FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Film

Z Warszawskiej Szkoły Filmowej do Studenckich Oscarów. Rozmawiamy z Leonem Korzyńskim i Dominikiem Mireckim [WYWIAD]

Autor: Anna Rupacz
15-09-2026
Z Warszawskiej Szkoły Filmowej do Studenckich Oscarów. Rozmawiamy z Leonem Korzyńskim i Dominikiem Mireckim [WYWIAD]
Z Warszawskiej Szkoły Filmowej do Studenckich Oscarów. Rozmawiamy z Leonem Korzyńskim i Dominikiem Mireckim [WYWIAD]
fot. kadr z filmu „Kamathipura Express”

Dwa krótkometrażowe filmy studentów Warszawskiej Szkoły Filmowej – „Kamathipura Express” Leona Korzyńskiego i „Kanaan” Dominika Mireckiego – najpierw znalazły się na shortliście, a następnie awansowały do finałowej siódemki Studenckich Oscarów. „Kamathipura Express” trafił później do ścisłej trójki, zapewniając jego twórcom nagrodę. Film 14 września podczas gali Student Academy Awards w ramach Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto zdobył brąz w kategorii „Narrative”. Sukces obu filmów to nie tylko wyróżnienie na międzynarodowej scenie, ale i dowód na potencjał młodego polskiego kina. Z reżyserami porozmawialiśmy o ich początkach, procesie powstawania filmów oraz dalszych planach twórczych.

materiał pochodzi z numeru K MAG 128 Sinners, tekst: Anna Rupacz

Leon Korzyński: „Nie wierzę w manifestację, ale wierzę w ciężką pracę”

Jak myślisz, co ten sukces realnie może dla ciebie znaczyć?

Mam już plan na to, co chcę dalej robić i w którą stronę pójść. Na pewno czuję się wyróżniony, że zwrócono uwagę na ten film i że tak daleko dotarł. Szczególnie myśląc o tym, jakie problemy mieliśmy podczas jego kręcenia. Było ich co niemiara i wszyscy, mam wrażenie, ledwo to przeżyliśmy.

Ale jeśli mam być szczery, teraz nie czuję sukcesu. Oczywiście, że mnie to cieszy, ale ciężko mi się tym napawać po wszystkich trudach. Pamiętam, że największą satysfakcję poczułem podczas imprezy pożegnalnej z całą ekipą. Patrzyłem na wszystkich i czułem, że to się skończyło, że zrealizowaliśmy mniej więcej to, co sobie założyliśmy. Wtedy pomyślałem, że to największy sukces. Później już nic nie miało z tym porównania.

Leon Korzyński fot. Oskar Karos

W takim razie skąd pomysł na osadzenie jednego ze swoich pierwszych filmów w Indiach, które wydają się raczej wymagającym krajem, jeśli chodzi o kręcenie?

Złożyło się na to kilka czynników. Pierwsze zetknięcie z Indiami, z Bombajem, miałem w wieku dziesięciu lat. Poleciałem tam z rodzicami i pomyślałem, że jest jak na zupełnie innej planecie. Poczułem wtedy, że chcę kiedyś zrobić tam film. Wszystko było inne, ludzie byli serdeczni, czasami czułeś się niebezpiecznie, a czasami wręcz przeciwnie. To mocno zadziałało na moją wyobraźnię.

Mama dużo mówiła wtedy o „Shantaramie” Gregory’ego Davida Robertsa, czyli historii australijskiego zbiega, który trafia do Bombaju, ukrywa się slumsach i zaczyna pracować jako ratownik medyczny. Kiedy poznałem tę historię, wydawała mi się najbardziej niesamowitą, jaką w życiu słyszałem. Później, kiedy zdawałem do szkoły filmowej, podałem „Shantaram” jako jeden z pięciu ulubionych tekstów kultury.

Po pierwszym roku zrobiłem swój pierwszy film, dostałem zastrzyk pewności siebie i poczułem, że wszystko jest możliwe. Pomyślałem: dobra, wjeżdżamy, drugi film robimy w Indiach i po prostu się nie zatrzymujemy.

