Juan Atkins, pionier detroit techno i jedna z osób, które dała muzyce elektronicznej jej dzisiejsze brzmienie, zmarł 31 października w Meksyku w wieku 64 lat. Techno nie narodziło się w berlińskich klubach ani w kolejce do Berghain – narodziło się w Detroit, mieście, które przez pół wieku produkowało przyszłość na taśmie montażowej. Atkins, współtwórca legendarnego Belleville Three, razem z Derrickiem Mayem i Kevinem Saundersonem zrobił z tej pofabrycznej ciszy rytm, do którego tańczą dziś kolejne pokolenia.
Zmarł w sobotę, 31 października, w hotelu w Meksyku, w wieku 64 lat. Wieczorem miał grać w tamtejszym klubie Yu Yu – set odwołano jeszcze przed oficjalną informacją o śmierci artysty. Znaleziono go w pokoju nieprzytomnego, przyczyny śmierci do dziś nie podano. Derrick May, przyjaciel od czasów szkolnej ławki, skomentował to dla „Detroit Free Press“ z tą czułą, nieco zgryźliwą bezpośredniością, na jaką stać tylko kogoś, kto zna cię czterdzieści lat: „Umarł jak gwiazda rocka, prawda? W hotelu, czekając na swój występ“.
Miasto, które zgasiło światło
Atkins urodził się w Detroit 12 września 1962 roku, w czasie, kiedy Motown jeszcze śpiewało, a fabryki Forda i General Motors wciąż dymiły z przekonaniem, że będzie tak już zawsze. Ojciec był promotorem koncertowym, więc w domu walały się instrumenty, a muzyka nie była hobby, tylko czymś w rodzaju domowego sprzętu AGD. Potem przyszła przeprowadzka do Belleville, małego miasteczka pod Detroit, gdzie w szkole poznał Derricka Maya i Kevina Saundersona. Nikt wtedy nie przypuszczał, że ta trójka przejdzie do historii jako Belleville Three.
Detroit przełomu lat 70. i 80. to miasto w trakcie powolnego rozpadu: zamykane zakłady, pustoszejące śródmieście, przemysłowa potęga, która z dnia na dzień zamienia się w przemysłowy skansen. I to właśnie w tej scenerii działo się coś zupełnie absurdalnego, choć wtedy nikt by tak tego nie nazwał – lokalna, czarna stacja radiowa WGPR nadawała audycje DJ-a znanego jako Electrifying Mojo, który bez cienia zażenowania puszczał Kraftwerk obok Prince’a, a niemiecką elektronikę obok „Rock Lobster“ B-52’s. Dla nastolatka z Michigan było to mniej więcej jak list z innej planety, nadany prosto na częstotliwość jego osiedla. Atkins ten list odczytał i postanowił odpisać.
Toffler, syntezator i trzecia fala
Odpowiedź zaczęła się, jak to często bywa z rewolucjami, od lektury. W Washtenaw Community College Atkins poznał Ricka Davisa – starszego, nieco wycofanego muzyka, który miał już na koncie syntezatory i własną wizję tego, jak powinna brzmieć przyszłość. Połączyły ich nie tyle nuty, ile książki Alvina Tofflera: „Szok przyszłości“ i „Trzecia fala“, futurologiczne bestsellery o tym, jak technologia przemieli społeczeństwo, pracę i ludzką tożsamość. Toffler pisał między innymi o „techno-rebeliantach“ – ludziach, którzy nie niszczą maszyn jak luddyści, ale też nie modlą się do nich jak bezkrytyczni entuzjaści, tylko biorą je w swoje ręce i robią z nimi coś własnego.
I tak powstał Cybotron. W 1981 roku wyszło „Alleys of Your Mind“, potem „Cosmic Cars“, a wreszcie „Clear“ – utwór, który AllMusic uznało za najrozsądniejszy punkt startowy, jeśli ktoś koniecznie chce wskazać moment, w którym techno zaczęło być techno (a Missy Elliott dwie dekady później uznała go za materiał godny samplowania). W 1984 roku przyszło „Techno City“ i słowo, które miało niedługo zrobić światową karierę, padło po raz pierwszy w tytule. Sama nazwa duetu, podobnie jak późniejszy Metroplex, brzmiała jak hasło z broszury o mieście przyszłości – metropolia rozlana bez końca, cybernetyczny organizm, robot, który nie wie, że jest robotem.
Duet długo jednak nie przetrwał. Davis ciągnął w stronę elektronicznego rocka, Atkins w stronę czegoś, czego jeszcze nikt nie potrafił nazwać. W 1985 roku ich drogi się rozeszły. Jak to zwykle bywa z różnicami artystycznymi – jedna strona trafiła do podręczników, druga w zapomnienie.
Model 500
Po rozpadzie Cybotronu Atkins założył własną wytwórnię, Metroplex, i zaczął nagrywać jako Model 500. Pierwszy singiel, „No UFO’s“, popłynął przez Atlantyk szybciej niż jakakolwiek fabryczna dostawa z Detroit w tamtych latach. Brytyjski magazyn „Music Technology“ zapytał go w 1988 roku, czy pseudonim to ukłon w stronę fabryk Forda, które przez dekady trzęsły miastem. Atkins podobno się roześmiał i zaprzeczył. Można mu wierzyć albo nie – ale trudno nie zauważyć, że chłopak z miasta samochodów, który wybiera sobie ksywkę brzmiącą jak numer katalogowy pojazdu, robi to, co Detroit umiało najlepiej: produkuje model. Tym razem – model dźwięku.
