Naprawdę wiele dni powoli mijającego 2021 roku rozpoczynaliśmy od zdań w stylu „Ej, a słyszeliście XXX?!” (pod XXX podstawić należy tytuł płyty lub wykonawcę, który akurat był na tapecie u danego członka redakcji). Krótko mówiąc: muzyka w redakcji K MAG-a naprawdę budziła emocje – polecaliśmy ją sobie nawzajem, spieraliśmy się o nią, wymienialiśmy wrażenia. I oczywiście: naprawdę sporo jej słuchaliśmy.
Jak wiadomo ze znanych powszechnie truizmów: są gusta i guściki. My w K MAG-u mamy to szczęście, że upodobaniami się różnimy, a jednocześnie wszyscy pozostajemy otwarci na różne estetyki. To sytuacja idealna, bo kiedy polecamy muzykę, możecie mieć pewność, że wśród naszych rekomendacji może się znaleźć wszystko: od mainstreamowego popu ze szczytów list przebojów, po dziwne, mrugające w stronę awangardy brzmienia.
Ale wystarczy tych wstępów – przed wami nasze ulubione albumy 2021 roku. Słuchajcie wszyscy, polecamy!

1. Low – HEY WHAT
Wydawałoby się, że to już dinozaury (to ich trzynasta płyta!), ale poprzednim albumem Low rozpoczęli zupełnie nowy rozdział w swoim graniu. Na „Hey What" idą jeszcze dalej w kwestiach brzmienia. To mormońskie małżeństwo w znany tylko sobie sposób magicznie łączy hałas, przestery i po prostu rozpierdziel z baśniowymi melodiami. Zdekonstruowane utwory na pograniczu rocka i elektroniki to jednak wciąż piosenki. Chaos flirtuje tu z harmonią. Urzeka, hipnotyzuje, wciąga i uzależnia. Dla mnie płyta roku!
2. Arab Strap – As Days Get Dark
Jeżeli rockowa muzyka może być baśniowa to ci Szkoci są w niej królami. „As Days Get Dark" to jedna z nielicznych płyt, która wpadła w bardzo różne gusta większej części naszej redakcji. To pewnego rodzaju spowiedź i autorefleksja autora o przejmującym głosie i szkockim akcencie... Coś pomiędzy depresją, ironią, rozliczeniem i nadzieją. Jest tu mrocznie, posępnie, męsko, nastrojowo, ale i minimalistycznie. Na tę płytę kazali czekać aż szesnaście lat, ale warto było.
3. Bicep – Isles
Zdecydowanie najlepsza elektroniczna płyta roku! Niby taneczna muza z pogranicza techno, house'u i połamanych beatów, a ile tu filmowej aury, przestrzeni i tego co kocham najbardziej, czyli melancholii! Wspaniałe wokale przywołujące na myśl najlepsze dokonania Dead Can Dance, wzniosłość i mrok, ale gdzieś tam na końcu zawsze migocze światełko nadziei. „Isles" był moim najwierniejszym kompanem wszystkich tegorocznych podróży. Tak brzmi kosmos.
4. CIVIC TV – BLACK MOON / L'Rain – Fatigue
Połączenie iście depeszowego brzmienia z grunge'owym wokalem, przywołującym echa chrypki KurtaCobaina (Nirvana) czy Scotta Weilanda (Stone Temple Pilots), to mieszanka dla mnie na wejściu wybuchowa. Dodać do tego można jeszcze szczyptę doła Joy Division, filmowy saksofon i fakt, że mamy do czynienia z debiutantami! Przebojowa, melodyjna produkcja dopełnia całości. Toż to prawdziwy sztos aż z Toronto!
A ex aequo L'Rain, czyli dla mnie kobieta-objawienie! Ewidentnie pozaziemski głos tej artystki w otoczeniu retro syntezatorów, smyczków, saksofonu i wszechobecnych loopów czaruje! Sprawia, że odlatuję i jest to bardzo przyjemny lot...
5. Wolf Alice – Blue Weekend
Nigdy nie ukrywałem, że mam słabość do rockowych pań. Ten ostry pazur, zachrypnięty, głęboki wokal, szpila i gitara – tutaj to wszystko jest, i to w jakim wydaniu! Melodyjnie, wręcz anielsko, przestrzennie, kolorowo, ale i brudno, niegrzecznie, z mocnym tupnięciem. Do tego te ejtisowe syntezatory. Pycha!


