Z nieskrywaną rozkoszą co roku wypatruję okresu wszelakich kulturalnych podsumowań. Grudzień daje nam okazję na chwilę refleksji nad tym wszystkim, czego między innymi wysłuchaliśmy, może pokochaliśmy i ewentualnie umieściliśmy na półce z etykietką „na zawsze”. Jako niereformowalny zbieracz płyt, który oczywiście równolegle penetruje bezkresy serwisów streamingowych, już tradycyjnie wybieram dla was moje subiektywne 60 najlepszych albumów roku.
Jak zawsze jak na uzależnionego melomana przystało, lista jest bardzo eklektyczna. Mamy tu sporo elektroniki, ale także gitarowego grania, soulu, folku, hip-hopu, popu a nawet i punka. Oczywiście nie da się przesłuchać wszystkich tegorocznych płyt, ale starałem się. Nieco wybiórczo, bo jest kilka muzycznych okolic, które po prostu nie są dla mnie, ale i tak wybór jest raczej szeroki. W 2020 w moich podsumowaniach wygrała głównie muza marzycielska, która przenosi słuchacza do innych światów. Niewątpliwie pandemia, lockdowny, czas protestów w ważnych celach i inne przybijające kwestie obecne w tym trudnym roku przyczyniły się do tej chęci oderwania, ale z całą odpowiedzialnością zapewniam, że poniższe albumy będę polecał również po latach.
Mam szczerą nadzieję, że moja tegoroczna lista pomoże wam nieco lepiej odnaleźć się w zalewie muzyki i chaosie internetu. Kto wie, może nawet poznacie nowe dla siebie obszary muzyczne? Dobrego odbioru i do siego!



