Jego rola Goldena w „Furiozie” wielu osobom wywróciła myślenie o nim jako o aktorze. Wcześniej mogliśmy obserwować go głównie w rolach czarującego amanta, a oto staje przed nami bardzo niebezpieczny gangster, lider, kibol, którego nie sposób się nie bać. Mateusz Damięcki pokazuje, że ma w zanadrzu jeszcze wiele kart do odkrycia. W rozmowie aktor opowiada o roli Starskiego w nadchodzącej ekranizacji „Lalki” (reż. Maciej Kawalski), o budowaniu swojej tożsamości, o tym, czy wciąż zaskakuje sam siebie, a także o cenie swojego zawodu, która jest czasami zbyt wysoka.
Zacznijmy od tego, co jest przed nami, czyli od „Lalki”. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że sięgamy po wielkie teksty, żeby oswoić rzeczy, których się boimy. Czego ty boisz się najbardziej w dzisiejszych czasach?
Tak powiedziałem? Pewnie miałem na myśli to, że ja sobie ukułem taką definicję idealnego tekstu kultury, że to jest opowiadanie o konkretnym bohaterze oraz o jego środowisku, w przełomowym, dziejowym momencie. I tak właśnie jest w „Lalce”. Wokulski to facet, który zostaje poddany próbie w czasie wojny. Zresztą akurat „Lalka”, jak wiele innych tekstów, zarówno literackich, jak i z pozostałych dziedzin kultury, przypomina nam, że wojna nie jest wcale czymś nadzwyczajnym, wręcz przeciwnie, jest stanem naturalnym. Zobacz, ile wspaniałych przełomowych filmów dla kinematografii amerykańskiej powstało tylko dlatego, że był Wietnam. Moim ulubionym jest „Taksówkarz”. Mimo że tam nie pada ani razu wprost informacja, że bohater był w Wietnamie, to ja w jednej ze scen zobaczyłem płonący napalm w oczach Travisa granego przez De Niro, amerykańskie bomby, które spadają na wietnamskie wioski. Wracając, „Lalka” pokazuje nam, że wojna była zawsze. Mało tego – nasz kochany Staś robi kasę właśnie na wojnie. Pragmatyczny i bezwzględny, zarabia na dostawach broni. Czyli robi dokładnie to, co jest dla nas, ludzi liberalnych, karygodne. Powinniśmy to napiętnować, Na dobrą sprawę powinniśmy zrobić z niego antybohatera.
Jednak tak nie jest, nie robimy z niego antybohatera. Myślę, że bardziej mu współczujemy…
No tak, ale tu zaczyna właśnie przeważać ten drugi aspekt. Na jedną warstwę nakłada się druga, dramat człowieka rozdartego, wrażliwca ze złamanym sercem.
Wrócę do tego pytania o twoje lęki.
Czego ja się boję? Boję się pewnie, że przyjdzie mi kiedyś dokonywać trudniejszych niż dotychczas wyborów. Boję się tego, że mógłbym kiedyś zatracić w sobie ten gen romantyczny, który być może jest śmieszny, ale mnie poniekąd definiuje. Boję się, że będę miał za dużo pieniędzy i zacznę robić jakieś głupoty. Boję się, że będę miał za mało pieniędzy i nie będę mógł zapewnić spokoju i bezpieczeństwa mojej rodzinie. Boję się wojny. Zastanawiam się, co będzie, kiedy do nas wejdzie? Jak zareagujemy i który dwulicowy skurwysyn zarobi na niej najwięcej?
To ciekawe, że nie zastanawiasz się, co będzie „jeśli” do nas wejdzie wojna, tylko zadajesz pytanie: kiedy?
W zasadzie ona już jest, ale póki co z powodzeniem wszyscy udajemy, że jej nie ma.
Jakie zadanie ma spełnić ta nowa ekranizacja? Po co ona nam jest?
