Oszustwo rzadko bywa wyłącznie winą oszusta. Najskuteczniejsze fałszerstwa działają dlatego, że trafiają na coś, w co wszyscy chcą uwierzyć.
Dziennikarstwo lubi budować mit własnej czujności – redakcje, które nigdy się nie mylą, pytania, które zawsze padają, źródła, które zawsze są weryfikowane. Prima Aprilis to dobry moment, żeby przypomnieć sobie trzy przypadki, kiedy ten mit rozpadał się z wyjątkowym hukiem. Nie dlatego, że oszustwo było genialne, a dlatego, że świat nauki i mediów bardzo chciał, żeby było prawdziwe.
Człowiek z Piltdown
Piltdown, East Sussex 18 grudnia 1912, zdemaskowany 1953, 41 lat w obiegu
Charles Dawson, amator z prawniczym zawodem i paleontologicznymi ambicjami, 18 grudnia 1912 roku ogłosił przed Towarzystwem Geologicznym w Londynie, że odkrył brakujące ogniwo ewolucji. Czaszka z żwirowni w Piltdown w Sussex rzekomo łączyła ludzką mózgoczaszkę ze szczęką zbliżoną do małpiej – dokładnie tak, jak ówczesna teoria ewolucji zakładała, że powinno wyglądać stworzenie pośrednie. Zbieżność była niemal klinicznie perfekcyjna.
I właśnie to powinno było wzbudzić podejrzenia. Wzbudziło, ale tylko u nielicznych. Już w 1913 roku anatom David Waterston i paleontolog Marcellin Boule niezależnie od siebie stwierdzili, że mamy do czynienia z ludzką czaszką i małpią szczęką. Środowisko naukowe, szczególnie brytyjskie, woli jednak własne odkrycia od cudzych wątpliwości. Znalezisko trafiło do gabinetów i podręczników.
Oszustwo zostało zdemaskowane dopiero w 1953 roku, po czteroletnich badaniach zespołu z British Museum. Wyniki były jednoznaczne: czaszka pochodzi od średniowiecznego człowieka, żuchwa od orangutana z Borneo, ząb od szympansa. Kości były barwione, zęby spiłowane, całość wylana roztworem żelaza i kwasu chromowego, żeby wyglądały starzej. Badania genetyczne z 2016 roku wskazały na Dawsona jako jedynego możliwego sprawcę, na obydwu stanowiskach wykopaliskowych znajdowały się kości tego samego osobnika rzadkiego podgatunku orangutana borneańskiego.
Przez cztery dekady Eoanthropus dawsoni figurował w literaturze jako dowód na to, że ewolucja człowieka zaczęła się w Europie, nie w Afryce. Kiedy w 1938 roku odsłaniano pamiątkową tablicę w miejscu rzekomego odkrycia, nikogo nie interesował protokół badań. Pytano za to, czy wódz angielskiej paleoantropologii przyjedzie osobiście.
Sprawa Rosie Ruiz
Boston, 21 kwietnia 1980, czas biegu: 2:31:56, pozbawiona medalu po 8 dniach
Rosie Ruiz przekroczyła linię mety 84. Maratonu Bostońskiego z czasem 2:31:56 – wynikiem, który byłby trzecim najlepszym czasem w historii kobiecego maratonu. Miała 26 lat, nieznane wcześniej nazwisko i, jak zaobserwowali świadkowie, praktycznie nie była spocona. Włosy nadal idealnie ułożone, twarz bez koloru typowego dla kogoś, kto właśnie przebiegł 42 kilometry.
Bill Rodgers, który wygrał wyścig mężczyzn po raz czwarty z rzędu, stał obok niej na podium i od razu miał wątpliwości. Zapytał o tempo na poszczególnych odcinkach. Ruiz nie wiedziała. Dawna mistrzyni Katherine Switzer zapytała czy trenowała biegi interwałowe. Ruiz odparła, że nie wie, czym są interwały. Żadne ze 100 tysięcy zdjęć z trasy nie pokazywało jej przed ostatnią milą.
Osiem dni później organizatorzy odebrali jej medal i przyznali zwycięstwo Kanadyjce Jacqueline Gareau z czasem 2:34:28. Śledztwo ujawniło, że w trakcie Maratonu Nowojorskigo w 1979 roku Ruiz jechała metrem. Przypadkowy fotograf spotkał ją w wagonie w trakcie wyścigu. Żeby w ogóle startować w Nowym Jorku, wyłudziła specjalną dyspensę od organizatorów, twierdząc, że ma nieuleczalnego raka mózgu.
Ruiz nigdy nie przyznała się publicznie do oszustwa. Do śmierci w 2019 roku twierdziła, że wygrała.
Pamiętniki Hitlera
Hamburg, 25 kwietnia 1983, 9,3 mln marek za fałszerstwo, 62 tomy dzienników
25 kwietnia 1983 roku tygodnik „Stern” zorganizował w Hamburgu konferencję prasową z udziałem kilkuset dziennikarzy z całego świata. Reporter Gerd Heidemann trzymał w rękach granatowy brulion ze srebrnym monogramem – okładkę pierwszego z sześćdziesięciu dwóch tomów rzekomych dzienników Adolfa Hitlera. Redaktor naczelny Peter Koch oświadczył, że historię Trzeciej Rzeszy trzeba będzie napisać od nowa.
Monogram był błędny. Zamiast „AH” widniało „FH”. Nikt tego nie zauważył albo nikt nie chciał zauważyć. Konrad Kujau, kolekcjoner militariów i fałszerz ze Stuttgartu, tworzył kolejne tomy od końca lat siedemdziesiątych. Treść była rzekomo banalna: codzienne spotkania, nadawanie odznaczeń, drobne obserwacje. To akurat uwiarygodniało całość. Dzienniki wielkich postaci historycznych są często nudniejsze, niż oczekują historycy.
„Stern” zapłacił 9,3 miliona marek bez przeprowadzenia badań papieru, kleju ani atramentu. Prawa do przedruku kupił Newsweek, Time i Paris Match. Rupert Murdoch kupił prawa dla Sunday Times. Wybitny historyk Hugh Trevor-Roper, konsultant wydawnictwa, początkowo potwierdził autentyczność dokumentów na łamach „The Times". Gdy potem wycofał opinię, tłumaczył, że zapewniono go o wcześniejszych badaniach laboratoryjnych. Badań nie było.
Zaledwie jedenaście dni po premierze, 6 maja 1983 roku, agencja AP nadała depeszę: „Pamiętniki Hitlera są falsyfikatem”. Federalny Urząd Kryminalny potwierdził, że papier, kleje i okładki zawierają substancje chemiczne wprowadzone do użytku po 1945 roku. Kujau dostał cztery i pół roku więzienia. Heidemann – cztery lata i osiem miesięcy. Redakcja straciła twarz na dekadę.
Jeden szczegół wraca do dziś: jedna z dziennikarek „Sterna” mówiła, że jej podejrzenia wzbudził wpis z 10 listopada 1938 roku, czyli z nocy kryształowej. Rzekomy Hitler odnotował, że wybijanie szyb w żydowskich sklepach jest ekonomicznie nieracjonalne. Redakcja uznała to za oryginalne. Nikt nie wpadł na to, że fałszerz, który nie rozumiał ideologii nazizmu, nie jest w stanie pisać z jego perspektywy wiarygodnie.