Przed rozpoczęciem zdjęć chcieliśmy zrobić dokumentację i znaleźć lokacje, ale brakowało pieniędzy, żeby poleciała cała ekipa. Miałem dobry kontakt z menadżerem Kubana, u którego robiłem teledyski, więc wybłagałem możliwość zrobienia w Indiach klipu do „Figli” Kubana z Vito Bambino, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam.

Nakręciliśmy teledysk, który dziś ma ponad pięć milionów wyświetleń. Co ciekawe, jest w nim bardzo dużo podobieństw do finalnego filmu. Dzięki temu doświadczeniu poznaliśmy Sahila, który później pomagał przy scenariuszu i produkcji oraz połączył nas z super ludźmi. Przejechaliśmy wtedy całe Indie. Objechaliśmy tyle, ile dało się w trzy tygodnie. Małą ekipą, z której właściwie wszyscy później wrócili na plan filmu.

A jak wyglądał casting?

Głównego bohatera zagrał mój przyjaciel Oskar. Robiłem szeroki casting, ale w pewnym momencie wiedziałem, że Oskar jest jedyną osobą, z którą znam się na tyle dobrze, żeby na takiej przyjacielskiej relacji dociągnąć ten film do końca. Bałem się, że inny aktor, nawet świetny, może w pewnym momencie powiedzieć, że ma dosyć, i kupić bilet powrotny.

A Mia Paul, która gra Sapnę?

Podczas kręcenia reklamy Żabki poznałem dziewczynę, która poleciła mi makijażystkę pracującą przy dużych produkcjach w Indiach. Od niej dostałem kontakt do osoby zajmującej się castingiem. Przez półtora miesiąca dostawałem propozycje i z żadnej nie byłem zadowolony. W końcu dostałem zdjęcia Mii. Nie przekonywały mnie, ale zdzwoniłem się z nią na FaceTime i zobaczyłem dokładnie osobę, której szukałem. Później wysłała nagrane sceny i okazało się, że ma niesamowity talent.

Jej agencja przysłała nam jednak dziesięciostronicowy dokument z wymaganiami dotyczącymi planu. Kierownik produkcji powiedział, że nie ma opcji i szukamy innej dziewczyny. Czułem jednak, że nieważne, co się stanie, ona musi zagrać w tym filmie. Kiedy przyjechaliśmy do Bombaju, spotkaliśmy się i okazało się, że wymagania były właściwie pomysłem agencji. Ona sama była zajarana scenariuszem i chciała to zrobić. I faktycznie dawała z siebie dwieście procent. W scenie pościgu całą noc biegała po ulicy w sandałach, później miała pokrwawione nogi, a i tak dawała z siebie wszystko.

Powiedziałeś kiedyś, że od początku chciałeś robić różne filmy i być inny. Co to dla ciebie znaczy?

Zawsze słyszałem od znajomych, że chcę być inny. Może trochę tak jest. Jak dużo ludzi coś robi, to ja nie chcę tego robić. Nie mam Instagrama, Facebooka ani TikToka. Nigdy nie paliłem, nie brałem narkotyków, alkohol piłem może trzy razy w życiu. Wydaje mi się, że przekłada się to też na filmy. Po co robić coś, co już było? Warto szukać czegoś swojego, nawet jeśli opierasz się na czymś, co już istnieje.

Czy „Kamathipura Express” to twój ulubiony film z tych, które zrobiłeś do tej pory?

Nie. Kocham go i nienawidzę jednocześnie. Bardzo dużo mi też w życiu zabrał. Długo nigdzie się nie dostawał, podczas gdy filmy znajomych ze szkoły jeździły po festiwalach. Zaczynałem się godzić z tym, że poniosłem porażkę.

Po zdjęciach wcale nie było łatwiej, bo od razu zaczęła się postprodukcja. Po pierwszym pokazie nie mogłem spać i myślałem tylko o tym, co zrobiłem źle. W pewnym momencie trzeba jednak to zostawić i iść dalej, żeby nie oszaleć. Mam wrażenie, że byłem tego blisko, ale dzięki ludziom wokół mnie do tego nie doszło.

W takim razie który z projektów jest twoim ulubionym albo takim, z którego jesteś najbardziej zadowolony?