Nam? Przecież wszystko robi się dla młodych. Młodszych :) Z punktu widzenia komercyjnego ta „Lalka” ma być wielkim show. Na pewno ma być dynamicznym kinem sensacyjno-przygodowym, kolorowym, wybuchowym, z montażem, który nie uśpi młodego człowieka. W tej chwili walczy się o widza, o czytelnika, w każdy sposób, na jaki pozwala show-biznes. Patrzę na to z perspektywy własnych doświadczeń i odnoszę wrażenie, że młodzi ludzie są dziś zapędzani w kozi róg, osaczeni. Zalewani bodźcami, bombardowani teaserami, mini reklamami, wrzutkami. Trochę mi ich żal. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli nie zaczniemy nadawać na tych samych falach co oni, nie zostaniemy zauważeni. Nasz wysiłek przepadnie. Bo dlaczego mieliby wybrać książkę pod tytułem „Lalka”, jeżeli ona nigdy im się nie pojawi na TikToku ani na Instagramie? A właśnie teraz się pojawi. I po prostu mam nadzieję, że siłą rozpędu, rzeczy, wypadków – dzięki naszemu filmowi ta książka trafi do tych ludzi, a, daj Boże, nawet nie będą się zastanawiali, czy muszą ją kupić, bo się okaże, że u rodziców ta powieść jest na półce.
Ty na planie miałeś szesnaście kostiumów i czternaście scen.
Tak, mniej więcej coś takiego. Czy to nie cudowne? Szeroko! Kolorowo, atrakcyjnie, a z drugiej strony tak bardzo spójnie z charakterem Starskiego. Ten stan rzeczy doskonale go odzwierciedla, pokazuje jego zepsucie. Myślę, podążając za słowami Bogusława Lindy, że tak naprawdę filmy historyczne nie istnieją – są tylko filmy kostiumowe, dzięki którym widz po prostu otrzymuje ponadczasową historię, ale w określonej, odbiegającej od aktualnie obowiązującej mody, stylizacji. Ja na przykład bardzo lubię kino typu „Peaky Blinders” ze względu właśnie na ten styl, ubrania, scenografię, Jako widz postrzegam je jako bardzo atrakcyjne. Lubię filmy pirackie – kojarzą mi się z przygodą i oprócz tego, że biegają tam marynarze z drewnianą nogą, z przepaską na oku, czy hakiem zamiast dłoni, to w tych filmach chodzi też o to, że czarny charakter musi porwać jakąś długowłosą piękność, a dobry musi ją uratować. Jest zły admirał brytyjski, który jako imperialista zbombarduje biednych autochtonów żyjących na wyspie, ale zaraz przypłyną piraci i pomogą tym bezbronnym. Piraci oczywiście przy okazji zabiorą złoto. I mimo że są przecież źli będziemy się cieszyli, że wygrali.
Znowu kibicujemy antybohaterowi…
No tak, zawsze będziemy kibicowali uroczym łobuzom, którzy...
Są seksi.
Tak, ja już się dowiedziałem, że Golden jest seksi.
A czy w tej „Lalce” będziemy też kibicować twojemu bohaterowi, Starskiemu?
Zachęcam wszystkich do kibicowania Starskiemu. Szczerze. Przecież nie dlatego, że jest perfidny, że jest szują, nie dlatego, że jest pazerny i zdegenerowany, ale dlatego, że nie jest dwulicowy. Ja myślę, że w tym całym bestiariuszu, w tej zatęchłej menażerii, którą reprezentuje, jako jedyny mówi o swoim zepsuciu otwarcie. Uważam, że to właśnie zakłamanie arystokracji jest cechą, która najdobitniej ze wszystkich charakteryzuje tę klasę. Są próżni, pyszni i stosują podwójne standardy.
Masz jakiś szczególny moment z planu, który wiesz, że zachowasz i będziesz ciepło wspominał?
