Pierwsze pytanie, jakie padło jeszcze przed wywiadem było o buty – Wojtek nie chciał ich ściągać, bo pies wygryzł mu dziurę w skarpecie. Choć grali na największych scenach świata, od Fabric po Panorama Bar, a portale muzyczne piszą o nich jako o „towarze eksportowym polskiej sceny klubowej”, Wojtek Tarańczuk i Grzegorz Demiańczuk, znani jako Catz’n Dogz, ani trochę nie zadzierają nosa. Przy okazji premiery płyty „Finally” rozmawiamy o berlińskiej scenie klubowej, odejściu od klasycznych songwritingowych schematów i tym, czy starzenie się to coś negatywnego.
Tytuł waszego nowego projektu to „Finally”, czyli „w końcu”. No właśnie – w końcu co?
Wojtek Tarańczuk: Zaczęliśmy pracę nad tym albumem rok temu. Chcieliśmy stworzyć nowe uniwersum, zmieniliśmy też nasze social media, i zależało nam, żeby album reprezentował konkretne emocje – takie, które da się wyrazić zarówno w krótkich, jak i długich formach. „Finally” ma przekazywać uczucie pozytywnej melancholii, moment, w którym zastanawiasz się nad przeszłością – ale nie rozpamiętując jej, tylko wyciągając z niej wnioski, które motywują cię do patrzenia w przyszłość. Ważną inspiracją było dla nas portugalskie słowo saudade, oznaczające wspomnienie kogoś, kogo się utraciło, ale też myślenie o tym, jaką wartość ta osoba wniosła do twojego życia.
Grzegorz Demiańczuk: W języku polskim trudniej o jedno precyzyjne określenie, chyba najbliższa jest właśnie melancholia. Ktoś kiedyś powiedział, że melancholia to sztuka czerpania radości ze smutku. Traktujemy ten album jak pocztówkę z wakacji i chcieliśmy przekazać w nim emocje, które napędzają naszą kreatywność i pchają nas do przodu.
W: „Finally” znaczy też dla nas, że w końcu czujemy się z albumem dobrze po jego skończeniu, a nie… rzygamy nim.
A wcześniej bywaliście zmęczeni własnymi utworami?
W: Bywało tak, że po skończeniu płyty nie potrafiłem jej słuchać przez trzy miesiące. Pojawiały się dramaty, niepotrzebne współprace czy utwory, które nie do końca nas satysfakcjonowały.
G: Dużo się nauczyliśmy – to nasz ósmy album i rozwinęliśmy się przy nim zarówno produkcyjnie, jak i songwritingowo. Robiliśmy go na całym świecie, poznaliśmy przy tym świetnych ludzi i mocno dopracowaliśmy strukturę utworów. Jesteśmy z tego materiału bardzo zadowoleni.
No właśnie – ludzie. Lista gości jest mocno międzynarodowa. Kto was najbardziej zaskoczył?
W: Pozytywnie zaskoczył nas Mateusz Krautwurst, który moim zdaniem jako wokalista zasługuje na znacznie większe uznanie, bo aktualnie najczęściej śpiewa w chórkach, na przykład u Sokoła. Piosenka z jego udziałem, „Miss You”, stała się naszym ulubionym numerem na albumie – no i po prostu bardzo się z nim zakolegowaliśmy.
Negatywne zaskoczenie było za to tak duże, że potrzebowaliśmy kilku dni, żeby je przetrawić. Na dwa dni przed masterowaniem albumu wycofała się z niego bardzo znana brytyjska piosenkarka, która ma 50 milionów odtworzeń na Spotify. Utwór z jej udziałem miał być naszym pierwszym singlem promującym płytę, ale jej menedżer napisał, że linia wokalna, którą stworzyła, jest za dobra, więc artystka zabiera ją na swoją solową płytę.
G: Świetnie nam się pracowało nad tym utworem. Polecieliśmy do Londynu, siedzieliśmy w studiu i mieliśmy świetny czas, więc nie spodziewaliśmy się takiej sytuacji. Ale tak to czasami wygląda w biznesie muzycznym. Przełknęliśmy to i nie trzymamy żalu.
W: Sporo pokory w kwestii współpracy ze sławami nauczyło mnie słuchanie podcastów. Benny Blanco potrafił spędzić tydzień w Nowym Jorku, zrobić 30 dem dla jakiegoś artysty i nic z tego nie wychodziło. My sami na przestrzeni lat mieliśmy różne historie – zrobiliśmy na przykład remiks dla Madonny, który nigdy się nie ukazał.
