Wszystko wygląda sterylnie, wszystko funkcjonuje według określonych zasad. Coraz więcej filmów jest tak nieskazitelnych, że wydają się nierealne. I nie chodzi tylko o ostrzejsze obrazy czy brak ziarna.
Od dłuższego czasu na forach internetowych przewija się temat „netflixowego światła” – estetyki, dzięki której obrazy można oglądać zarówno na małym, jak i wielkim ekranie. Światła, które sprawia, że każdy film wydaje się taki sam: płaski, idealny i bez wyrazu.
Cienie są wyraźniejsze, a kontrast delikatniejszy, co gwarantuje widoczność każdego szczegółu. Jednocześnie cienie są bardziej płaskie, bo kamera czerń czyta po prostu jako czerń. Nie ma w niej ruchu ani ziarna, przez co… wieje nudą.
To estetyka zaprojektowana pod widza, który treści puszcza w tle, albo w biegu – zoptymalizowana pod każde urządzenie, pozbawiona charakteru, który czyni kino kinem i nieprzyjemna w odbiorze dla tych, którzy chcą się wczuć.
Piękno jest subiektywne, ale tylko do czasu
Obsesja na punkcie wyglądu, ściągająca nas przed lustro i zmuszająca do szukania każdej najmniejszej zmarszczki czy fałdki. Obsesja, którą widać w mediach, na wybiegach i wreszcie na nas wszystkich. Bo z jakiego innego powodu połowa moich dwudziestoletnich znajomych już planuje botoks?
System, w którym standardy piękna są tak szalone, że z jednej strony nastolatki grane są przez osoby w wieku 30 czy 40 lat (Margot Robbie grająca 18-letnią Catherine w nowej adaptacji „Wichrowych wzgórz” to najświeższy przykład), a z drugiej operacja nosa czy botoks stają się coraz popularniejszymi prezentami na osiemnastkę. Niezależnie od tego, jaką mamy twarz i ile ważymy, nie możemy czuć się zbyt pewnie.
Ta sama sterylna estetyka, która odbiera filmom duszę, przenika również w to, jak patrzymy na siebie. Piękno w mediach stało się synonimem doskonałości technicznej: wygładzone, bez porów, bez cieni pod oczami. I choć wszyscy wiemy, że to iluzja, to i tak jej ulegamy. Ale czy można nas winić za to, że nie buntujemy się przeciwko wielomiliardowej machinie, która, przy odpowiednim wykorzystaniu może dać nam uszczkąć odrobinę swojej wielkości?
Coraz więcej głosów buntu
Dwa tygodnie temu dyskusję dokarmiła okładka marcowego wydania „Interview” – stanowiąca zapowiedź filmu „Drama”, z Zendayą i Robertem Pattinsonem w rolach głównych. Rozmazany makijaż, niedopasowane ubrania, zmęczenie w oczach i zwierzęce pożądanie wystarczyły, by ludzie oszaleli. Bo nic nie sprzedaje się tak jak seks. A on znajduje się w ukradkowych spojrzeniach, brudzie i ekscytacji, których często brakuje dzisiejszym produkcjom.
Dość mamy idealizacji, dość gładkości i poprawności. Pragniemy realnych emocji.
W świecie, w którym polityka znowu skręca w niepokojące strony, a media bombardują nas wiadomościami, od których włos jeży się na głowie, trzeba dać gdzieś ujście emocjom. Czyste, minimalistyczne trendy tracą swoją pozycję na rzecz chaosu. Chcąc wybić się w mediach społecznościowych, marki nie sięgają już po „clean girl aesthetic”, tylko starają się zbudować ekscentryczną personę, z którą odbiorcy mogą się utożsamić.
To nie przypadek. Zmęczenie perfekcją ma swoje źródło głębiej niż w trendach estetycznych – jest reakcją na sytuację na świecie, w którym coraz więcej osób nie potrafi się odnaleźć. A skoro świat nie jest idealny, to czemu media mają takie być?
