Pytanie o to, kim jest zadawał już T.S. Eliot. Odpowiedź przyszła z Antarktydy, z Everestu i z płonącej klatki schodowej wieżowca na Manhattanie.
„Who is the third who walks always beside you?”, napisał T.S. Eliot w „Ziemi jałowej”. Pytanie brzmi jak poetycka prowokacja, ale Eliot zadał je całkiem serio. W swoich przypisach do poematu wskazał na biblijną drogę do Emaus – moment, w którym dwaj uczniowie wędrują z kimś, kogo rozpoznają jako wskrzeszonego Chrystusa dopiero po fakcie. Eliot zamienił objawienie w pytanie otwarte i zostawił je bez odpowiedzi. Miał rację, bo odpowiedź jest znacznie bardziej niepokojąca niż jakikolwiek dogmat.
Zjawisku, które opisują ocaleni z katastrof, nadano nazwę Third Man Syndrome lub Third Man Factor. To fenomen zgłaszany przez osoby, które przeżyły ekstremalny stres lub sytuacje zagrożenia życia. Opisują one poczucie obecności kogoś życzliwego, kogoś niewidzialnego – kogoś, kto prowadzi lub pociesza w trakcie dramatu. Nie chodzi o przeczucie ani o ogólny spokój ducha. Chodzi o konkretne doznanie: głos, fizyczna obecność, instrukcje wypowiedziane wprost.
Kendal Mint Cake
1 czerwca 1933 roku Frank Smythe wspinał się na Everest sam. Reszta grupy zawróciła – Eric Shipton był zbyt chory, żeby kontynuować. Smythe dotarł na wysokość około 8 570 metrów, wyżej niż ktokolwiek przed nim bez butli tlenowej. Kiedy zatrzymał się na chwilę, sięgnął do kieszeni. Bezwiednie podzielił swój Kendal Mint Cake na dwie części i odwrócił się, żeby podać połowę towarzyszowi. Nie było nikogo. Napisał potem:
Głos w płonącej klatce
Ron DiFrancesco pracował na 84. piętrze South Tower 11 września 2001 roku. Po uderzeniu drugiego samolotu podejmował kolejne próby ucieczki i za każdym razem napotykał mury ognia i dymu. Wtedy DiFrancesco usłyszał głos i czuł fizyczną obecność, choć nikogo przy nim nie było.
„Zostałem zaprowadzony do klatki schodowej. Nie, żeby coś chwyciło mnie za rękę, ale z pewnością byłem prowadzony”, opowiedział później prasie.
DiFrancesco był jednym z ostatnich osiemnastu osób, które uciekły z South Tower spomiędzy pięter objętych uderzeniem.
Ten obcy
Naukowcy i psychologowie znający ten fenomen skłaniają się ku tezie, że Syndrom Trzeciego Człowieka to tajemnicza, słabo poznana, ale naturalna reakcja umysłu na sytuacje ekstremalne, grożące bezpośrednią śmiercią. Hipoteza o mentalności bikameralnej zakłada, że mózg składa się z dwóch sekcji: jednej, która mówi, i drugiej, która słucha. Niektórzy widzą w tym doświadczeniu dowód na tę strukturę.
John Geiger, autor książki „The Third Man Factor: Surviving the Impossible” z 2009 roku, spędził kilka lat na gromadzeniu relacji. Choć wskazuje na możliwe wyjaśnienia biochemiczne – reakcje mózgu na sytuację krytyczną – sam skłania się ku interpretacji duchowej.
„Istnieje wyraźnie duchowe lub religijne wyjaśnienie tego fenomenu”, powiedział w trakcie radiowego wywiadu.
Zjawisko jest na tyle rzadkie i pojawia się w na tyle katastrofalnych okolicznościach, że prawdopodobnie nigdy nie zostanie poddane pełnym badaniom naukowym. To jedno z tych miejsc, gdzie psychologia, neurobiologia i teologia stoją obok siebie i żadna nie ma lepszej karty przetargowej.
Klasyczna halucynacja jest chaotyczna. Nie wydaje instrukcji i nie poprowadzi przez płonącą klatkę schodową na wolność. Geiger pyta wprost: jak dekompensacja funkcji mózgu mogłaby wyjaśnić poczucie komfortu, wsparcia i konkretnego przewodnictwa, które jest właśnie tym, co wyróżnia te doświadczenia?
Współcześni psychologowie zaczęli wykorzystywać trzeciego człowieka w terapii traumy, zachęcając pacjentów do budowania wewnętrznej postaci i prowadzenia z nią dialogu w chwilach kryzysu. Doświadczenie z granicy śmierci trafiło do gabinetu.
Kim jest ten trzeci? To pytanie, na które nauka nie jest w stanie odpowiedzieć. Wiadomo, że nie pojawia się w komfortowych warunkach, ale właśnie wtedy, gdy wszystko inne zawodzi. Nie zawsze. Być może dowiemy się za czas jakiś, czym lub kim jest ta postać, tymczasem pozostaje nam mieć nadzieję, że w krytycznej chwili zostaniemy przez nią wybrani.
