FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Muzyka

Reni Jusis: „Francuska piosenka i kinematografia towarzyszą mi od zawsze” [wywiad]

Autor: RP
29-07-2021
Reni Jusis: „Francuska piosenka i kinematografia towarzyszą mi od zawsze” [wywiad]
Reni Jusis: „Francuska piosenka i kinematografia towarzyszą mi od zawsze” [wywiad]
fot. Agata Serge

Reni Jusis zaskoczyła swoich fanów. Zamiast kolejnej płyty z muzyką elektroniczną, nagrała album inspirowany złotymi latami francuskiej piosenki, a zatem latami sześćdziesiątymi i siedemdziesiątymi. A nawet nie tylko inspirowany – Reni po prostu wzięła na warsztat serię wielkich klasyków popu znad Sekwany i nagrała je od nowa, po swojemu. Postanowiliśmy zapytać ją o genezę tego projektu, a także o osobisty stosunek do Serge'a Gainsbourga, Édith Piaf i innych francuskich mistrzów piosenki.

Skąd wziął się pomysł na album „Je suis Reni”? Inspiracja piosenką francuską to dla ciebie coś niespodziewanego, czy taki pomysł chodził za tobą od dawna?

Zachwyt kulturą francuską towarzyszył mi odkąd pamiętam, gdyż moja mama jest frankofilką. Marzyła nawet o studiach na filologii romańskiej, ale jej życie potoczyło się inaczej – zajęła się hotelarstwem i gastronomią w Mielnie. Mimo to francuska piosenka i kinematografia zawsze były w naszym domu mocno obecne, nawet do tego stopnia, że moja siostra również połknęła tego bakcyla, ukończyła romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim, a piętnaście lat temu wyjechała do Francji na stałe. To dzięki mamie poznałam Édith Piaf czy Mireille Mathieu. Na studiach, w kółku aktorskim, do którego uczęszczałam, sporo śpiewałam Édith Piaf. Potem zafascynowały mnie lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte (które postrzegam jako złoty okres w popularnej muzyce francuskiej) i tacy artyści jak Serge Gainsbourg czy Nino Ferrer – wspaniały francusko-włoski piosenkarz, który niestety nie uniósł ciężaru swojej kariery i zakończył swoje życie tragicznie...

Utwór tego ostatniego artysty wybrałaś na piosenkę promującą twój album.

Jego twórczość zawsze bardzo mnie poruszała. „La rua Madureira”, duet, do którego zaprosiłam Łukasza Garlickiego, to pełna nostalgii bossanova. Mężczyzna wspomina w niej swoją ukochaną, którą odwoził na lotnisko na samolot do Rio de Janeiro. Dziewczyna opowiada mu w taksówce o swoim kraju, o ulicy Madureira, przy której mieszka, ale niestety nie dolatuje tam... Mężczyzna wspomina po latach „Nigdy tego nie zapomnę: koloru nieba w Rio, ulicy na której mieszkałaś, chociaż nigdy tam nie dotarłem..." Jestem ogromnie wdzięczna Łukaszowi, że zinterpretował dodatkowo ten utwór obrazem i nakręcił do niego swoją melancholijną impresję, używając kamery VHS. Bardzo poruszył nas zarówno tekst tego utworu, jak i historia życia Nino Ferrera.

Na tyle, żeby stworzyć płytę z klasykami francuskiej piosenki?

Ta płyta to moje pandemiczne dziecko. Mimo że od zawsze miałam ogromny sentyment do tych kompozycji, to normalnie pewnie nie miałabym czasu, żeby wrócić do nauki francuskiego i nagrać ich własne wersje. Tym bardziej że dobierając utwory na ten album, przesłuchałam setki różnych wykonań. W pandemii w ogóle nie miałam ochoty na słuchanie muzyki elektronicznej – tę najbardziej lubię celebrować w klubach.

Nie kusiło cię, żeby sięgnąć po nieco nowszą francuską muzykę?

