Szybkim krokiem zmierzamy do celu, a od świata odcinają nas słuchawki z opcją wygłuszenia. Do kawiarni idziemy z książką, a muzykę wyłączamy tylko na czas złożenia zamówienia.
W ostatnim czasie dużo mówi się o epidemii samotności, która staje się rosnącym problemem nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Mimo że od każdej osoby na świecie dzieli nas dziś tylko kilka kliknięć, dystans wydaje się większy niż kiedykolwiek.
Według badań UMW aż 68% dorosłych Polaków odczuwa samotność. Co ciekawe, zjawisko dotyka w znacznej części młodszej części społeczeństwa. W porównaniu do wcześniejszych pokoleń millenialsi i zetki znacznie rzadziej tworzą lokalne społeczności. Większy nacisk kładzie się na osobiste, skrojone na miarę doświadczenia grupy, a nie na model „społeczności dla samej społeczności” stosowany przez starsze pokolenia.
Przestrzenie publiczne przestają mieć przestrzeń na interakcje
Kluczową rolę w nawiązywaniu znajomości jeszcze niedawno stanowiły tak zwane „third spaces”, czyli przestrzenie publiczne niezwiązane ani z naszym miejscem zamieszkania (first place), ani szkołą czy pracą (second place). Przestrzenie te pełnią istotną funkcję psychologiczną, zapewniając możliwość interakcji społecznych bez nadmiernego stresu, wielokrotny kontakt z tymi samymi osobami i poczucie bycia częścią czegoś większego. Znajome twarze, luźne rozmowy i wspólne rutyny często wystarczają, by uregulować układ nerwowy i zmniejszyć poczucie izolacji.
Jeszcze jakiś czas temu kawiarnie, biblioteki, parki, bary, a nawet przystanki komunikacji miejskiej stawały się świadkami przypadkowych interakcji. Interakcji, które nie musiały oznaczać początku głębokiej relacji. Nie musiały, ale mogły. Dziś każdy ma na uszach słuchawki, a oczy wpatrzone w telefon, więc przestrzeń na kontakt staje się marginalna.
Wybranie się gdzieś po raz pierwszy jawi nam się jako przerażające. Czy się wpasujemy? I czy słysząc półuchem rozmowę przy stoliku obok możemy się dołączyć, czy naruszymy w ten sposób czyjąś przestrzeń i zderzymy się ze ścianą, jaką jest oceniające spojrzenie?
Wielokrotnie strach przed tą ścianą jest tak duży, że decydujemy się uniknąć ryzyka i podobnie jak inni zakładamy słuchawki, wbijamy oczy w książkę czy telefon i milczymy. Nie myślimy o tym, że osoby wokół nas mogły pomyśleć i zrobić dokładnie to samo.
Wpływ na samotność ma także architektura
Coraz więcej lokali koncentruje się na jedzeniu na wynos. Malutka przestrzeń z jednym stoliczkiem i kolejka złożona z plecaków Uber Eats to dzisiejszy gastronomiczny standard. A jeśli już chcemy wyjść gdzieś na obiad, najczęściej wybieramy miejsca z instagramowym potencjałem. Przed zjedzeniem obowiązkowo kilka zdjęć stołu, a w trakcie jedzenia obróbka i post. Lokale, mając to na względzie, stawiają na estetyczną symulację społeczności, a nie jej prawdziwe budowanie.
Bary jeszcze kilka lat temu były mieszankami grup społecznych, rozmywały podziały i jednoczyły. Dziś najmodniejsze lokale to uważnie zaprojektowane przestrzenie, mające przyciągnąć konkretny typ osoby.
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze
Podczas gdy płatność za usługę zawsze była częścią konceptu przestrzeni publicznych, nigdy nie była ona tak kluczowa. W filmach sprzed kilkunastu lat widzimy niejednokrotnie rozmowy w kolejce u fryzjera, do którego nie przyszło się wcale w intencji obcięcia włosów, tylko nawiązania interakcji, czy grupę osób siedzących w kawiarni przy jednym kubku herbaty.
Dziś żyjemy w przeświadczeniu, że siedząc w lokalu wypada nam zapłacić za korzystanie z przestrzeni. A jeśli – broń Boże – zauważymy, że za drzwiami ustawia się ogonek osób czekających na stolik, a kelner rzuca nam już lekko ponaglające spojrzenia, nie ważymy się posiedzieć dłużej przy pustych talerzach czy kubkach. Skoro skończyliśmy czerpać z usługi, to niepotrzebnie zajmujemy miejsce. Zapominamy, że korzystanie z przestrzeni też nam się należy. Ale kto w dzisiejszym świecie ma na to w ogóle czas?
