Najstarsza polska drag queen: „Za komuny wszystko było szare, ale nie gejowska Warszawa!” [wywiad]
Autor: Radosław Pulkowski
29-06-2021

Oficjalnie nazywa się Andrzej Szwan, ale wielu ludziom jest znana raczej jako Lulla La Polaca, czyli najstarsza polska drag queen. Z Lullą (ale też Andrzejem – w zależności od tematyki) postanowiliśmy porozmawiać nie tylko z okazji wciąż trwającego Pride Month, ale także po prostu dlatego, że ma bardzo wiele do opowiedzenia: o dragu i o historii, która dotąd pozostawała ukryta i nieoficjalna. Tematy, które poruszyliśmy tym razem to m.in. spontaniczne początki dragu w Polsce (kiedy jeszcze nikt nie wiedział, że właśnie tak to się nazywa), gejowskie życie towarzyskie w PRL-u i oczywiście współczesna nagonka na osoby nieheteronormatywne, która niestety ma miejsce w naszym kraju. Dlaczego musi się tak dziać, skoro nawet w stanie wojennym Lulla – jak opowiada – mogła przejść w dragowym przebraniu po centrum Warszawy i nikt nie miał z tym żadnego problemu?

Opowiesz parę słów o słynnych imprezach u Lulli? Gdyby nie one, może wcale byśmy dziś nie rozmawiali...

Zacznę od tego, że moja przygoda ze scenicznym dragiem zaczęła się na poważnie, kiedy spotkałam królową polskiego dragu Kim Lee, niestety dziś już nieżyjącą. Poznałyśmy się w jednym z warszawskich klubów w 2008 roku i zaprzyjaźniłyśmy się na amen. To Kim pchała mnie do udziału w kolejnych występach i zorganizowanie dorocznego Lulla Show też było jej pomysłem. Mam na imię Andrzej, więc postanowiliśmy organizować te imprezy właśnie w Andrzejki. Działo się to w klubie Kalinowe Serce na Żoliborzu, nazwanym tak, ponieważ jest wypełniony meblami po Kalinie Jędrusik i Stanisławie Dygacie. Do tej pory imprez było chyba pięć, z szóstą szykowaliśmy się na 2020 rok, ale przeszkodziła nam pandemia. Przełożyliśmy ją więc na tę wiosnę, ale niestety po drodze wydarzyło się nieszczęście i Kim zmarła na Covid...

To było bardzo przykre wydarzenie. Mam jednak nadzieję, że po śmierci Kim Lee będziesz kontynuować tradycję Lulla Show.

Bardzo chcę! Kalinowe Serce już działa, więc mam nadzieję, że wszystko się powiedzie. Będę bardzo namawiała wszystkie moje najbliższe sceniczne koleżanki, żeby też wystąpiły.

Ile osób zwykle uczestniczyło w Lulla Show?

Kilkadziesiąt. Pojawiali się przyjaciele, zaproszeni goście i ewentualnie ich osoby towarzyszące. Fama po mieście się rozniosła i pewnie znalazłoby się więcej chętnych, ale niestety klub nie jest z gumy. Z reguły podczas Lulla Show występowało pięć drag queens, choć podczas ostatniej edycji była nas czwórka, bo Lady Milion (albo inaczej nasz przyjaciel Kamil) wyniosła się do Niemiec.

Na scenie można cię zobaczyć nie tylko podczas Lulla Show, prawda?

Oczywiście. Nawet w zeszłym roku odbyła się jedna taka piękna impreza, a konkretnie dwudziestolecie pracy twórczej jednej z moich scenicznych przyjaciółek – Lady Brigitte. Na co dzień Lady Brigitte mieszka w Łodzi, ale dotąd uczestniczyła we wszystkich Lulla Show. Jej jubileusz odbył się w dużo większym klubie niż moje imprezy i obecnych było ponad 650 osób! Gwieździe towarzyszyło aż osiemnaście innych drag queens, oprawa była świetna i ogólnie rzecz biorąc impreza udała się znakomicie.

alt text

fot. Anna Butenin

Ile razy występowałaś jako Lulla?

To bardzo trudne pytanie, nie wiem czy potrafię na nie odpowiedzieć. Szczególnie, że na początku, czyli jeszcze w latach siedemdziesiątych, Lulla pokazywała się raczej na imprezach, w gronie przyjaciół, i nie wiem czy w ogóle można to nazwać „występami”. Nikt nawet nie wiedział, że to, co robimy ma jakąś nazwę i że to właśnie sztuka dragu. Nie było żadnych scen, na których mogłybyśmy się pokazać, trudno było o sklepy, w których mogłybyśmy kupić odpowiednie stroje. Po prostu przebierałyśmy się i dobrze bawiłyśmy. Mogę za to powiedzieć, że w ostatnich latach, już na scenie, występowałam może dwa-trzy razy na kwartał.

Pamiętasz kiedy po raz pierwszy Andrzej zmienił się w Lullę?

Miałam nie więcej niż dwanaście albo trzynaście lat, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł, żeby pod nieobecność rodziców wyciągnąć z szafy kieckę matki, pomalować sobie usta, założyć mamy buty na obcasie, stanąć przed lustrem i przyjmować różne pozy. Nie miałam oczywiście pojęcia, że w dorosłym życiu stanie się to dla mnie świetną zabawą, a nawet formą sztuki, ale myślę, że już wtedy coś we mnie drgnęło.