Myślę, że spotkanie z panią Mają Komorowską. To jest aktorka o wielkiej klasie i wspaniały, serdeczny, przejmujący człowiek. Legenda. Tak, po latach najczęściej to pamiętam: spotkania na planie.
Jest jakieś, które miało znaczący wpływ na twoją drogę?
Takim game changerem dla mnie jest „Furioza”, czyli współpraca z reżyserem, Cyprianem Olenckim. Ale też Marcinem Zarębskim – producentem. To te spotkania literalnie odmieniły moje życie.
Powiedziałeś mi, że każda anegdota musi mieć wstęp, rozwinięcie i puentę. Zastanawiam się, czy to znajduje przełożenie w twoim biogramie na Instagramie: „Jak miałem dziesięć lat, zagrałem w »Wow«, potem w »Matkach, żonach i kochankach«. A potem w »Furiozie«”.
No tak, to jest początek, rozwinięcie i puenta.
Ale dlaczego „Furioza” miałaby być puentą?
Puentą na teraz, na tu i teraz. Wiesz dlaczego? Bo kontrapunkt działa. Kontrast działa. Zaczęło się od „Wow” Jerzego Łukaszewicza, kiedy miałem 10 lat. I to był pierwszy kamień milowy. Z perspektywy dowiedziałem się, że kolejnym znaczącym punktem na mojej drodze były „Matki, żony i kochanki” Machulskiego. To dzięki roli Jurka określiłem swoje filmowe emploi – fajny chłopak w koszuli w kratę. I potem było już z górki – wystarczyło ładnie się uśmiechać w każdym kolejnym romantycznym serialu. Latami przyzwyczajałem ludzi do tego amanta. Aż w końcu pojawił się Golden i… zadziałał kontrapunkt: ,„Boże, a taki dobry chłopak był”. Jedni byli wściekli, że go zagrałem, inni byli zachwyceni, pozostali mnie nie rozpoznali – co w gruncie rzeczy jest najlepszą recenzją dla aktora. To się wytworzyło dzięki sprytowi i inteligencji Cypriana, który zatrudnił mnie w roli, która była dla mnie niezwykła. Kazał mi rozpanoszyć się w środowisku, które było dla mnie całkowicie nieznane.
To jak do tego doszło?
Cyprian dał mi scenariusz „Furiozy”, kazał przeczytać i zapytał, czy wiem, którą rolę mi proponuje. Ja powiedziałem: „No, Dawida’’. On mówi: „Spójrz, Mateusz, w pesel i w lustro… Ja wiem, że wszyscy ci mówią, że młodo wyglądasz, ale studenta nie zagrasz. Dostaniesz Goldena i masz go zrobić”. Ja się bardzo zdenerwowałem, ale już w drugiej minucie wiedziałem, że to będzie największa przygoda mojego życia.
Dlaczego się zdenerwowałeś?
Bo jak zbudować postać, o której nie wie się nic? Zwykle korzystałem z moich doświadczeń osobistych. A tutaj? Jak miałem zagrać Goldena, skoro do tej pory byłem na jednym meczu piłkarskim i chciałem wyjść z niego już w połowie. Nawet później, już jak dostałem tę rolę i zacząłem się do niej przygotowywać, znów poszedłem na stadion i podobało mi się jeszcze mniej. W ogóle nie mój świat. I zastanawiałem się: co ja mam zrobić? Cyprian dał mi trudne zadanie, ale ja lubię trudne zadania. Zacząłem pisać. I wpadłem po uszy. Teraz już wiem jak się to robi – tworzysz bohatera wymyślając jego życie od początku, czyli na długo przed pierwszą sceną scenariusza. Po prostu trzeba o tym bohaterze książkę napisać, biografię. Potem niekończące się rozmowy z reżyserem, pogłębianie, charakteryzacja, kostium…
Siłownia…
Siłownia i obserwacja ludzi, którzy przychodzą na tę siłownię. I było okej. Wrócę do tego Instagrama – czemu tak mam napisane? Pracuję od 1991 roku, trzydzieści pięć lat. No, to tak sobie to podzieliłem, nie do końca dla mojej kariery równo. W zasadzie w środku powinienem wpisać „Przedwiośnie”, ale wybrałem „Matki, żony i kochanki”, bardziej anegdotycznie, ze względu na to, że całe pokolenia kobiet kojarzą mnie z tego serialu: rówieśniczki mówiły, że podążały za mną, bo były wtedy w moim wieku, starsze kobiety dlatego, że chciały mieć takiego syna, a jeszcze starsze, że chciały mieć takiego wnuka. Na pewno początek i koniec w tej historii, na razie taki najbardziej spektakularny, to jest właśnie zestawienie Jima z „Wow”, kiedy miałem dziesięć lat i Goldena z dziś, który... różni się od tego chłopca trochę.
