„Sztuka jako ucieczka od narzuconej formy" to projekt fotograficzny, w którym Julia Le zastanawia się, jak społeczne normy krępują swobodę ekspresji. Uchwycone na zdjęciach kreacje Martyny Agnieszki stają się w nim wizualnym wyrazem przekraczania konwencji i manifestem indywidualności.
Julia Le
Co znaczy dla ciebie indywidualność?
Mówiąc, że indywidualność to brak obawy przed tym, co myślą inni, zabrzmię dość sztampowo. Wydaje mi się, że nie do końca o to chodzi. Często bardziej boimy się tego, że będziemy przejmować się oceną innych, niż samej oceny.
Dla mnie indywidualność to świadomość siebie. To przekonanie, że niezależnie od tego, czy ta obawa się pojawi, czy nie – jeśli robisz coś zgodnego ze sobą, będzie dobrze. Akceptacja tego, że lęk może występować, ale nie musi kierować naszymi decyzjami, jest dla mnie prawdziwą indywidualnością.
Czego szukasz w ludziach, z którymi współpracujesz?
Przede wszystkim pasji i chęci wyjścia ze swojej strefy komfortu. Wiele osób znajduje swój styl i osadza się w nim na tyle, że nie czuje potrzeby dalszej eksploracji – sama też się na tym łapię. Najbardziej świeże i inspirujące są dla mnie osoby, które potrafią wyjść poza ten schemat, przysłowiowo tupnąć nóżką i robić swoje, niezależnie od materialnych korzyści.
Czym jest dla ciebie bunt?
Bunt jest wynikiem frustracji. Jest rezultatem zaniedbań i emocji, które zbyt długo były tłumione. Ale bunt to także odwaga. Robienie czegoś, co inni uważają za niepoprawne, niegodne czy niesłuszne. Przede wszystkim jednak bunt jest dla mnie niezgodą na słowa: „tak już jest” czy „takie jest życie”. To aktywne pragnienie zmiany i wiara we własną sprawczość.
Jaki jest cel twojej sztuki?
Bardzo osobisty. Uwielbiam mieć kontrolę nad rzeczywistością, której – szczerze mówiąc – często po prostu nie lubię. Fotografia daje mi możliwość przejęcia tej kontroli. Niezależnie od tego, kto stoi przed obiektywem, to ja decyduję o tym, co zostaje pokazane i uznane za ważne. W świecie pełnym rzeczy, na które nie mamy wpływu, fotografia pozwala mi poczuć, że to ja projektuję rzeczywistość – nawet jeśli odbiór zdjęć bywa czasem daleki od moich intencji.
Czy sztuka zawsze jest polityczna?
Moim zdaniem – tak. Niezależnie od tego, czy przed obiektywem stoi matka z dzieckiem w zniszczonym domu, czy uśmiechnięta modelka w drogich ubraniach, zdjęcie zawsze opowiada historię. Może odwoływać się do wielu kontekstów – nierówności klasowych, przywilejów, definicji szczęścia i luksusu czy wreszcie sposobu, w jaki postrzegamy świat. Polityczne nawiązania znajdziemy na zdjęciach zawsze, nawet jeśli nie umieścimy ich tam świadomie. Ludzie obawiają się tego i próbują tworzyć sztukę apolityczną. Ale według mnie nie jest to możliwe. Jako twórcy nie mamy przecież wpływu na to, jak nasza praca zostanie odebrana.
Mówisz, że w swoich projektach łączysz „europejską perspektywę z azjatycką wrażliwością”. Co to dla ciebie znaczy?
Ma to związek z moim pochodzeniem – jestem w połowie Wietnamką – ale także z tym, że przez jakiś czas mieszkałam między innymi w Chinach. Moje zdjęcia zawsze starają się opowiadać jakąś historię, ale pobyt w Azji wpłynął na sposób, w jaki tę historię buduję. Zaczęłam zwracać większą uwagę na ruch, światło, relację człowieka z naturą i atmosferę. Często nie są one jedynie tłem dla narracji, ale stają się jej integralną częścią.
Dorastając, a później mieszkając w Azji, zetknęłam się z twórczością artystów, którzy musieli bardzo świadomie dobierać środki wyrazu. Niezależnie od tego, czy wynikało to z kontekstu politycznego, czy z ich własnej estetyki, imponowała mi i nadal imponuje konsekwencja, z jaką realizowali swoje wizje. Dbałość o każdy detal bardzo mnie inspiruje i jest czymś, do czego sama dążę w swojej twórczości.
Martyna Agnieszka
Z jakim materiałem najbardziej lubisz pracować?
