Związek Uczelni w Gdańsku przygotował publikację poświęconą żeńskim nazwom zawodów, funkcji i stanowisk. To dobry punkt wyjścia do rozmowy o tym, jak zmienia się język polskich instytucji i dlaczego feminatywy nadal budzą emocje.
Feminatywy przez lata żyły w Polsce głównie w komentarzach pod postami, w kłótniach przy rodzinnym stole i w memach o gościni. Teraz mają swoją całkiem pokaźną publikację. Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego opublikowało „Słownik feminatywów Związku Uczelni w Gdańsku im. Daniela Fahrenheita”, którego autorem jest dr hab. Zenon Lica, prof. UG. Wersja cyfrowa jest bezpłatna na stronie wydawnictwa. Publikacja obejmuje żeńskie nazwy stanowisk, funkcji, zawodów oraz stopni i tytułów naukowych na Uniwersytecie Gdańskim, Politechnice Gdańskiej i Gdańskim Uniwersytecie Medycznym, a każde hasło ma pełną odmianę, propozycje grzecznościowych form zwracania się, angielskie odpowiedniki i wykazy skrótów.
Rektorka na wizytówce, doktora w podpisie
Obok oczywistych prorektorki, dziekanki, kanclerki czy pełnomocniczki słownik zostawia furtkę dla form, które wciąż jeżą włos na głowie części polonistów i użytkowników języka polskiego. Przy stopniach i tytułach podaje profesorkę, ale też wariant profesora, doktorkę albo doktorę. Jest i administracyjna proza uczelni, czyli młodsza specjalistka, starsza konserwatorka książki i dyrektorka – naczelna redaktorka.
Lica zaczął od zebrania nazw stanowisk, funkcji i zawodów na trzech uczelniach Związku, potem sprawdzał ich żeńskie odpowiedniki w słownikach, korpusach i przykładach rzeczywistego użycia, a do tego przeprowadził ankiety wśród użytkowników języka. Jeszcze w maju 2025 roku, gdy prace trwały, mówił w RMF FM, że przy formach typu magisterka i magistra albo doktorka i doktora obie wersje są poprawne.
Ta pobłażliwość dla „doktory” to rzecz ciekawa, bo spiera się z najważniejszym dokumentem w tej sprawie. Rada Języka Polskiego w stanowisku z 25 listopada 2019 roku uznała, że model (ta) ministra, (ta) doktora, (ta) dziekana jest dla polskiego słowotwórstwa nietypowy i lepiej sięgać po tradycyjne przyrostki, tworząc formy w rodzaju doktorka. Gdańsk odpowiada na to po swojemu: nie rozstrzyga, tylko daje wybór. Wydawnictwo zaznacza, że proponowane formy nie są obowiązkowe, a nadrzędna pozostaje wolność wyboru i preferencje osób pełniących dane funkcje.
Słownik nie wziął się znikąd. 25 listopada 2024 roku rektor UG wydał komunikat w sprawie umożliwienia stosowania feminatywów na uczelni, a w maju 2025 roku podobne zasady pismem okólnym wprowadził rektor Politechniki Gdańskiej prof. Krzysztof Wilde. Politechnika zapisała, że członkinie wspólnoty mogą używać żeńskich form w dokumentach, korespondencji, stopkach maili, na wizytówkach i tabliczkach, a do czasu wydania słownika zalecała kierować się rekomendacjami Rady Języka Polskiego. Teraz ma własne kompendium, które z tymi rekomendacjami nie we wszystkim się zgadza.
Język równości
Redaktor słownika wyjaśnia feminatywy zmianami historycznymi. W rozmowie z RMF FM obwiniał okres socjalistyczny: według niego uznano wtedy zawody za męskie, a kobiecie wystarczało dopisać „pani”. Wyliczał przy tym, że „gorsze zawody, jak traktorzystka, chlewmistrzyni czy sprzątaczka” nikomu nie przeszkadzały. Podobną obserwację przytaczało w 2019 roku Notes from Poland za Jackiem Dehnelem: żeńskie formy nie rażą przy sprzątaczce i służącej, rażą dopiero przy profesorze czy premierze. Jadwiga Linde-Usiekniewicz z UW przypomina z kolei w magazynie PAN, że w dwudziestoleciu międzywojennym dominowały formy posłanka i senatorka, choć zdarzała się też „pani poseł”.
Teza o PRL jako jedynym winnym jest zgrabna, ale dane komplikują obraz. Zespół Lei Hodel i Magdaleny Formanowicz przeanalizował polskie teksty korpusowe i stwierdził, że żeńskie nazwy zawodów pojawiały się częściej przy zawodach klasy średniej niż robotniczych. Czyli to, czy feminatyw „przeszkadza” i to, jak często się go używa, to dwie różne miary.
Najmocniejszy argument za tym, że słownik ma sens i jednocześnie najpoważniejszy powód do ostrożności, dostarcza ta sama badaczka. W 2013 roku Formanowicz z zespołem opublikowała w European Journal of Social Psychology trzy eksperymenty przeprowadzone po polsku: kandydatkę przedstawioną żeńską nazwą zawodu oceniano gorzej niż kandydata i gorzej niż kobietę z męskim tytułem, a efekt był silniejszy u osób o poglądach konserwatywnych. Żeby wykluczyć skojarzenia z istniejącymi zawodami, w dwóch badaniach użyto zmyślonych nazw: diarolożka i diarolog.
Spór o feminatywy wraca falami i za każdym razem w nieco innej formie. W 2019 roku była to sejmowa batalia, po której Wanda Nowicka z Lewicy ogłaszała sukces posłanek, gdy na sejmowych drukach dopuszczono żeńską formę. Rok 2026 przynosi wersję akademicką, mniej widowiskową i bardziej trwałą, bo zapisaną w odmianie przez przypadki. Kto chce sprawdzić, jak brzmi narzędnik od „radczyni prawnej”, ma teraz gdzie zajrzeć.








![Australijscy strażacy rozbierają się ponownie: zwierzęta i cel charytatywny [FOTO]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_JIMMY_Mixed_Animal_Australian_Firefighters_Calendar_202714_e24dbf3804.jpeg&w=1920&q=75)