Jak buduje się tożsamość człowieka, który od dziesiątego roku życia jest w jakiejś roli? Jak odkrywa się swoje „ja”, dojrzewając w takim środowisku?
Równolegle, poprzez nadwyrężone pracą zawodową życie prywatne oraz wymyślonych bohaterów, których się gra. Przez te wszystkie lata budowania ról poznałem bardzo wiele opcji człowieka, bo moich bohaterów stawiano przed rozmaitymi wyborami. Kiedy byłem na tyle młody, że w ogóle nie wyobrażałem sobie, że mogę mieć dziecko, nagle dowiadywałem się ze scenariusza, że mój bohater je ma. Musiałem się nauczyć je trzymać, żeby czuło się przy mnie bezpiecznie, przewijać, myć, opiekować się nim, karmić. I siłą rzeczy zacząłem obrastać w te doświadczenia, mimo że aktor przecież tylko udaje. W „Kochaj i tańcz” musiałem być tancerzem. I to dobrze zbudowanym, bo grałem chłopaka na co dzień pracującego na budowie. I dlatego z jednej strony przycisnąłem na siłce, a z drugiej naturalnym wydało mi się, że przyjęcie zaproszenia do „Tańca z gwiazdami” będzie odpowiednią decyzją. Ten krok z kolei w efekcie wzbogacił mnie o dwa doświadczenia, leżące na dwóch skrajnych biegunach: po pierwsze nauczyłem się tańczyć, co dało mi dużo swobody na planie filmu, dzięki któremu dostałem dużo popularności, z drugiej jednak strony „Taniec z gwiazdami” odarł mnie z jakichkolwiek wątpliwości, co do praw rządzących show biznesem. Pod tym względem było to okropne doświadczenie.
A rówieśnicy?
Tyle, ile mogłem czasu spędzić z przyjaciółmi, tyle spędziłem z przyjaciółmi, takimi z podwórka, z kolonii. Z kolegami ze szkoły? W ograniczony sposób. Nie każdy zachowywał się tak, jak powinien. Dzieci nie dawały sobie rady z tym, że mimo opuszczania zajęć mam dobre oceny, a jednocześnie robię filmy i zarabiam pieniądze. Traktowali mnie różnie, powiedzmy, że byłem w takiej emocjonalnej pralce przez cały czas. Ale na pewno się nie nudziłem. No i nie przychodziły mi do łba żadne głupie pomysły, bo nie miałem po prostu na to czasu. Czy to jest dobre, czy złe – drugiego życia nie mam, więc nie wiem.
A czy myślałeś kiedyś o filmie z innej perspektywy? Masz ciągoty na przykład do reżyserii albo pisania scenariuszy?
