Styczeń 2026 zapisał się jako miesiąc ekstremalnych kontrastów: Europa doświadczyła najzimniejszego stycznia od 2010 roku, podczas gdy planeta jako całość przeszła przez piąty najcieplejszy styczeń w historii pomiarów.
Średnia temperatura w Polsce wyniosła minus 4,2 stopnia Celsjusza – o trzy stopnie poniżej wieloletniej normy. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej odnotował, że w wielu rejonach kraju temperatura spadała poniżej minus 20 stopni, tworząc warunki, które młodsze pokolenia Polaków znają tylko z opowieści rodziców o „prawdziwych zimach”. W Warszawie średnia stycznia wyniosła minus 5,5 stopnia – zimniej było tylko jedenaście razy od 1951 roku, gdy rozpoczęto systematyczne pomiary.
Europa zmarzła solidarnie. Copernicus Climate Change Service podaje, że średnia temperatura dla całego kontynentu wyniosła minus 2,34 stopnia – o 1,63 stopnia poniżej średniej z lat 1991-2020. Skandynawia, kraje bałtyckie, Europa Wschodnia i Syberia zostały sparaliżowane przez arktyczne powietrze, które przedostało się na południe z powodu osłabionego polarnego prądu strumieniowego.
Globalne co?
A jednak. Globalna średnia temperatura w styczniu 2026 wyniosła 12,95 stopnia Celsjusza – o 0,51 stopnia więcej niż norma z ostatnich trzech dekad i aż o 1,47 stopnia powyżej poziomu przedprzemysłowego. Był to zaledwie o 0,28 stopnia chłodniejszy miesiąc od rekordowego stycznia 2025. Planeta balansuje niebezpiecznie blisko progu 1,5 stopnia wyznaczonego przez Porozumienie Paryskie.
Geografia kontrastów okazuje się brutalna. Podczas gdy Polacy walczyli z mrozem, Australia paliła się żywym ogniem. W stanie Wiktoria temperatura osiągnęła historyczny rekord – 48,9 stopnia w Hopetoun i Walpeup. Melbourne, słynące z kapryśnej pogody, zanotowało ponad 45 stopni. Steve Mccullough, właściciel lokalnego hotelu w Hopetoun, otwierał drzwi pubu dla mieszkańców bojących się rachunków za klimatyzację – mogli przyjść i po prostu siedzieć w chłodzie, bez obowiązku zamawiania czegokolwiek. To nie były pojedyncze incydenty. Temperatury oscylujące wokół 50 stopni, pożary, które pochłonęły ponad 400 tysięcy hektarów ziemi i 400 domów w samej Wiktorii – to tylko fragment australijskiego piekła.
Prof. Bogdan Chojnicki z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu podkreśla, że tak zimny miesiąc jak styczeń 2026 wcale nie zaprzecza faktowi zmian klimatycznych. Ocieplanie się klimatu nie polega na tym, że temperatura wyłącznie rośnie – zawsze będą występowały wahania w dół i w górę. Globalne ocieplenie nie oznacza braku zim i mrozów, a jedynie to, że takie okresy będą coraz rzadsze. Ale też – i to kluczowe – że mogą być bardziej intensywne.
Portal Nauka o klimacie wyjaśnia mechanizm jeszcze dokładniej: styczeń 2026 składał się w dużym uproszczeniu z dwóch dłuższych fal mrozów w środku miesiąca i trzeciego bardzo zimnego epizodu na jego koniec. To nie był jeden mroźny dzień – to była seria zdarzeń atmosferycznych wywołanych zaburzoną cyrkulacją mas powietrza.
Jaka czeka nas przyszłość?
Rok 2025 był ósmym najcieplejszym w historii pomiarów w Polsce. Co istotne – był cieplejszy od wszystkich lat sprzed XXI wieku. To nie miesiąc, nie pora roku, ani nawet cały rok jest obrazem klimatu. Klimat to seria kilkunastu lat, a ostatnie kilkanaście lat mocno różni się od tego, co pamiętamy z XX wieku.
Czy to oznacza koniec zimy? Wręcz przeciwnie. Naukowcy są zgodni: mrozy nie znikną, ale będą rzadsze i bardziej nieprzewidywalne. Paradoksalnie, w ocieplonym świecie możemy doświadczać silniejszych opadów śniegu – rzadszych, ale bardziej intensywnych. Ocieplenie Arktyki sprzyja zaburzeniom cyrkulacji atmosferycznej, które zwiększają prawdopodobieństwo zimowych epizodów na niższych szerokościach geograficznych.
Europa marznie, Australia płonie, a globalna średnia temperatura rośnie. To nowa rzeczywistość, w której lokalna pogoda i globalny klimat grają według nowych, niepokojących zasad.
źródło: dane Copernicus/IMGW
