Współzałożyciel luksusowego domu mody w nocy z czwartku na piątek zrezygnował ze stanowiska prezesa. Teraz eksploruje możliwości sprzedaży swoich 40% udziałów.
W 1983 roku Stefano Gabbana i jego ówczesny partner, Domenico Dolce, założyli pracownię doradztwa projektowego. Dwa lata później światło dzienne ujrzała ich pierwsza kolekcja. Od tego czasu dom miał swoje wzloty i upadki, ale nie można odmówić mu jednego – rozpoznawalności.
Mimo to, w obliczu spowolnienia w segmencie dóbr luksusowych, które coraz mocniej odczuwają nawet największe marki, i 450 mln euro długów, z jakimi boryka się dom, Stefano postanowił wycofać się z biznesu.
Jak podaje Bloomberg, projektant decyzję podjął już w grudniu 2025 roku. W styczniu wewnątrz marki rozeszła się informacja, że funkcję prezesa przejmie Alfonso Dolce, brat drugiego z założycieli.
Projektant miał wiele za uszami
Na przestrzeni lat Gabbana zgromadził w swoim portfolio równie wiele kontrowersji, co projektów. Brak filtra, ofensywne komentarze dotyczące celebrytów, rasizm czy stwierdzenie, że projektanci nie muszą przejmować się polityką. A czy istnieje coś bardziej politycznego niż sztuka?
Po raz pierwszy media podniosły krzyk przy okazji kolekcji spring/summer 2007. Reklama przedstawiała dziewczynę przyszpiloną do ziemi przez grupę świecących od olejków, półnagich mężczyzn. Nawiązania do grupowego gwałtu, które krytycy zauważyli w kampanii, sprawiły, że obrazy usunięto z włoskich i hiszpańskich publikacji.
Kampania Dolce&Gabbana Spring/Summer 2007W 2010 roku padły oskarżenia o oszustwa podatkowe, a w 2012 roku pojawiły się pierwsze rasistowskie alegacje – na wybiegu białe modelki nosiły kolczyki i suknie przedstawiające popiersia czarnoskórych kobiet w stylu „Blackamoor”, czyli statuetek odwołujących się w dużej części do rasistowskich stereotypów i obrazów niewolnictwa.
Do tego słynne „slave sandals”, buty z kontrowersyjnym hasłem „I'm this and gorgeous”, czy głośna kampania z 2018 roku, w której Dolce & Gabbana kpiło sobie z kultury, ukazując Chinkę trudząca się przy jedzeniu włoskiej kuchni pałeczkami.
To kryzysy wizerunkowe marki – czy możemy więc obarczać nimi Gabbanę?
Za decyzje Dolce & Gabbana odpowiedzialny jest rzeczywiście cały sztab ludzi. Nie da się jednak zaprzeczyć, że najczęściej to głos prezesa wybrzmiewa ostatni. A prezesem był Stefano Gabbana.
Prawdziwym skandalem były jednak jego prywatne wypowiedzi. W 2015 roku w wywiadzie dla „Panoramy” projektant ostro skrytykował in vitro i stosowanie go przez pary jednopłciowe.
Wypowiedź zbulwersowała Eltona Johna, który stworzył #BoycottDolceGabbana – pod hasłem podpisały się tysiące internautów. Hashtag nie zniknął po ucichnięciu skandalu i przewija się w mediach do dziś, powracając przy okazji każdej kolejnej kontrowersji.
Włochowi zdarzało się też reprezentować homofobiczne poglądy. Najgłośniej odbiło się to przy okazji zdjęcia Melanii Trump, pod którym internauta napisał, że smutne jest, gdy projektant będący gejem nie przejmuje się represjonowaniem innych grup. Stefano odniósł się do tego w pełnym emocji komentarzu: „Proszę, nie nazywaj mnie gejem!! Jestem mężczyzną!!! To, kogo kocham, to moja prywatna sprawa!”.
Jakby tego było mało, pod postem Seleny Gomez na Instagramie Gabbana również nie szczędził języka. Komentarz oznaczający w tłumaczeniu „Jaka ona jest brzydka!" nie przysporzył mu fanów. Na szczęście wszystko, co dzieje się w mediach społecznościowych, można zrzucić na ukradzione bądź zhakowane konto. Tak było i w tym przypadku.
Koniec pewnej epoki
Dolce & Gabbana bez Stefano Gabbany to eksperyment, którego wynik trudno przewidzieć. Ale może pozbycie się głównego źródła kontrowersji będzie kluczem do odkucia się marki?