Wiesz, paradoksalnie ja jestem w wielu aspektach dość ograniczony i zdaję sobie z tego sprawę. Jeżeli chodzi o sposób pracy, podejścia do niej – jestem bardzo skrupulatny z natury. Wydaje mi się, że nie można brać odpowiedzialności za innych ludzi w jakiejś produkcji, kiedy nie jesteś wykształcony w danym kierunku. Wydaje mi się, że ja nie potrafię zarządzać ludźmi. Wydaje mi się, że same dobre pomysły nie wystarczą. Nie byłbym w stanie – na razie przynajmniej – wziąć odpowiedzialności za całą machinę, bo wiem, ile to kosztuje. Wiem, jak duży jest to ciężar. Czas jest najcenniejszą rzeczą, jaką ma każdy z nas. Trzeba umieć nim dysponować. Uważam, że byłbym akurat w tej kwestii słabym ogniwem. Co nie wyklucza tego, że kiedyś mi się uda.
A co jest twoim bezpiecznikiem? Bo ty jesteś bardzo zapracowaną osobą. Gdzie szukasz ukojenia? Chyba że nie potrzebujesz...
Potrzebuję, potrzebuję. Lubię sprzątać.
Mateusz Damięcki – nieznany.
Był taki moment w moim życiu, kiedy wiedziałem, że mogę się nie dostać do szkoły teatralnej, bo akurat miałem problem z maturą. A to były czasy, że jeśli nie dostałeś się na studia to mogli cię zabrać do wojska. Pomyślałem: „E, to nawet nic by się takiego nie stało!”, bo ja de facto bardzo lubię porządek. Dyscyplinę. Lubię, jak ktoś mnie za wszarz weźmie. I dokładnie tak samo jest u mnie w aktorstwie. Uwielbiam reżyserów, którzy wiedzą, czego chcą. Uwielbiam reżyserów, którzy mi mówią: „Tu stań, a potem tu”. Bo ja nie mam problemu z tym, żeby dla inscenizacji przejść z prawej na lewą. Jeżeli reżyser ode mnie tego wymaga, to znaczy, że panuje nad materią, wie, czego chce. W końcu „director” to ten, który wskazuje kierunki.
„Grzesznicy” pokazują, że człowiek ma wiele twarzy. Czy po tylu latach pracy nadal odkrywasz w sobie cechy, o których wcześniej nie miałeś pojęcia? Zaskakujesz sam siebie?
Tak! Oddech Goldena będzie mi chyba już zawsze towarzyszył. To było dość mocne wydarzenie w moim życiu. Równie silnym zawodowym doświadczeniem stał się super skonstruowany serial „Prosta Sprawa”. Jak patrzę na siebie w tej produkcji, to co chwilę pytam: „Wow, to ja tak umiem?”. Przecież ja prywatnie nie lubię broni, a jednak mojemu bohaterowi broń nie sprawia najmniejszego problemu. W „Matkach pingwinów” dowiedziałem się o sobie, że mam dużo cierpliwości do dzieci. Znacznie więcej, niż bym się tego spodziewał. I to pomimo obiektywnych trudności, jakie dzieci potrafią sprawiać podczas pracy.
Jakie to trudności?
Trafiłem na plan, na którym na pierwszym miejscu stoi banda dzieciaków. Niezwykłych, uroczych dzieciaków. Ale nie dwójka, nie trójka, tylko dwadzieścioro. Jest więc tłok, łącznie jakieś sto dwadzieścia osób na planie: oprócz pionów reżyserskiego, oświetleniowego, scenograficznego, kostiumów, charakteryzacji, światła i aktorów dorosłych są dodatkowo rodzice dzieci, czasem ich rodzeństwo, opiekunowie planowi do dzieci i specjalni koordynatorzy, dzięki którym praca w tych warunkach nie wymyka się spod kontroli. I wiesz co? Nie jest łatwo. Kosztuje sporo wysiłku, ale za to jest tak satysfakcjonująco, jak na żadnym innym planie. Full radości i najprawdziwszych emocji. Bo to jest serial o prawdziwych problemach: o tym, co możemy zmienić, by nadal wspierać ludzi, którzy jeszcze kilka lat temu zawstydzeni siedzieli w domu nie mogąc na wózkach przejechać kilku metrów na przystanek – bo nie było prostych chodników, podnośników i wind w autobusie. Teraz to wszystko już jest, ale polskie społeczeństwo nadal boryka się z poważnymi problemami: brakiem tolerancji wobec odmienności, pokazywaniem palcem, wyśmiewaniem, niezrozumieniem, brakiem cierpliwości,
Ten temat jest na tyle ważny, że, uwierz mi, zniesiesz każdą niedogodność na planie, żeby tylko dostać materiał, który po zmontowaniu zostanie wypuszczony do ludzi. Materiał, który da ukojenie wszystkim rodzicom „Pingwinów” i otworzy oczy tysiącom, jak nie dziesiątkom tysięcy ludzi, nie tylko w Polsce, bo na całym świecie. Ten plan był karkołomny pod wieloma względami, ale dzięki niemu dowiedziałem się, że jestem cierpliwy. Dowiedziałem się o sobie, że jest coś ponad, że są różne powody, dla których robimy filmy i seriale.
