„Musimy się złapać!” – mówi znajomy albo znajoma, kiedy ty już jesteś jedną nogą w drodze, a twój rozmówca patrzy nerwowo na nadjeżdżający tramwaj, zapowiadający rychły sprint. „Tak, musimy!” – odpowiadasz, co w praktyce oznacza, że każdy może już iść w swoją stronę. Były dobre intencje, były szczere chęci, jednak oboje wiecie, że i tak nic z tego nie wyjdzie. Palec do budki: kto przynajmniej raz był w podobnej sytuacji? Samotność przybrała inny wymiar. Mało kto jest dziś pustelnikiem w klasztorze. Częściej jest człowiekiem z siecią kontaktów, ale bez prawdziwej bliskości. Co poszło nie tak?
Czy ludzie przestali potrzebować przyjaźni? Czy pogoń za karierą przysłania relacje koleżeńskie? A może to rodzina w pełni zastępuje przyjaciół? Według Heraklita z Efezu jedyną stałą jest zmiana (kłaniam się i przyznaję rację). Mimo to natura ludzka wcale nie jest znowu taka nieobliczalna: nasze pragnienia na przestrzeni dziejów pozostają stałe, a jednym z nich jest potrzeba przynależności do swojej wioski lub społeczności. Wyrazem tego może być przyjaźń, która może stać się jedną z najwspanialszych relacji w życiu człowieka. Oferuje rozmowy, zrozumienie i jakościowy czas bez smrodów (dosłownych) dnia codziennego, które bywają elementem związków. Tym humorystycznym akcentem wywyższam przyjaźń do miana bardzo wartościowej relacji, która często jest spychana na dalszy plan. I nie zawsze jest to celowa decyzja.
Samotność w sieci: setki kontaktów, nikt do zadzwonienia
Mnóstwo kontaktów w telefonie, niektóre nawet pamiętają czasy gimnazjalne. Co chwilę nowe relacje na Instagramie. Ktoś bierze ślub, ktoś pojechał do Vegas, a znajoma z ostatniej ławki chwali się ciążowym brzuszkiem. Konwersacje na Messengerze lub na WhatsAppie – dzieje się. A jednak kiedy dopada cię zły dzień, kiedy wracasz z pracy i odbębniasz resztę swoich obowiązków, poczucie nieokreślonej pustki wypełza z kąta. Nieokreślonej, bo samotny nie jesteś. Wiesz, co się u kogo dzieje, wiesz, kto teraz wyleguje się na plaży, a kto dołączył do run clubu. Ale nie masz do kogo zadzwonić.
To nie znaczy, że kiedyś ludzie byli bardziej towarzyscy. Śmiem twierdzić, że gdyby wyjąć kogoś żywcem z lat pięćdziesiątych i wrzucić w realia dwudziestego pierwszego wieku, to poddałby się procesowi adaptacji.
IRL? Nie, online. Jak Internet zmienił zawieranie znajomości
Przez ostatnie dwie dekady spotkań na żywo, tak zwanych IRL („in real life”), było coraz mniej, a coraz więcej komunikacji online. Internet na dobre zmienił nasze życie, a co za tym idzie, również zawiązywanie nowych relacji.
Gdy byliśmy mali, znajomych poznawało się z automatu. Szkoła, zajęcia dodatkowe, trzepak i piaskownica, czyli sytuacje społeczne, które wymuszają spędzanie czasu z innymi w akcji, podczas wspólnych czynności. Nie trzeba było planować spotkania za dwa tygodnie w czwartek o szesnastej trzydzieści, bo to jedyny wolny termin, żeby potem i tak je przełożyć, bo coś wypadło.
Tak zwane dorosłe życie
To sytuacja patowa, ponieważ potrzeba przyjaźni nie wzięła się i nie poszła w las. Ona tam jest, ale życie lubi pogrywać. To ten moment, kiedy tak bardzo czegoś chcesz, że aż nie masz energii, by cokolwiek z tym zrobić. Poza tym praca, dziecko płacze albo i nie płacze, bo jeszcze go nie ma i nie wiadomo, czy będzie, chłopak czy dziewczyna to lub tamto, i cały młyn kręci się dalej. Nie ma momentu, który naznacza to powolne wymieranie. To stopniowa erozja, jak na starym obrazie, którego kolory z biegiem czasu blakną. Nikt nie rzucał talerzami w przypływie gniewu, nikt nie podniósł głosu. To życie, och, życie, wydarzyło się.
