Siedemnaście dni. Tyle czasu minęło od momentu, gdy Ozzy Osbourne dał swój ostatni koncert z Black Sabbath na scenie Villa Park w Birmingham, do chwili, gdy świat dowiedział się o jego śmierci. Pozostawił po sobie pustkę, której nie da się wypełnić kolejnym talentem czy charyzmatyczną osobowością.
Koniec epoki, której nie powtórzy historia
Tony Iommi, współzałożyciel Black Sabbath, powiedział wprost: „Straciliśmy naszego brata". Te słowa, choć proste, niosą w sobie ciężar prawdy o końcu ery, która rozpoczęła się w robotniczym Birmingham pod koniec lat 60. Czterech chłopaków z Aston – Ozzy Osbourne, Tony Iommi, Geezer Butler i Bill Ward – którzy dorastali w promieniu kilku przecznic od siebie, stworzyło coś więcej niż tylko zespół. Wynaleźli heavy metal.
Heavy metal nie powstał przez przypadek. Black Sabbath świadomie stworzyli coś zupełnie nowego – ciężki, mroczny gatunek, który w wykonaniu gitarzysty Tony Iommiego, basisty Geezera Butlera i perkusisty Billa Warda brzmiał jak młoty uderzające w stal. Ozzy był naturalnym głosem tej muzycznej rewolucji – dzikim frontmanem, którego szaleńcza energia na scenie idealnie dopełniała mało kompromisowe brzmienie zespołu.
Henry Rollins z Black Flag ujął to precyzyjnie:
To stwierdzenie nie jest przesadą ani fanowskim uwielbieniem. Osbourne nie tylko współtworzył gatunek – stał się jego żywym wcieleniem. Incydent z nietoperzem, który miał miejsce 20 stycznia 1982 roku w Des Moines podczas trasy „Diary of a Madman", do dziś pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych momentów w historii rocka. Nie dlatego, że był szokujący, ale dlatego, że idealnie oddawał istotę tego, czym Ozzy był – nieprzewidywalną siłą natury, która przekraczała wszelkie sceniczne granice przyzwoitości.
Artysta, który przetrwał sam siebie
Pod koniec lat 70., po wydaniu „Never Say Die!", Ozzy został wyrzucony z Black Sabbath. Przesiąknięty alkoholem, z nosem w kokainie, wypluty przez przemysł muzyczny i ukryty w nędznym hotelu w West Hollywood – wydawało się, że jego historia się skończyła.
czytaj także:5 po**banych rzeczy, które zrobił Ozzy Osbourne, i wciąż żyje (choć w teorii nie powinien)
Wtedy do akcji wkroczyła Sharon Arden, córka wpływowego menedżera muzycznego Dona Ardena. To ona, dziedzicząc po ojcu nieustępliwy charakter, uratowała karierę Osbourne'a. Pod jej opieką w 1980 roku ukazał się „Blizzard Of Ozz" – album, który stał się wielkim sukcesem komercyjnym. „Crazy Train" z tej płyty do dziś pozostaje jego najbardziej rozpoznawalną solową piosenką.
Co fascynujące w Ozzym, to fakt, że za sceniczną personą krył się ktoś zupełnie inny. To dlatego reality show „The Osbournes" z lat 2000. stało się takim fenomenem. Pokazało Ozzy'ego jako „troskliwego, często zdezorientowanego patriarchę niespokojnego gospodarstwa domowego”. Świat zobaczył, że za maską Księcia Ciemności kryje się czuły ojciec i mąż, który potyka się o własne buty, ale zawsze stawia rodzinę na pierwszym miejscu.
Ostatni koncert
Koncert „Back to the Beginning” 5 lipca 2025 roku na Villa Park był zaplanowany jako pożegnalne show. Sharon Osbourne powiedziała BBC w lutym 2025:
Ozzy, który nie mógł już chodzić z powodu zaawansowanej choroby Parkinsona, śpiewał siedząc na tronie. Był to obraz, który mówił więcej niż tysiące słów o sile charakteru człowieka, który mimo fizycznych ograniczeń nie potrafił zrezygnować z tego, co kochał najbardziej. Sammy Hagar, były wokalista Van Halen, który również wystąpił na koncercie pożegnalnym, napisał na Instagramie:
Dziedzictwo, które przetrwa pokolenia
Śmierć Ozzy'ego to nie tylko strata wielkiego artysty. Alice Cooper, dedykując swój show w Cardiff Ozzy'emu, powiedział:
Metallica w swoim oświadczeniu napisała:
Robert Plant z Led Zeppelin napisał, że Ozzy „naprawdę zmienił planetę rocka”. Nie ma w tym przesady – to prawda o artyście, który na zawsze zmienił sposób, w jaki myślimy o muzyce i jej możliwościach. Świat stracił Księcia Ciemności, który przewrotnie okazał się być jednym z najjaśniejszych świateł, jakie kiedykolwiek zabłysły na scenach całego świata.