Co jest dla ciebie na tej zawodowej ścieżce największą nagrodą?
Dla mnie nagrodą jest to, że mam rodzinę, której jeszcze nie utraciłem przez moją pracę. A bywa… grubo.
To, czego ci życzyć?
Żeby nie przesadzić. Cenię uczciwość w pracy, ale w zwykłym życiu jeszcze bardziej. Po „Furiozie”, zwłaszcza po drugiej części, dostałem tak mocno, że po raz pierwszy w życiu zwątpiłem, czy to w ogóle ma sens. Takie poświęcenie. Bo kiedy zaczynasz szukać mieszkania, żeby wszystkim było łatwiej na czas twojego zaangażowania w projekt, to zdajesz sobie sprawę, że to jest właśnie ten moment, kiedy cena, którą płacisz, stała się zbyt wysoka.
Mateusz Damięcki to aktor filmowy, teatralny i telewizyjny. Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie. Karierę rozpoczął jako dziesięciolatek w serialu „Wow” (reż. Jerzy Łukaszewicz). Popularność przyniosły mu produkcje takie jak „Matki, żony i kochanki” (reż. Juliusz Machulski), „Przedwiośnie” (reż. Filip Bajon), czy „Kochaj i tańcz” (reż. Bruce Parramore). Punktem zwrotnym w jego karierze okazała się rola Goldena w „Furiozie” (reż. Cyprian T. Olencki). Premiera nowej ekranizacji „Lalki” (reż. Maciej Kawalski), w której Mateusza Damięckiego podziwiać będziemy w roli Kazimierza Starskiego, zaplanowana jest na 30 września 2026 roku.
foto i dyrekcja artystyczna photo & art direction Marta Kaczmarek / SHOOTME
dyrekcja artystyczna art direction Aleksandra Stefaniak / K MAG
reżyserka ruchu movement director Joanna Słowik
stylizacja styling Alex Hayel
makijaż i włosy makeup & hair Iliana Bogacka / Van Dorsen Artists
produkcja production Marcelina Słomian / K MAG
asystent fotografki photographer’s assistant Jakub Czyszewicz
asystentka produkcji i materiały backstage production assistant & backstage materials Anna Mróz / K MAG
asystentka produkcji production assistant Zuzanna Strzelecka / K MAG
dubler double Alex Hayel
podziękowania dla special thanks to Daylight Studio
włoski catering przygotowany przez Va Bene Centro italian catering prepared by Va Bene Centro
sesja odbyła się w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie photoshoot took place in Zachęta – National Art Gallery in Warsaw
Najnowsze wydanie do kupienia w naszym sklepie oraz w salonach prasowych.
![Mateusz Damięcki: „Dla mnie nagrodą jest to, że mam rodzinę, której jeszcze nie utraciłem przez moją pracę” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_260731_kmag0151_eaca75c5c1.jpg&w=1920&q=80)