Wiem, że wasze podejście opiera się na emocjach, a nie na sztywnych ramach gatunkowych. Czy nie obawiacie się jednak, że po tak odmiennej płycie usłyszycie zarzuty, że się zestarzeliście?
G: Ale my się zestarzeliśmy i jest to absolutnie naturalne. Starzenie się nie jest złe – daje nam dojrzałość, a możliwość podróżowania i pracy z młodszymi oraz starszymi artystami pozwala zachować wewnętrzną młodość. Jedyne, czego bym się bał, to utrata inspiracji i miłości do muzyki.
W: Prawdziwe starzenie się w twórczości oznacza sytuację, w której robisz coś na siłę, nie mając z tego żadnej radości.
G: My nie chcemy sztucznie wpasowywać się w aktualne trendy. Wolimy szukać inspiracji w ludziach, z którymi pracujemy. A ty myślisz, że się zestarzeliśmy?
Dla mnie poszukiwanie nowego brzmienia to antyteza starzenia się. Pokazuje, że nie boicie się ryzykować i wprowadzać zmian.
G: To zawsze wiąże się ze strachem. Tu coś tracisz, tu zyskujesz, tu narażasz się na czyjąś opinię. Gdybyśmy zrobili ten album 15 lat temu, jako nasz drugi album, nie wiem, czy bylibyśmy z nim zgodni. Teraz jesteśmy, bo jesteśmy w innym miejscu, nauczyliśmy się wielu rzeczy i myślimy w inny sposób.
Jak w takim razie wygląda wasz proces kreatywny?
W: Różnie. Przy tym albumie często sam, bez Grzegorza, przygotowywałem wstępne wersje instrumentalne we współpracy z różnymi muzykami. Często brałem wokal a cappella, który mi się podobał, i budowałem wokół niego podkład zmodyfikowany pod względem tonacji i klimatu. Z tego powstawały zalążki utworów, na które następnie nakładaliśmy zupełnie nowy topline wokalny albo zostawialiśmy samą melodię i pisaliśmy do niej nowy tekst od zera. Nie pracujemy w klasyczny sposób, w którym ktoś siada z gitarą w studiu i komponuje. Piosenka musi od razu dobrze brzmieć, żebyśmy mogli się na niej skupić. Dlatego w naszych utworach rzadko występuje klasyczna struktura zwrotka–refren–bridge.
Zupełnie zmieniając temat: w 2015 roku w jednym z wywiadów, zapytani o Ibizę, powiedzieliście, że w latach 90. było tam bardziej „po berlińsku”. Wiem, że nie stacjonujecie już w Berlinie, ale co sądzicie o tym, jak ten klubowy Berlin wygląda dziś? Czy nie staje się trochę nową Ibizą?
G: Jeśli ktoś niezwiązany na co dzień z clubbingiem pyta nas o jedno miejsce na świecie, w którym wciąż można poczuć prawdziwy klimat dawnych imprez, to nadal wskazujemy na Berlin. Nie będzie tam telefonów na parkiecie, nie będzie też tak komercyjnie jak na Ibizie. Mimo że część miejsc przejmują korporacje, wciąż żywy jest tam underground. Można zgubić się w muzyce, poczuć jedność z ludźmi i być tam dokładnie z tych samych powodów, dla których my kiedyś zaczynaliśmy.
W: Często mówi się, że kluby w Berlinie się zamykają, ale statystyki pokazują, że bilans zamknięć i nowych otwarć wychodzi niemal na zero – po prostu nowe miejsca powstają w innych dzielnicach. Zmienia się za to model finansowy. Dawniej większość przychodów klubów pochodziła z gastronomii i alkoholu, a opłata za wstęp stanowiła niewielki procent. Dziś przychody z wejściówek wzrosły do blisko 60%, ponieważ ludzie piją znacznie mniej alkoholu.
Ale to wynika też z tego, że ceny wejściówek poszły w górę. Czy w związku z tym clubbing nie staje się elitarny?
W: Na pewno nie jest to bez znaczenia, ale ogromnym problemem dla klubów jest wzrost ogólnych kosztów operacyjnych. Skoro ludzie piją mniej, ceny biletów muszą rosnąć. To błędne koło, a jedynym rozwiązaniem jest zmiana podejścia do tego typu lokali na całym świecie. Chociaż w Berlinie już teraz kluby są dofinansowywane przez rząd, a mają dostać jeszcze więcej pieniędzy.
G: Turyści przyjeżdżający do Berlina nastawieni są na kulturę klubową. Wielu właścicieli klubów narzeka teraz na to, że Ryanair się stamtąd wycofuje. Berlin pod wieloma względami jest ubogim miastem i te zmiany są dla niego odczuwalne.