W natłoku obowiązków przyjaźń wygląda jak kolejny punkt na to-do liście. I właśnie wtedy pada sławetne „musimy się złapać!”, a umówione spotkania trafiają do Kalendarza Google. No to będziemy się łapać. A jak tak dalej pójdzie, oboje skończymy z białą czupryną, ponoć w modzie.
Trzecie miejsca, czyli gdzie poznać nowych znajomych po trzydziestce
Czy rzeczywiście jest tak tragicznie? Nadzieja umiera ostatnia i zdążyła jeszcze odkurzyć tak zwane trzecie miejsca, czyli przestrzenie pomiędzy domem a pracą, które cechuje otwartość oraz powtarzalność. Pojęcie ukuł amerykański socjolog Ray Oldenburg w książce „The Great Good Place” z 1989 roku. Myślał wtedy o kawiarniach, pubach i zakładach fryzjerskich. Dziś trzecim miejscem bywa park o siódmej rano albo stolik w księgarni. Ostatnio doświadczyliśmy istnego wysypu klubów wszelkiej maści, od klubów biegowych po kluby książki i imprezy czytelnicze.
Obecny powrót do tworzenia społeczności to odpowiedź na potrzebę wspólnoty, która nie jest już przypadkowa, ale intencjonalna i wyselekcjonowana.
Wiele osób podchodzi do tego czysto pragmatycznie. Nie ma czasu na szukanie znajomych, ale chce brać udział w celowych aktywnościach, często zgodnych z zainteresowaniami. Ważne, żeby były powtarzalne, bo to powtarzalność tworzy relacje. I podobieństwo. Romantyczne „przeciwieństwa się przyciągają” jest bardziej kuszące, ale w praktyce większą rację bytu ma „swój do swego”.
Ciekawą inicjatywą jest polska społeczność FriendZone, założona przez dwie przyjaciółki z myślą o osobach po trzydziestce i czterdziestce. Organizuje domówki bez telefonów w Warszawie, Krakowie i Trójmieście. Odpowiada w ten sposób na konkretną, współczesną frustrację pod tytułem „skąd wziąć nowych znajomych?”.
Kolejnym przykładem są kluby książki oraz imprezy czytelnicze, które miałam okazję organizować. Czytelnictwo przeżywa istny renesans, a bycie oczytanym jest modne (hello, Dua Lipa i jej klub książki Service95). Nie każda impreza musi oznaczać tuptanie pod lustrzaną kulą. Wystarczy dobra książka, kubek kawy w dłoni i towarzystwo innych czytelników z opcją późniejszej rozmowy o lekturach. Oczywiście dla chętnych – nic nie trzeba, przymusów nie ma. Jedną z rzeczy, które najczęściej słyszałam od uczestników imprez czytelniczych, było to, że ciężko poznać ludzi o podobnych zainteresowaniach. A po trzydziestce – to dopiero!
No to dopiero się porobiło. Wracamy do początku, do prawdziwej chęci posiadania swojej małej wioski – piramida Maslowa jest nadal aktualna. Nawet jeśli rzeczywiście trudniej utrzymać stare znajomości i zawrzeć nowe, przyszłość nie wygląda znowuż tak pochmurnie. Mamy świadomość problemu i narzędzia, żeby wygrzebać się z tego dołka. Pomaga w tym ludzka zdolność adaptacji i krótki uścisk dłoni z kolektywizmem w erze, która stawia na indywidualizm.



![Jimmy Fallon śpiewa „Sto lat” po polsku w „The Tonight Show” [WIDEO]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_Bez_nazwy_677d6476c3.png&w=1920&q=80)


![Garbaczewski: „Zły” Tyrmanda to bardziej „Breaking Bad” niż mrok [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_1920_1792404974059_zly1n_0540_544737e15c.jpg&w=1920&q=80)