Nieszczególnie. Gram sety DJ-skie, do których często wybieram współczesną elektroniczną muzykę francuską, ale po intensywnej trasie koncertowej po płytach „BANG!” i „Ćma” byłam kompletnie wyeksploatowana i potrzebowałam bardziej intymnej, lirycznej formy wyrazu. Właśnie dlatego powróciłam do gry na wibrafonie, klawesynie czy aranżacji orkiestrowych z fletem, trąbką czy kontrabasem. To chyba taki mój sposób na wzięcie oddechu – raz na dekadę potrzebuję nagrać płytę przy użyciu instrumentów akustycznych. W ten sposób ładuję akumulatory, by potem móc znów wrócić do elektroniki.

fot. Agata Serge

Na płycie oprócz francuskich klasyków znalazł się jeden premierowy utwór, czyli „Lawenda”. Skąd decyzja, żeby złamać konwencję albumu i umieścić na nim także coś autorskiego?

Zaczynając współpracę z wytwórnią Kayax trafiłam na Barbarę Wrońską. Okazało się, że mamy wiele podobnych wspomnień z wakacji we Francji. Doszłyśmy do wniosku, że bardzo chętnie spróbowałybyśmy wyrazić siebie za pomocą środków zarezerwowanych dla francuskiej chanson. Chciałyśmy napisać naszą muzyczną pocztówkę z wakacji, ale w końcu doszłyśmy do wniosku, że pandemia zmieniła nasze myślenie o podróżowaniu i zaczęłyśmy zadowalać się miejscami, które są w pobliżu. Przesłanie ukryte w „Lawendzie” jest właśnie takie: „Paryż może poczekać – my uciekamy na wieś”.

To może w przyszłości stworzysz też projekt z klasycznymi lirycznymi piosenkami po polsku?

Kręcąc klip do „La rua Madureira” zrobiliśmy razem z Łukaszem Garlickim trochę kilometrów nad polskim morzem. Słuchaliśmy wtedy wielu starych polskich utworów z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych i oboje stwierdziliśmy, że wiele z nich przetrwało próbę czasu. To jeszcze nie pora, żeby mówić o jakimś projekcie, ale muzyka z tamtego okresu również w Polsce była niesamowicie odkrywcza i ciekawa pod względem tekstowym... Może to pomysł na płytę dla Łukasza?

Widzę, że ciągnie was do retro-klimatu.

Ta muzyka jest nadal bardzo inspirująca, ale... no dobra, nigdy nie mówię „nigdy”, choć na razie skupiam się na materiale z „Je suis Reni” i tym, jak będę prezentowała go na koncertach. Poza tym mam już producenta na moją kolejną, elektroniczną płytę (śmiech).

Wspominałaś o Łukaszu Garlickim i Barbarze Wrońskiej, ale kto jeszcze gości na „Je suis Reni”?

Łukasz wspiera mnie od samego początku tego projektu. Jest bardzo emocjonalnie związany z Francją, bo jego mama się tam urodziła – stąd jego znajomość francuskiego i świetny akcent. Zaprosiłam też Piotra Witkowskiego, który nie boi się ciekawych wyzwań i darzy kulturę francuską ogromną sympatią. Wszyscy pytają mnie, dlaczego na tej płycie śpiewają aktorzy, zamiast wokalistów. Odpowiedź jest prosta: albo nikt z moich przyjaciół wokalistów nie mówi po francusku, albo ja on tym nie wiem... Bardzo ważnym gościem na tej płycie jest też Tomasz Ziętek, który nagrał wspaniałe sola na trąbce – tak się wkręcił, że do każdej piosenki wysyłał mi po kilka propozycji, a ja później biłam się z myślami, którą z nich wybrać, bo wszystkie były świetne. Niesamowicie zdolny i wrażliwy muzyk! Nie mogłabym też zapomnieć o Michale Przytule, czyli producencie, z którym współpracuję już od dwudziestu lat i „Je suis Reni” nie jest wyjątkiem. Nagraliśmy też razem zarówno liryczny „Iluzjon”, jak i moje elektroniczne płyty. Musze przyznać, że po tych wszystkich latach współpracy z Michałem rozumiemy się już bez słów.

FacebookInstagramTikTokX