Skoro tak kochacie Berlin, dlaczego sami zdecydowaliście się go opuścić?
W: Dla słońca. Wyjechałem po trzydziestce, bo i tak nie chodziłem już tak dużo do klubów. Wolę siedzieć przy winie i tapas.
G: Przeprowadziliśmy się tam w wieku 20 lat, w 2004 roku, a jeździliśmy jeszcze wcześniej, po kebaba i płyty winylowe. W Berlinie odkryliśmy, że można imprezować o 10 rano. Mieliśmy tam studio, poznaliśmy przyjaciół na całe życie. To był świetny czas, ale ten rozdział się dla nas zamknął. Berlin się zmienił, co nie znaczy, że jest gorszy. My teraz cieszymy się Hiszpanią – fajnie jest wstać rano i mieć za oknem słońce.
W: A dotarł do Warszawy trend na imprezy, na które zaproszenie dostaje się pocztą pantoflową? Wszyscy moi berlińscy znajomi z generacji Z mówią, że to są teraz najlepsze wydarzenia.
Tak, jest lista, hasło i konkretna grupa odbiorcza.
W: I to jest super, bo tworzy społeczność. Ludzie wolą zapłacić za wstęp i przebywać w przestrzeni, w której czują się komfortowo i bezpiecznie. Organizuję queerowe imprezy w Madrycie i widzę, jak ważny jest safe space. Nie wystarczy flaga powieszona w kącie. W Berlinie to zawsze było kluczowe – selekcja, poczucie bezpieczeństwa i możliwość bycia sobą.
Wracając do nowego materiału: teledyski to integralna część waszej twórczości. W nowym klipie nawiązujecie do witalności i faktu, że wiek czy numer PESEL wcale nas nie definiują. Skąd pojawił się pomysł na ten temat?
G: Poznaliśmy mnóstwo fantastycznych osób z Dancingu Międzypokoleniowego. Od dawna przyjaźnimy się z Pauliną Braun i obserwujemy jej działania – czekaliśmy tylko na odpowiedni moment, żeby zrealizować razem teledysk. Seniorzy, których poznaliśmy, to wspaniali ludzie, którzy mimo numerków w PESEL-u wciąż chcą się bawić i spotykać z innymi ludźmi. To chyba klucz, żeby nie zdziadzieć i nie zamykać się w czterech ścianach. Spotkania z innymi dodają skrzydeł i sprawiają, że w środku wciąż pozostaje się młodym.
W: Dlatego wybór miejsca, w którym mieszkamy, padł na Hiszpanię – w Madrycie ludzie żyją dłużej niż w Japonii, bo ciągle wychodzą na wino czy piwo ze znajomymi, zamiast siedzieć w domu i oglądać „Trudne Sprawy”.
G: Uwielbiamy robić teledyski. Część zdjęć do tego konkretnego zrobiliśmy w domu seniora pod Warszawą. Później wynajęliśmy mieszkanie przez Airbnb, sprowadziliśmy nagłośnienie, sprzęt DJ-ski, maszynę do dymu i zaprosiliśmy 20 seniorów.
Zrobiliście seniorom domówkę?
G: I to do 23:00! Musieliśmy udobruchać pana portiera butelką whisky.
W: To miało być tylko nagrywanie, ale zrobiła się prawdziwa impreza. Była z nami między innymi pani Stenia, która ma 97 lat, a była pierwsza do tańca. Kiedy powiedzieliśmy, że do jednej sceny trzeba się rozebrać w wannie, to oni się kłócili, kto w niej wystąpi. No i mieli genialne stylówy.
G: Wspaniale było z nimi porozmawiać. Zaprosiliśmy ich zresztą dzisiaj na naszą premierę.



![Tha'r w dwóch językach. „Fauda” po 7 października już nie stoi pośrodku [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_1425102_2469220_zoomed_a6c62a34f2.png&w=1920&q=80)
![Dlaczego łatwiej nam zgłębić historię gwiazd niż własnej rodziny? [FELIETON]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Flarge_chris_curry_Y_Mt_Nvg_Ld_J_Qc_unsplash_c93a907a28.jpg&w=1920&q=80)



![Dlaczego łatwiej nam zgłębić historię gwiazd niż własnej rodziny? [FELIETON]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_chris_curry_Y_Mt_Nvg_Ld_J_Qc_unsplash_c93a907a28.jpg&w=1920&q=75)

![Jak algorytmy nas radykalizują? [EKSPERYMENT]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_lesli_whitecotton_eet_z_Tuy_WI_unsplash_ca06db5b93.jpg&w=1920&q=75)