W hawańskim szpitalu pielęgniarki i lekarze mają pięć minut. Tyle potrzebuje generator, by „zaskoczyć” po blackoucie. Przez te trzysta sekund życie noworodków pod respiratorami zależy od dłoni kobiet rytmicznie ściskających gumowe worki Ambu.
Daniel, mój znajomy, musiał kupić na czarnym rynku skalpel, rękawiczki i anestetyk, by lekarze mogli zoperować jego matkę. Kosztowało go to 600 dolarów i miesiące strachu. Na Kubie technologia to tylko sugestia, a przeżycie to manualny trud i waluta w garści.
Flex na gruzach
Hawana AD 2026 śmierdzi palonym plastikiem – śmieci wywozi się rzadko, więc wieczorami na rogach ulic płoną hałdy polimerów. Z bicitaxis wali reggaeton. Młodzież w designerskich czapeczkach od Clandestiny robi „flex” na gruzach. Sergio, niegdyś menedżer wegańskiej knajpy, to symbol tego upadku. W pandemii przemycił z Rosji całego Opla Corsę – rozkręcony silnik i podłogę upchnął w sześciu 60-kilogramowych paczkach. Dziś jeździ na taxi w Miami, a jego historia to instrukcja obsługi kubańskiego sukcesu: rozebrać życie na części i nadać je bagażem rejestrowanym. Dla Polaka to obraz znajomy aż do bólu – to nasze lata 90., tylko w tropikach. Te same „mrówki” kursujące z towarem, ten sam handel walizkowy i ta sama wiara, że jeden bagaż z Zachodu może odmienić los całej rodziny.
Taniec na Titanicu
Gdy siada system, część Vedado i Stara Hawana świecą jak luksusowe statki kosmiczne. Pod Inglaterra lokalsi tańczą „za płotkiem” do muzyki, która nie jest dla nich. Ale prawdziwa akcja dzieje się wyżej. Na dachach, przy świetle prywatnych generatorów, hawańska bohema pije drinki z lodem, który zaraz się rozpuści. „Pijmy, bo jutra nie ma” – to hasło dnia. Ciemność wokół dodaje im adrenaliny. To taniec na Titanicu, gdzie luksus smakuje najlepiej w kontrze do mroku za krawędzią dachu. Wśród turystów w pustych barach spotykam Polaków. Przyjeżdżają tu od lat, na sentymentalne wyprawy, zostawiając w hotelowych pokojach leki i kosmetyki jak dary z innego świata.
To paradoks: prądu brak, ale internet działa. Bo turysta bez Wi-Fi wpada w furię po godzinie. Kubańczyk w totalnym mroku spokojnie scrolluje dalej Instagrama. Niebieskie światło ekranu to ich jedyne znieczulenie – dopóki działa sieć, świat wydaje się normalny, a bunt można odłożyć na jutro. Na Maleconie, gdzie kiedyś szukano bliskości, dziś „dziadkowie” z Europy spacerują z „wnuczkami”. Seks-turystyka to tu wciąż najskuteczniejszy sposób na paszport.
Wentyl bezpieczeństwa
Władza potrafi sprytnie „popuszczać wentyla”. Mariela Castro przeforsowała małżeństwa jednopłciowe, co zachodni aktywiści z CodePink uznali za triumf wolności. Mariela gościła ich w pięciogwiazdkowych hotelach, ale serce tej wizyty biło w Capitolio. Pod złotą kopułą Kapitolu odbywały się oficjalne spotkania z prezydentem Miguelem Díazem-Canelem. W blasku fleszy przekazywano panele słoneczne i 50 ton żywności – ładny obrazek, choć wedle prawa to oficjalne kanały decydują o dystrybucji, a taka ilość ryżu wystarczy wyspie na jeden poranek. W środku totalnego blackoutu, wciągnięty w tę polityczną szaradę, zagrał zaproszony Kneecap. Zachodni raperzy występowali dla uprzywilejowanej garstki, podczas gdy cała Kuba tonęła w czerni. Chyba coś im śmierdziało, nie wrzucali żadnych relacji z wyjazdu. Vic Mensa dopiero po powrocie przyznał w rolce, że „można dużo zarzucić rządowi”, ale prawda ulicy nie mieści się w rewolucyjnym feedzie.

2 plus 2 to nie jest 5
Za obraz płaci się tu najwyższą cenę. Dwóch popularnych influencerów trafiło do więzienia tylko dlatego, że sfilmowali domowy wiatrak, który stał w miejscu, bo nie było prądu. Na murach Fabian maluje swój znak: 2+2=5. To diagnoza kraju, w którym prawda jest przestępstwem. Siedzę w kawiarni, palę Rothmansa. Podchodzi babcia, ostrzega mnie, bym pilnowała torebki. Oddaję jej szynkę z talerza i kilkaset peso. Jako wegetarianka czuję się tu jak hipokrytka – w kraju, gdzie ludzie proszą o łyk wody, wybieranie diety to bezwstydny luksus.
Lotnisko-widmo
Wylatuję w trakcie totalnego blackoutu. Terminal José Martí bzyczy od generatorów, neony oślepiają, Wi-Fi działa. To wielka inscenizacja normalności. Ale w toaletach VIP lounge woda nie spłukuje się od dni. Bo prąd możesz kupić, ale systemu, który gnije od środka, nie naprawisz jedną żarówką.
Kiedy samolot odrywa się od ziemi, Hawana znika w sekundę. Lądujemy jeszcze na Dominikanie, by zatankować – bo na wyspie paliwa nie starcza nawet na powrót do domu. Patrzę przez okno na ten czarny prostokąt oceanu i myślę o Donaldzie Trumpie negocjującym z „Krabem” warunki przejęcia upadłego przedsiębiorstwa. Rosyjskie tankowce i chiński ryż to tylko rekwizyty w spektaklu, w którym Kubańczycy nie dostali nawet ról statystów.
Jedni naiwnie wierzą, że „Trumpito” ich wyzwoli, inni liczą tylko na to, że po prostu cokolwiek zacznie znów działać. Ale najbardziej przerażające jest to, że w tym całym geopolitycznym rozdaniu – między Waszyngtonem, Moskwą a Pekinem – nikt nie zapytał ich o zdanie. Na tej wyspie jedyną rzeczą, której nie da się wyłączyć, jest czekanie. Nie na wolność, nie na pomoc, ale na to, co postanowią o nich inni. Bo na Kubie dziś światło gaśnie zawsze wtedy, gdy ktoś inny trzyma rękę na przełączniku.

![Hawana. Rewolucja w sześciu paczkach [RELACJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_DSC_09717_e0dbf07525.jpg&w=1920&q=80)