Impulsem do stworzenia projektu ,,The Song of Glass Waves’’ było światło przechodzące przez szklany wazon. Jego autorka skupiła się na wizualnej historii opowiadającej o połączeniu szkła i wody. Światło na granicy tych dwóch materii odbija się i zniekształca w sposób trudny do przewidzenia, budując surrealistyczną wersję rzeczywistości. Podobnie syrena w dalekowschodnich opowieściach jest nieuchwytnym bytem istniejącym pomiędzy światami, pomiędzy tym, co realne i wyobrażone.
Czego szukasz w ludziach? Co cię w nich najbardziej inspiruje?
Długo zastanawiałam się nad odpowiedzią na to pytanie, bo to chyba nie jest tak, że szukam jakiejś konkretnej cechy. Nigdy nie postrzegałam siebie jako portrecisty, człowiek jest dla mnie tylko – albo aż – elementem całości. Gdy w mojej głowie powoli układa się pomysł na sesję, intuicyjnie szukam twarzy, która tę całość uzupełni.
Wychodząc poza ramy samej fotografii, zdecydowanie inspiruje mnie w ludziach charyzma. Czasem jestem nieśmiała przy pierwszym kontakcie, ale otwieram się przy tych, którzy wypełniają otoczenie swoją energią.
Co pociągającego jest w szkle?
Szkło jest fascynujące na dwa sposoby. W pierwszym znaczeniu - jako przedmiot z historią; niegdyś stojący w witrynie, przebył długą drogę, by na koniec wylądować w kartonie pełnym niepotrzebnych już komuś rzeczy. Zostaje wywieziony do innego miasta, może do innego kraju, żeby w pewnym momencie zostać wypatrzony przez czyjeś srocze oko i dostać drugie życie. Pociągające są dla mnie poszukiwania same w sobie – kojarzą mi się ze szczęśliwym czasem spędzonym podczas niedzielnego spaceru z najbliższymi. Każdy wazon w mojej witrynie wiąże wspomnienie z dnia, który inaczej nie zostałby zapamiętany.
W drugim, czysto fizycznym znaczeniu - jako materiał o nieuporządkowanej strukturze, trochę jak woda, która zastygła w pięknej formie. Zachwyca grą świateł, która teoretycznie określona konkretnymi prawami fizyki, a jednak nieprzewidywalna i czasem nieuchwytna.
Jak budujesz historię, którą chcesz opowiedzieć?
Zależnie od tego, co jest punktem startowym, staram się później ułożyć wszystkie elementy dookoła. To nie tak, że w mojej głowie od razu pojawia się wizja całości. Czasem zachwyci mnie lokalizacja, zdarzało mi się rozpoczynać planowanie od napotkanego w sieci ogłoszenia sprzedaży starego auta, od pięknego odcienia czerwieni torebki w witrynie, fasady budynku z czasów modernizmu, ogromnego sopla za oknem. Gdy ustalę, w jakim klimacie osadzę element, który mnie zainspirował, rozpoczyna się poszukiwanie twarzy. Jeśli za mocno wybiegnę wyobraźnią w szczegóły, mam problem ze znalezieniem osoby, która by tym wyobrażeniom odpowiadała. Ogromne znaczenie mają oczywiście wizaż i stylizacje, dlatego uważam, że końcowy efekt to zawsze zasługa wspólnej pracy kreatywnej całego zespołu. Ostatnim etapem przygotowań jest rozrysowywanie poszczególnych kadrów. To pomaga nadać kształt historii i zapobiega tworzeniu ujęć, które ciężko później do siebie dopasować.
fot. Dorota GrzegorczykJak najbardziej lubisz wykorzystywać światło w swoich pracach?
Jeszcze kilka lat temu miałam bardzo ograniczone możliwości. Jeden obiektyw, światło słoneczne, koleżanki, które miały czas i chęci zapozować mi do zdjęć, ubrania wypożyczone z teatru.
To pozwoliło mi pokochać światło naturalne, mimo jego kapryśności i nieprzewidywalności. Wydaje mi się, że mniejszy wybór narzędzi jednocześnie ułatwia i utrudnia. Prościej jest "udokumentować" światło zastane, chociaż ono sprawia, że klimat sesji jest płynny i może zmienić się już w trakcie robienia zdjęć, niezależnie od tego, co się wcześniej zaplanowało. To uczy pokory i otwartości na nowe. Jednak to światło studyjne, początkowo dla mnie przerażające, daje prawdziwe poczucie kontroli i nieograniczone możliwości. Czasem ta dowolność jest przytłaczająca. Wykorzystanie do tego szklanych elementów zupełnie zmienia zasady gry – wraca ta nieprzewidywalność, która była dla mnie chlebem powszednim przy sesjach plenerowych, choć w nieco innej formie. Przecież szkło w tych samych warunkach nie zachowa się inaczej, ale przy skomplikowaniu załamań i odbić trudno jest odtworzyć niektóre zjawiska.
