FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Film

Rose Byrne kontra świat. „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” to film, który boli tam, gdzie trzeba [RECENZJA]

Autor: Agnieszka Sielańczyk
20-02-2026
Rose Byrne kontra świat. „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” to film, który boli tam, gdzie trzeba [RECENZJA]
Rose Byrne kontra świat. „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” to film, który boli tam, gdzie trzeba [RECENZJA]
fot. materiały prasowe

Reżyserka Mary Bronstein wróciła po siedemnastu latach przerwy i zrobiła jeden z najbardziej duszących filmów sezonu. I jest to komplement.

Zanim jeszcze „Kopnęłabym cię, gdybym mogła" trafił do szerokiej dystrybucji, zdążył wejść w festiwalowy obieg. Prapremiera na Sundance w styczniu 2025, następnie Berlin – gdzie Rose Byrne odebrała Srebrnego Niedźwiedzia za główną rolę – potem Telluride, Toronto, Nowy Jork, Londyn. Złoty Glob za najlepszą aktorkę w komedii lub musicalu trafił do rąk Byrne w styczniu 2026. Do kompletu doszły nominacja do Oscara i BAFTA.

Bronstein, znana wcześniej wyłącznie z niskobudżetowego debiutu „Yeast” (2008), nakręciła film zainspirowany własnymi doświadczeniami. Scenariusz, montaż i produkcję powierzono Ronaldowi Bronsteinowi, stałemu współpracownikowi braci Safdie, który prywatnie jest mężem Mary. To pokrewieństwo estetyczne widać gołym okiem – znana już klaustrofobia, podobna hiperaktywność kamery, podobny upór w śledzeniu bohatera krok w krok.

Linda jest terapeutką. Przez dziesięć lat choroby córki nauczyła się perfekcyjnie funkcjonować w permanentnym kryzysie. Dziewczynka wymaga karmienia przez sondę, codziennych wizyt w klinice, stałej opieki. Mąż pracuje na morzu i dzwoni, kiedy jest okazja. Sufit wali się dosłownie – zalanie mieszkania zmusza Lindę i córkę do przeprowadzki do motelu. Świat piętrzy przeszkody z zadziwiającą precyzją.

Terapeuta Lindy milczy, instytucje działają na zasadzie „Procesu” Kafki. I gdzieś na tym tle pojawia się A$AP Rocky jako miły dozorca, Conan O'Brien jako specjalista od profesjonalnej obojętności i wizjer w ścianie, która zaczyna przypominać portal do innego wymiaru.

Pomysł Bronstein, żeby niemal przez cały film ukrywać twarz córki poza kadrem pokazując jedynie fragmenty jej ciała jest konceptualnie brawurowy. Dziecko staje się ciężarem nie do udźwignięcia, obecnym wszędzie i nigdzie, definiującym całą egzystencję matki, ale pozbawionym własnej podmiotowości w tej historii. To celowe i działa.

Kamera Christophera Messiny podąża za bohaterką krok w krok, nie spuszczając jej z oka, koncentując się na zbliżeniach na jej zaniepokojoną, zmęczoną twarz.

Genialna Byrne

Rose Byrne w przeszłości często wcielała się w neurotyczki, które nie potrafiły opanować otaczającego ich świata. Grając Lindę, doprowadza tę manierę do ekstremum, nigdy nie przekraczając jednak granicy wiarygodności. Jej bohaterka wzbudza jednocześnie skrajnie różne odczucia – trudno jej nie współczuć, jeszcze trudniej nie mieć jej dosyć, co w tym wypadku jest konsekwencją znakomitego aktorstwa.

Film wprawia w skrajny dyskomfort. Bronstein skacze między konwencjami z zadziwiającą swobodą – raz to absurdalna komedia, raz body horror z surrealistyczną dziurą w suficie, raz rzeczowy dramat psychologiczny. Narracja jest celowo chaotyczna, bo chaotyczna jest Linda. To uczciwe.

„Kopnęłabym cię, gdybym mogła" wpisuje się w szerszy nurt kina ostatnich lat, który konsekwentnie demontuje mit macierzyństwa jako stanu łaski. Bronstein nie pokazuje matki, która „daje radę" albo odkrywa w sobie nadludzkie zasoby miłości właśnie wtedy, gdy jest jej najtrudniej. Linda nie doznaje objawienia. Nie staje się lepsza. Pije wino z gwinta, pali jointa w hotelowym pokoju po tym, jak córka zaśnie, je babeczki z masłem orzechowym kompulsywnie i skrycie. Jej macierzyństwo jest przede wszystkim wyczerpaniem – biologicznym, emocjonalnym, logistycznym.

Nie jest to film dla wszystkich i nie ma co udawać, że jest. Nie daje ukojenia. Zostawia z ciężarem emocji. Dla części widzów ten ciężar okaże się za duży, żeby uznać seans za doświadczenie warte powtórzenia czy nawet polecenia. I dobrze.

W Polsce film wchodzi do kin 20 lutego 2026 roku. Jak to bywa z produkcjami A24 w najlepszym wydaniu – można go nie lubić, można go nie zrozumieć, można po seansie wyjść mocno zmęczonym. Wyjść obojętnym jest raczej niemożliwe.

FacebookInstagramTikTokX