Myślę, że takim projektem będzie mój dyplom, nad którym teraz pracuję. Każdy projekt mnie cieszy, ale kiedy później do niego wracam, zawsze mam poczucie, że zrobiłbym coś inaczej. W momencie realizacji może wydawać mi się świetny, ale z czasem zaczynam patrzeć na niego inaczej.

Jeśli chodzi o poprzedni naprawdę przełomowy projekt, był nim teledysk „up! up! up!” dla Maty. To było popierdolone, ale będę mu wdzięczny do końca życia. Zostałem zaangażowany w poniedziałek, w środę zaczęły się zdjęcia, a w sobotę skończyliśmy. Potem całą noc montowaliśmy, następnie pojechałem na kolor. Musieliśmy zdążyć przed premierą zaplanowaną na Blue Monday. Wracam do domu i Michał pisze, że robią u niego małą premierę teledysku. Powiedziałem sobie, że jeśli będzie tam hinduskie jedzenie, to zrobię swój film w Indiach. Wchodzę, patrzę na stół: włoskie sałatki, włoski chleb. Myślę: dobra, no to po moim filmie. I nagle wchodzi jego mama i mówi, że właśnie przyjechało hinduskie jedzenie. Wtedy wiedziałem.

Najważniejsza z tego wszystkiego jest jednak ciężka praca. Nie wierzę w manifestację, ale wierzę w ciężką pracę.

Dominik Mirecki: „Siłą tego filmu jest dyskusja”

Czy był konkretny moment, w którym pomyślałeś, że chcesz zostać reżyserem? Co o tym zdecydowało?

Wydaje mi się, że zawsze chciałem opowiadać historie. Pierwsze próby były chyba bardziej podświadome – razem z bratem kręciliśmy filmy na różne konkursy internetowe. Wtedy moją jedyną aktorką była babcia. Zresztą do dziś uważam, że to jedna z najlepszych aktorek, mimo że nie miała nic wspólnego z filmem. Ufała mi jednak bezgranicznie, a to dla reżysera jest chyba najbardziej wartościowe w relacji z aktorem. Zawsze wyobrażałem sobie siebie jako twórcę, który niekoniecznie zrobi ogromną liczbę filmów, ale miałem cel, by każdy z nich był uczciwy i opowiadał o rzeczach ważnych dla mnie. Mam w głowie kilka historii, którymi chcę się podzielić, i to zadecydowało o moim wyborze reżyserii. Wierzę, że jeśli czegoś pragniesz, pozostajesz pokorny i ciężko pracujesz, to sukces w końcu przyjdzie. Trzeba tylko zawsze pamiętać, kim się było, zanim on nastąpił.

Skąd wziął się pomysł na tę historię?

Pamiętam, że kiedyś przeczytałem w jednej z książek zdanie: „Nie wszystko, co złe, rodzi się ze zła”. Pomyślałem, że byłoby to idealne zdanie do opowiedzenia o ludzkiej moralności, człowieczeństwie i walce o przetrwanie. Mam poczucie, że żyjemy w bardzo trudnych czasach. Chciałem opowiedzieć historię o młodych ludziach, którzy szukają swojego miejsca na ziemi. Kanaan w tłumaczeniu na język polski oznacza ziemię obiecaną. Wydaje mi się, że każdy z nas szuka takiego miejsca na ziemi. Takiego, w którym poczuje się wolny, spokojny i bezpieczny. To opowieść, która nie moralizuje, ale pokazuje do czego jesteśmy w stanie się posunąć, żeby tylko żyć.

Dominik Mirecki fot. Jan Lemiech

Ile czasu minęło od momentu, kiedy pojawił się pierwszy pomysł na film do jego ukończenia?

Pierwsze pomysły pojawiły się na początku grudnia 2024 roku, potem projekt był rozwijany z moim ukochanym zespołem scenariuszowym – Żanetą Homą i Damianem Homą. Zdjęcia rozpoczęliśmy we wrześniu 2025 roku. Film został zamknięty postprodukcyjnie w grudniu i rozpoczęła się wysyłka festiwalowa.

Jakie to uczucie znaleźć się na shortliście Studenckich Oscarów spośród niemal trzech tysięcy zgłoszeń? Jak myślisz, na co realnie może przełożyć się ten sukces?