Na ile nieprzewidywalność światła i zniekształceń wpływa na ostateczny kształt twoich prac?
Zanim rozpoczęłam przygodę z fotografią studyjną, czyli jeszcze całkiem niedawno, nieprzewidywalność światła była właściwie decydującym elementem sesji. Znajomi śmieją się, że jeśli organizuję sesję w plenerze, to nie ma co planować aktywności na zewnątrz, bo niemal na pewno będzie deszczowo albo pochmurnie. W studio ta nieprzewidywalność właściwie nie występuje, chyba że wyniknie z mojej ograniczonej wiedzy odnośnie do działania poszczególnych modyfikatorów i ustawień. Zniekształcenia to temat zupełnie odrębny, który dopiero odkrywam, i którego pierwsze próby poznania można obejrzeć w naszej ostatniej sesji The song of Glass Waves.
Czy Twoim celem jest raczej dokumentowanie zjawisk świetlnych, czy tworzenie własnej, poetyckiej narracji wizualnej?
Do tej pory określiłabym to jako dokumentowanie. Natomiast dzięki Aleksie Luto i jej zaproszeniu do naszego pierwszego wspólnego projektu, śmielej weszłam w świat fotografii studyjnej. Nabrałam odwagi i odkryłam narzędzia, dzięki którym mogę zmienić "tryb" z dokumentowania światła na twórcze eksperymentowanie z nim. Z każdą kolejną sesją staram się iść o krok dalej. W tej chwili odkrywam to, co już dawno odkryte, ale wiem, że ta droga zaprowadzi do mojego własnego "kawałka" sztuki.
fot. Dorota GrzegorczykJakich wyzwań szukasz w fotografii?
Uczę się tworzenia historii od zera. Bez punktu zaczepienia, bez elementu, wokół którego do tej pory budowałam całą resztę.
Chciałabym opanować światło studyjne na tyle, by móc z jego pomocą, różnymi technikami, stworzyć nie zdjęcie, a obraz. Coś własnego i niepowtarzalnego, co oprawione w ramę będzie wywoływało emocje, co nie będzie tylko estetyczne czy ładne.
Sesja, która była dla Ciebie szczególnie ważna...
Każdy z projektów jest dla mnie w pewien sposób ważny, ponieważ każdy uczył mnie czegoś nowego. Na ich tle na pewno wyróżnia się moja pierwsza edytorialowa sesja, która była skokiem na naprawdę głęboką wodę. Nie miałam wtedy prawie żadnego doświadczenia z agencjami modelek, dopiero co (dzięki Krystianowi Szymczakowi) dowiedziałam się o tym, że projektanci wypożyczają swoje prace do zdjęć. Jednak miałam sporo zapału i duże marzenia. Udało mi się zdobyć pozwolenie od Muzeum Gdańska na zrobienie sesji w Domu Uphagena. Dwa dni zdjęciowe, dwie modelki, mnóstwo stylizacji przygotowanych przez Klaudię, no i niesamowity wizaż Sandry Broniszewskiej. Byłam pozytywnie zaskoczona, że na tamtym etapie zgodziła się ze mną współpracować i jestem jej za to bardzo wdzięczna. I chociaż dziś na te zdjęcia patrzę sceptycznie, to sam projekt otworzył pewien etap w mojej fotografii, nadał tempa i wskazał kierunek, którym idę do dziś.
Kto Cię inspiruje?
To pytanie jest dla mnie tak samo trudne, jak pytanie o ulubiony zespół. Są piosenki których mogłabym słuchać bez końca, ale nie mogę tego samego powiedzieć o wykonawcy. Podobnie w fotografii są prace, które uwielbiam i uważam za ponadczasowe, jednak nie umiem wskazać konkretnego artysty, który byłby moim idolem. Podziwiam natomiast twórczość Leslie Zhang, Nicholasa Folsa, Alejandro Arriasa i Lary Zankoul. Z polskich nazwisk wymieniłabym Aleksandra Salskiego.
fot. Dorota Grzegorczykfoto photo Dorota Grzegorczyk
modelki models Linh Nguyen / Agencja Difference, Ola Duong
stylizacja styling Wiktoria Kwiatkowska
makijaż makeup Alexa Luto
włosy hair Maria Kostenko
peruka wig Bijou Hair
stylizacja paznokci nails Magda Łochowska
światło light Onegog
retusz retouch Alina Stepanyan
projektanci designers Moges, The Art Factory, Belen, Shivers Jewellery, Malwina Szadkowska, Aleksandra Jendryka, Magdalena Wilk-Dryło, Mokave
