Choć filmy z lektorem po II wojnie światowej pojawiały się w większości bloku wschodniego, tylko w Polsce pozostały w gustach odbiorców do dziś.
Niezależnie od tego, czy na ekranie widzimy kłótnię, krzyk czy płacz, i od tego, jaka jest płeć i wiek osoby wyrażającej emocje, jako ścieżkę dźwiękową słyszymy monotonny, spokojny głos Macieja Gudowskiego, Tomasza Knapika czy Jacka Brzostyńskiego. Podczas gdy obcokrajowcy przecierają oczy ze zdziwienia, Polacy świadomie wybierają filmy z lektorem zamiast tych z dubbingiem.
Lektor czy dubbing?
Choć po wojnie lektor stanowił jeden z najbardziej charakterystycznych elementów kultury telewizyjnej i filmowej krajów bloku wschodniego – z dość pragmatycznego powodu, bo braku kasy – większość rynków wyparła go, gdy tylko pieniądze się pojawiły. W Rosji czy krajach bałtyckich lektor nadal bywa obecny, głównie w telewizji i na części platform, ale przestał być domyślnym wyborem widza. Choć dubbing bywał stosowany w powojennej Polsce, istniały jedynie dwa studia zajmujące się opracowywaniem filmów – w Łodzi i Warszawie. A liczba zagranicznych produkcji w legalnym obiegu rosła. Tańszy i szybszy lektor wydawał się optymalnym rozwiązaniem.
Szmuglowane kasety VHS wpłynęły na nasz gust
Do polskiego widza nie trafiały jednak wszystkie filmy, na które czekał. Podczas gdy cenzura lat 80. blokowała legalną kulturę zza granicy, czarny rynek kwitł. Szmuglowane przez stewardesy i marynarzy kasety VHS z obcojęzycznymi filmami były kopiami kopii, przechodzącymi przez setki rąk, z trzeszczącą taśmą i niezrozumiałym językiem. Widza ratowały domy kultury i organizowane w nich osiedlowe pokazy, na których lektor czytał dialogi na żywo.
To na tych pokazach wychowało się pokolenie, dla którego monotonny głos lektora stał się synonimem prawdziwego kina akcji. Choć te trudne dla kina czasy minęły, preferencja pozostała. Badacze z Uniwersytetu Łódzkiego, Łukasz Bogucki i Mikołaj Deckert, tłumaczą ten mechanizm efektem status quo. To błąd poznawczy, w którym dobrze znana opcja wydaje nam się najbardziej atrakcyjna, mimo że obiektywnie nie jest najlepsza.
Netflix próbował nas nawrócić
Gdy w 2016 roku amerykański gigant streamingowy wchodził na polski rynek, budżet nie stanowił problemu. Cudzoziemcy nie rozumieli lektorskiej preferencji. Uznali ją za historyczną naleciałość i przygotowali polskie wersje dubbingowe dla części swoich produkcji. Polscy widzowie jednak masowo ignorowali kosztowny dubbing i przełączali ustawienia dźwięku na znanego im lektora.
Badania łódzkich naukowców pokazują, że za polską preferencją stoi coś więcej niż nostalgia. Lektor jest dla widza wygodnym rozwiązaniem: pozwala słyszeć oryginalną ścieżkę dźwiękową, aktorską grę i klimat filmu, a jednocześnie rozumieć fabułę bez czytania napisów.
Preferencje zależą od gatunku
W filmach fabularnych i dokumentach lektor jest traktowany jak naturalny narrator. Przy animacjach Polacy od dawna bez oporów akceptują pełny dubbing, a w filmach aktorskich często uznają go za nienaturalny. Do lektora i dubbingu dołącza coraz silniejszy konkurent: napisy. Młodsi widzowie, wychowani na serwisach streamingowych, TikToku i zagranicznych serialach, coraz częściej oglądają produkcje w oryginale. Dla wielu to naturalny sposób nauki języka i kontaktu z kulturą światową.
O tym, czy wymiana pokoleniowa wystarczy do zachwiania statusu quo, przekonamy się dopiero za jakiś czas. Do tej pory lektorzy nie mają się o co martwić.





![„Pendulum”: Darren Aronofsky przedstawia nowy koszmar na Nowy Rok [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_Pendulum_fot_Forum_Film_Poland_fd3255d029.jpg&w=1920&q=80)



![Bucharest Fashion Week 2026. Jak Europa Środkowo-Wschodnia redefiniuje świat mody? [RELACJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Amalia_S27_047_edaf41a2d1.jpg&w=1920&q=75)