erotycznej wyobraźni bohaterki. Twierdził, że widzowie nigdy nie mogą być pewni, gdzie kończy się jawa. Grająca główną rolę Catherine Deneuve czuła się przez reżysera obnażona zbyt mocno, choć fizycznie nie odsłoniła absolutnie nic.
„Piękność dnia” była i pozostaje dowodem na to, że erotyzm to przede wszystkim kwestia percepcji, nie ekspozycji. Złoty Lew w Wenecji, sukces kasowy, do dziś jeden z najostrzejszych portretów kobiecej seksualności w historii kina.