To naprawdę wspaniałe uczucie, tym bardziej że wyboru dokonują członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej, którzy również decydują o przyznaniu Oscarów. To ogromna szansa dla młodych twórców. Zabawne, bo kiedy jesteś dzieckiem i chcesz być filmowcem, każdy życzy ci Oscara. Kilka dni temu skończyłem trzydzieści lat. Jedna z osób, która zadzwoniła, powiedziała jak co roku: „Tego Oscara ci życzę”. Pomyślałem wtedy, że naprawdę jestem coraz bliżej realizacji odległego marzenia z dzieciństwa, które kiedyś wydawało się całkowitą abstrakcją. To ważne, żeby doceniać takie momenty, być wdzięcznym za szanse i ludzi, których się spotyka. Jeżeli chodzi o możliwości, po takiej nominacji kilka dni po ogłoszeniu napisała do mnie była wiceprezes Warner Bros z LA. Nie mogę niestety powiedzieć, co było w wiadomości, ale proszę mi zaufać, że dla takich momentów warto to robić.

Film opowiada o moralnym wyborze, w którym właściwa decyzja wcale nie jest oczywista. Czy podczas pracy nad filmem sam zacząłeś się zastanawiać, jak zachowałbyś się na miejscu swoich bohaterów?

Myślę, że od tego zacząłem. Dla mnie najciekawsze były rozmowy podczas pitchowania i konsultacji scenariusza. Okazało się, że wybór nie jest taki oczywisty dla każdego. Wszyscy mamy inną wrażliwość, wartości. Każdy z nas znajduje się w innej sytuacji, każdy o coś, o kogoś innego walczy. Myślę, że siłą tego filmu jest dyskusja. Dyskusja o moralności na temat tego, co jest dobre, a co jest złe. To wcale nie jest jednoznaczne.

W „Kanaan” ważną rolę odgrywa temat doświadczenia imigrantów i życia w ciągłym poczuciu zagrożenia. Jak dużo researchu i rozmów z osobami z podobnymi doświadczeniami było potrzebnych, żeby opowiedzieć tę historię wiarygodnie?

To był największy research, który dotychczas zrobiłem przy produkcjach. Zależało mi, żeby opowiedzieć tę historię z szacunkiem do imigrantów, z ich spojrzeniem, strachem i bólem, z którym każdego dnia się mierzą. Oprócz całej pracy, którą wykonaliśmy jeszcze przed stworzeniem scenariusza, myślę, że warto tutaj wspomnieć o jednej bardzo poruszającej dla nas wszystkich historii, która wydarzyła się w trakcie prób z aktorami. W związku z tym, że zdecydowaliśmy się na określony dialekt u naszych bohaterów, rozpoczęliśmy spotkania z nativ speakerem mieszkającym w Polsce. Kiedy poznaliśmy się bliżej, powiedział nam, że aktualnie próbuje ściągnąć swoją rodzinę z Gazy do Polski. To było chwilę po tym, jak media zalały dramatyczne zdjęcia i materiały z tamtego regionu. To był dla nas trudny moment i na pewno przełożył się na jeszcze większą czułość wobec całej historii, którą chcieliśmy opowiedzieć. Mamy nadzieję, że to widać na ekranie.

Co okazało się największym wyzwaniem podczas kręcenia filmu?

Praca z ciałem. W filmie pojawia się postać martwego mężczyzny, który leży w wannie i wokół którego odbywa się dylemat moralny. Razem z operatorem czuliśmy, że użycie fantomu nie wystarczy. Wiedzieliśmy, że jeżeli ten film ma wstrząsnąć i poruszyć, musimy to zrobić na sto procent. 