Ten dźwięk zresztą nie powstawał w żadnym laboratorium przyszłości, tylko w domowym studiu zbudowanym wokół wielośladu Fosteksa i sekwencera Korga. Bez komputera. W 1988 roku, kiedy reszta świata zaczynała już romansować z MIDI i oprogramowaniem, Atkins wciąż programował swoje utwory ręcznie. Ten paradoks pozostal w nim zresztą do końca: futurysta, który przyszłość budował z tego, co miał akurat pod ręką.
Pięć tysięcy białych dzieciaków
Rok 1988 okazał się przełomowy. Brytyjski wydawca Neil Rushton przygotował dla Virgin kompilację „Techno! The New Dance Sound of Detroit“ i to właśnie wtedy Belleville Three uznali, że muzyka z ich miasta potrzebuje własnej nazwy, żeby nikt nie wrzucał jej do jednego worka z chicagowskim house’em. Wybór był oczywisty, bo Atkins używał tego słowa od lat. Jego utwór na składance nazywał się po prostu „Techno Music“.
W tym samym roku po raz pierwszy poleciał do Europy. Grał na imprezie acid house w Birmingham i – jak wspominał w rozmowie z „The Guardian“ – miasto przypominało mu Detroit: przemysłowe, szare, trochę zmęczone. Różnica była jedna i dość zasadnicza. W ówczesnej Ameryce, podzielonej rasowo bardziej, niż chciała się do tego przyznać, czarny producent z Michigan grał dla swoich. W Wielkiej Brytanii widział przed sobą pięć tysięcy białych dzieciaków, które szalały do jego muzyki. Nazwał to szokiem kulturowym i trudno mu się dziwić.
Potem był Berlin. Kiedy upadł mur, a w opuszczonych podziemiach starego domu towarowego otworzył się Tresor, muzyka z Detroit stała się de facto ścieżką dźwiękową zjednoczenia – miasto po jednej katastrofie słuchało miasta po innej. W 1992 roku Atkins nagrał płytę z Moritzem von Oswaldem i Thomasem Fehlmannem jako 3MB, a z von Oswaldem jeszcze przez lata tworzył projekt Borderland. Europa przyjęła techno tak gorąco, że z czasem zaczęła traktować je jak rodzinną pamiątkę, przekazywaną z pokolenia na pokolenie w czarnych t-shirtach. Atkins nigdy się o to specjalnie nie spierał. Był po prostu pewien, że on i jego ludzie byli tam pierwsi.
Ten ostatni set
W 2023 roku reaktywował Cybotron, cztery dekady po pierwszych nagraniach. W maju tego roku grał z Borderland na festiwalu Movement w rodzinnym Detroit, jesienią na trzydziestoleciu Amsterdam Dance Event. W ostatnich latach zmagał się z powikłaniami cukrzycy, ale – jak opowiada May – nigdy się nie skarżył.
Na 7 listopada National Museum of African American Music w Nashville zaplanowało dzień poświęcony jego dorobkowi, z rozmową z udziałem samego Atkinsa i prezentacją materiałów, które przekazał do muzealnych zbiorów. Hołd, który miał być spotkaniem, stał się nagle wspomnieniem.
Pożegnania płyną teraz z każdej strony. Kevin Saunderson napisał, że Atkins był „prawdziwym wizjonerem, który otworzył drzwi tak wielu z nas“. Richie Hawtin przyznał, że bez niego ich muzyka brzmiałaby inaczej, o ile w ogóle by istniała. Burmistrzyni Detroit Mary Sheffield przypomniała, że miliony ludzi tańczą dziś do muzyki, której korzenie prowadzą do jej miasta i do dzielnic, na które świat zbyt często nie chciał patrzeć.
Nie ma UFO
Atkins powtarzał w wywiadach, że od zawsze ekscytował go kosmos – to, co tam może być, i to, jak mogło wpłynąć na nas tutaj. A jednocześnie jego najsłynniejszy singiel nosił tytuł „No UFO’s“, jakby chciał zostawić sobie furtkę: przyszłość przyjdzie, owszem, ale nie z nieba, tylko z piwnicy w Michigan, z radia nastawionego na właściwą częstotliwość i z książki futurologa przeczytanej przez dwóch chłopaków na zajęciach w community college.
Gdzieś w Berlinie, o szóstej rano, ktoś w czarnych okularach będzie dziś tańczył do stopy perkusji, która nie przestaje uderzać od czterdziestu lat. Pewnie nie będzie wiedział, że ten rytm wymyślono w mieście, które właśnie traciło pracę, przez chłopaka, któremu radio obiecało coś więcej. Nie musi wiedzieć. Atkins przecież nie budował przyszłości po to, żeby ktoś mu za nią dziękował. Budował ją, bo teraźniejszość, w której żył, zwyczajnie mu nie wystarczała.