Lubię pracować z każdym materiałem, na którym widać zużycie. Za przykład mogę podać wiskozową spódnicę z sylwetki „Petronela”. Nie wygląda teraz tak, jak podczas pierwszych zdjęć lookbookowych. Widać na niej odbarwienia od ziemi czy ślad po kawie. Materiał po paru miesiącach użytkowania jest też bardziej zbity. Podobnie jest z surową bawełną w marynarce „Agnieszka”. Mając ją na sobie, oblałam się czerwonym winem i od tamtego czasu można znaleźć ukryty pod warstwą materiału ślad, który się nie sprał. Jednak mi to nie przeszkadza – wręcz przeciwnie. Lubię, gdy wypadki dnia codziennego nadają ubraniom charakter.
Czym jest dla ciebie konwencja? Czujesz potrzebę łamania jej?
Konwencja jest przyjętą normą. W modzie jest to także pewna cykliczność. Konwencjonalne jest powielanie trendów i opieranie swoich wartości estetycznych głównie na tym, co podsuwa algorytm. Brak chęci sprzeciwiania się ogólnie przyjętym zasadom jest bardzo przykry i nie pomaga w rozwijaniu własnej kreatywności. Aby otworzyć sobie drogę do czerpania z wachlarza własnych doświadczeń, duszy i serca, należy taką konwencję oskórować. Wtedy podejmuje się walkę z kryzysem indywidualności i zaczyna się czerpać z własnego otoczenia, które jest bardzo jednostkowym zbiorem przeżyć. Myślę, że bez łamania konwencji nie ma wolności.
Jak rozumiesz kobiecość?
Utożsamiam to słowo ze sprawczością. Dorastałam w rodzinie, która na wielu płaszczyznach była matriarchalna. Postać matki była tą dominującą, zwłaszcza w kontekście perypetii codzienności. Nie lubię przyrównywać słowa „kobiecość” do delikatności. Są to dla mnie dwa różne pojęcia, przy czym to pierwsze może być indywidualne, budowane na podstawie własnych doświadczeń.
Nie chodzi o to, że mam coś przeciwko kobietom utożsamiającym się z delikatnością – chodzi właśnie o to, że każda kobieta ma wybór i może przypisać sobie wartości, które najbardziej z nią korelują. Mimo to myślę, że kobiecie daleko do uległości z natury.
Twoje projekty nazywane są „polskim Comme des Garçons”. Internet lubi takie porównania, bo tworzą one punkt odniesienia. Jak ty, jako artystka, której projekty są mocno indywidualne i osadzone w twoim wewnętrznym, emocjonalnym świecie, odnajdujesz się w takim zestawieniu?
Czuję się onieśmielona tym porównaniem. Wartości Comme des Garçons są mi niesamowicie bliskie i imponujące w swoim przekazie, jednak nie uważam tego zestawienia za trafne. Moje projekty nie skupiają się na odrzuceniu norm płciowych, a sama w pewnym sensie chcę uskrzydlać własną definicję kobiecości. W swojej pierwszej kolekcji narzuciłam sobie bezczelną odpowiedzialność utożsamiania ubrań z historią, która już się wydarzyła. Nie jestem w tym pierwsza. Przekazuję po swojemu to, co już było.
Czy w świecie, w którym bycie „niszowym” jest komercjalizowane, awangarda dalej istnieje?
Jeśli stara awangarda staje się nową normą, zmienia się definicja tego, co rzeczywiście jest awangardowe. Dla mnie zawsze będzie to oddalenie się od tworzenia czegoś, co z założenia ma wpisać się w to, co dyktuje algorytm. Za awangardowe uważam trzymanie się własnych wartości i przewartościowanie źródeł inspiracji. Czerpanie z codzienności, z rutyny, z łamania rutyny, z relacji, kłótni, otoczenia i odwiedzanych miejsc. Tworzenie własnego kompendium bodźców do działania.
foto Julia Le
moda Martyna Agnieszka
stylizacja Izabela Przeniosło
modelka Paulina Hoang / THE management
makijaż Julia Skrzypek
lokalizacja Pracownia artystyczna Niny Dziwoki


![[K-ONNECTION] Jan Suchorab w projekcie „Showcase” poszukuje momentów, w których kreacja spotyka się z rzeczywistością](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_7_dd12813191.jpg&w=1920&q=80)


![Gdyby Jane Eyre była psychopatką. „Victorian Psycho” z Maiką Monroe [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_image_2026_07_30_T095710_085_b09d9cf885.jpg&w=1920&q=80)