Podstawą było stworzenie najlepszych możliwych warunków dla naszego epizodysty, ale również dla naszych młodych aktorów, Żanety Homy i Omara Hemida. Miałem szczęście, że spotkałem ich na swojej drodze. Myślę, że mieli też tę samą cechę, co wspomniana na początku moja babcia. Zaufali mi, że chcę dla filmu i dla nich jak najlepiej. To wspaniałe osoby, niezwykle zdolne. Omar pochodzi z Egiptu, zna język arabski, ale potrzebne było opanowanie dialektu. Natomiast warto tutaj wspomnieć, że Żaneta jest Polką, która według mnie miała idealne predyspozycje do tej roli, ale musiała nauczyć się języka arabskiego w dialekcie palestyńskim. Jestem z nich dumny, bo wszyscy są przekonani, że oboje pochodzą z tamtego regionu. To znaczy, że świat im uwierzył. Nam uwierzył. Ostatnio w Nowym Jorku, otrzymali nagrody aktorskie za swoje rolę. Dla mnie, dla młodego twórcy, to największa radość i potwierdzenie, że ta współpraca się udała.

Nad czym teraz pracujesz?

Aktualnie przygotowuję swój pełnometrażowy debiut fabularny. Będzie to rozwinięcie mojego wcześniejszego filmu, „Syna szczęścia”. To historia samotnego ojca, który wychowuje syna z zespołem Downa i postanawia spełnić jego największe marzenie – pragnienie zostania profesjonalnym aktorem. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z terminami, w połowie przyszłego roku wejdziemy na plan.

Advertisement

Więcej od autora

„Dziewczyny” wracają po dziesięciu latach. Czy kultowy serial HBO potrzebuje kontynuacji?

„Dziewczyny” wracają po dziesięciu latach. Czy kultowy serial HBO potrzebuje kontynuacji?

8 filmów z niezapomnianymi rolami nauczycieli

8 filmów z niezapomnianymi rolami nauczycieli

„Blade Runner” wraca po niemal dekadzie. Tym razem jako serial [ZWIASTUN]

„Blade Runner” wraca po niemal dekadzie. Tym razem jako serial [ZWIASTUN]

„Dziewczyny” wracają po dziesięciu latach. Czy kultowy serial HBO potrzebuje kontynuacji?

„Dziewczyny” wracają po dziesięciu latach. Czy kultowy serial HBO potrzebuje kontynuacji?

8 filmów z niezapomnianymi rolami nauczycieli

8 filmów z niezapomnianymi rolami nauczycieli

„Blade Runner” wraca po niemal dekadzie. Tym razem jako serial [ZWIASTUN]

„Blade Runner” wraca po niemal dekadzie. Tym razem jako serial [ZWIASTUN]

Polecane artykuły

Daria ze Śląska, Malcolm XD, Andrus, Wierzbięta i Uzdański w zaskakujących rolach, czyli czwarta edycja Festiwalu Korelacje

Daria ze Śląska, Malcolm XD, Andrus, Wierzbięta i Uzdański w zaskakujących rolach, czyli czwarta edycja Festiwalu Korelacje

Johnny Depp jako Ebenezer Scrooge. Tak mrocznej „Opowieści wigilijnej” jeszcze nie było

Johnny Depp jako Ebenezer Scrooge. Tak mrocznej „Opowieści wigilijnej” jeszcze nie było

Od więzienia na Rakowieckiej po estońską scenę heavy metalową. 10 filmów, które przyciągnęły naszą uwagę na 42. WMFF

Od więzienia na Rakowieckiej po estońską scenę heavy metalową. 10 filmów, które przyciągnęły naszą uwagę na 42. WMFF

Daria ze Śląska, Malcolm XD, Andrus, Wierzbięta i Uzdański w zaskakujących rolach, czyli czwarta edycja Festiwalu Korelacje

Daria ze Śląska, Malcolm XD, Andrus, Wierzbięta i Uzdański w zaskakujących rolach, czyli czwarta edycja Festiwalu Korelacje

Johnny Depp jako Ebenezer Scrooge. Tak mrocznej „Opowieści wigilijnej” jeszcze nie było

Johnny Depp jako Ebenezer Scrooge. Tak mrocznej „Opowieści wigilijnej” jeszcze nie było

Od więzienia na Rakowieckiej po estońską scenę heavy metalową. 10 filmów, które przyciągnęły naszą uwagę na 42. WMFF

Od więzienia na Rakowieckiej po estońską scenę heavy metalową. 10 filmów, które przyciągnęły naszą uwagę na 42. WMFF

FacebookInstagramTikTokX
Advertisement