FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Świat

Paradoks „female gaze” – czy emancypacja przeistoczyła się w karykaturę?

Autor: Weronika Zarzecka
09-04-2026
Paradoks „female gaze” – czy emancypacja przeistoczyła się w karykaturę?
Paradoks „female gaze” – czy emancypacja przeistoczyła się w karykaturę?
fot. kadr z teledysku Sabriny Carpenter

Mamy tu ekstrawaganckie wnętrza inspirowane brazylijskim modernizmem, mamy połacie panterkowych dywanów, pojedynek na katany w koronkowej bieliźnie i uśmiechniętą Mona Lisę, a po drugiej stronie barykady – opinie podzielone w poprzek płci i gustów.

Mowa o debiucie reżyserskim Sabriny Carpenter we współpracy z aktorką Margaret Qualley - teledysku do piosenki „House Tour” – który po dwóch dniach od publikacji wyświetlony został prawie 9 milionów razy, kumulując jednocześnie hordy zajadłych krytyków, jak i oddanych fanów. A kontrowersja znowu sprowadza się do tego samego – czy prostolinijny seksapil może być wyrazem kpiny z patriarchalnych standardów, jeżeli w ostatecznym wydźwięku ciężko części odbiorców wychwycić, co w nim jest ironią, a co nie?

Mowa o debiucie reżyserskim Sabriny Carpenter we współpracy z aktorką Margaret Qualley – teledysku do piosenki „House Tour” – który po dwóch dniach od publikacji wyświetlony został prawie 9 milionów razy, kumulując jednocześnie hordy zajadłych krytyków, jak i oddanych fanów. A kontrowersja znowu sprowadza się do tego samego – czy prostolinijny seksapil może być wyrazem kpiny z patriarchalnych standardów, jeżeli w ostatecznym wydźwięku ciężko części odbiorców wychwycić, co w nim jest ironią, a co nie?

Współczesność cierpi na dwie szczególnie zazębiające się ze sobą choroby: analfabetyzm medialny w erze przesytu informacji i feministyczne napięcia, podkręcone przez gen-zetową „woke” czujność, która tak łatwo skręca w nową, zaskakująco konserwatywną ortodoksję. W tym sensie „House Tour” nie tyle prowokuje, co obnaża pewną ślepą plamę współczesnej wrażliwości: moment, w którym ironia przestaje być czytelna, a każda reprezentacja seksualności zostaje natychmiast poddana moralnej weryfikacji. Female gaze, zamiast otwierać pole gry, zaczyna funkcjonować jako zestaw zasad – co wolno, jak wolno i komu wolno. I być może właśnie tu kryje się największy paradoks: cała idea wyzwolenia, która miała rozluźniać normy, zaczyna je na nowo usztywniać.

„House Tour” nie jest przecież pierwszym przypadkiem flirtu popkultury z przerysowaną seksualnością. Problem polega na tym, że coś, co jeszcze dekadę temu funkcjonowało jako czytelna gra konwencją, kamp i ironia, dziś coraz częściej odczytywane jest bez nawet sekundy na przymrużenie tego interpretacyjnego oka. A granica jest faktycznie cienka, bowiem ciężko kobietom publicznie rozporządzać ich ciałami, kiedy nasze obecne rozumienie seksapilu wywodzi się z kodu kulturowego osadzonego w nim przez mężczyzn i w głównej mierze właśnie dla nich. To teraz szybka decyzja, czy można jedno z drugim jednak połączyć, czy nie ma już ratunku?

A kiedy odbiorca przestaje wychwytać ten niuans, każda próba jego użycia staje się ryzykowna. W świecie, w którym obraz konsumuje się szybciej niż zdąży się go zinterpretować, nie ma miejsca na półtony. Jest natychmiastowa klasyfikacja: dobre - złe, świadome - szkodliwe. Seksualność może być wyzwalająca – ale tylko pod warunkiem, że zostanie odczytana jako wyzwalająca. Ironia jest dopuszczalna – tak długo, jak jest wystarczająco dosłowna. Estetyczna przesada – w porządku, o ile nie zostanie pomylona z agitacją.

W efekcie female gaze zaczyna przypominać to, czemu miał się przeciwstawiać: system kontroli nad tym, jak ciało może być pokazywane i interpretowane. To nie jest już spór o to, czy kobieta może być otwarcie seksualna w przestrzeni publicznej. To spór o to, jak bardzo, w jaki sposób i na czyich warunkach.

I tu dochodzimy do kolejnego napięcia – charakterystycznego dla pokolenia, które wychowało się na języku krytyki reprezentacji. Gen Z, wyjątkowo wyczulone na kwestie uprzedmiotowienia, nierówności i przemocy symbolicznej, jednocześnie wykazuje tendencję do ich natychmiastowego regulowania. W praktyce oznacza to przesunięcie od analizy do oceny, od interpretacji do kategoryzacji. Nie chodzi o to, że ta wrażliwość jest nieuzasadniona. Przeciwnie, jest efektem realnych napięć, uważności, dążenia do pełni autoekspresji i wieloletnich walk o reprezentację.

Problem zaczyna się w momencie, w którym każda niejednoznaczność zostaje z góry traktowana nie jako komentarz, a od razu komunikat.

„House Tour” działa więc jako taki test. Nie tyle dla samej estetyki, co dla granic współczesnej tolerancji wobec niejednoznaczności. Bo jeśli seksualność musi być nad wyraz przerysowana, żeby nie zostać automatycznie zaklasyfikowana jako problem, to pytanie nie brzmi już, co chciała przekazać pani Sabrina z panią Margaret. Pytanie brzmi, czy my w ogóle jesteśmy jeszcze w stanie czytać obrazy inaczej niż na szybko, na gorąco i jedynie na serio. Bo wolność, która wymaga nieustannego potwierdzenia własnej poprawności, zaczyna przypominać zwykłą instrukcję. A z tego co wiemy o instrukcjach – one rzadko bywają wywrotowe.

FacebookInstagramTikTokX