A kolejne dragowe doświadczenia?

To było pod koniec lat siedemdziesiątych. Wróciłam wtedy do Polski z kontraktu w Libii i wtedy niektórzy spośród moich znajomych mieli już fajne, własne mieszkania, w których mogliśmy się spotykać i przebierać. Jak szykowała się jakaś impreza, wiedzieliśmy, że przyjdą na nią Jenny, Maryla, Helga czy Lulla. Mieliśmy też koleżankę Małgosię, która miała maszynę do szycia i lubiła szyć – to ona pomagała nam w przygotowywaniu strojów.

Czyli występy owszem, ale tylko w wąskim gronie?

I tak, i nie. Wprawdzie przebierałyśmy się z myślą o imprezach w wąskim gronie, ale zdarzało nam się chodzić w przebraniach z jednego mieszkania do drugiego. Pamiętam zwłaszcza jednego sylwestra, to było w stanie wojennym, kiedy szłam ze wspomnianą już Marylą Nowym Światem, mijaliśmy siedzibę Komitetu Centralnego, rozmawiałyśmy z żołnierzami przy koksownikach... Już wtedy były takie momenty, kiedy nie tylko nie wstydziłyśmy się naszego dragu, ale w ogóle nie przyszło nam do głowy, że ktoś może nas wykpiwać albo wytykać palcami. Dziś Parada Równości musi być ochraniana przez policję, bo przychodzą na nią kibole i narodowcy, przed którymi trzeba nas zabezpieczać. Wtedy nie było takiego problemu.

alt text

fot. Anna Butenin

Z twoich opowieści wynika, że początku twojego dragu były dość spontaniczne.

Całkowicie spontaniczne! Do pierwszego przebierania się nie dochodziło nawet z myślą o imprezach z innymi gośćmi i jakiejkolwiek publiczności. Po prostu siedzieliśmy sobie w pięcioosobowym gronie, wszyscy z inklinacją do przebierania, piliśmy coś mocniejszego, aż w końcu ktoś mówił: „zobaczcie, jaka fajna zasłona tam wisi, zdejmijmy ją na chwilę, może da się z niej coś wykroić?” i po chwili robił z niej pelerynę. Ktoś inny znajdował w łazience ręcznik frotte i robił z niego turban. Po chwili ktoś mówił: „to co, może zaśpiewamy?” i zaczynaliśmy śpiewać. Ani się spostrzegliśmy jak zaczęliśmy robić to częściej i z coraz większą starannością.

Gdybyś miała wytłumaczyć zupełnemu laikowi, na czym polega drag show, to co byś powiedziała?

Przede wszystkim zwróciłabym uwagę na to, że drag wymaga ogromnych, starannych przygotowań. Samo przygotowanie się do występu, czyli przebranie się i makijaż, trwa co najmniej dwie albo trzy godziny. A przecież wcześniej wszystko trzeba jeszcze obmyślić i zrealizować: uszyć lub kupić stroje, wybrać repertuar i tak dalej. Według mnie drag trzeba nazwać odmiennym rodzajem sztuki, bo to ani nie kabaret ani aktorstwo. W największym skrócie drag polega na tym, by stać się przerysowanym, kolorowym ptakiem, ale żeby taki ptak mógł powstać, potrzeba wielu godzin przygotowań. Drag to nie jest wygłupianie się.

Kiedy już jesteś przygotowana, co robisz na scenie?

Występ polega głównie na imitowaniu śpiewu do puszczonych z taśmy piosenek. Każda drag queen wybiera swoje ulubione wykonawczynie, ja na przykład uwielbiam Hannę Banaszak, chociaż wykonywałam też piosenki Barbary Rylskiej, Teresy Belczyńskiej, Ireny Santor czy Hanki Ordonówny. Nie chodzi jednak o to, żeby udawać Hannę Banaszak ani nawet kobietę. Drag queens są „bardziej” i „intensywniej” niż kobiety.

Lulla jest znana jako najstarsza drag queen w Polsce. Rzeczywiście nie ma nikogo starszego od ciebie?

Ja w każdym razie z nikim takim się nie spotkałam, a nieźle znam to środowisko. 

A czy jesteś także pierwszą drag queen w Polsce?

Sporo moich koleżanek było na scenie na długo przede mną, choćby wspomniana Kim Lee. Owszem, to, co robiłyśmy w latach siedemdziesiątych było w pewien sposób prekursorskie, ale nigdy nie uzurpowałabym sobie prawa do nazwania się pierwszą polską drag queen. Dopiero kiedy spotkałam Kim, ona powiedziała mi: „Lulla, won na scenę!”.

alt text

fot. Anna Butenin

Teraz osobiste pytanie, chyba bardziej do Andrzeja. Kiedy zrozumiałeś, że jesteś gejem?

Dokładnie w klasie maturalnej. Mieliśmy wtedy taki przedmiot jak Przysposobienie Wojskowe. Jedna z takich lekcji odbywała się w terenie – uczyliśmy się strzelać z karabinków sportowych, bo tylko taka broń była wykorzystywana w szkole. W pewnym momencie poszedłem na bok za potrzebą. Po chwili tuż przy mnie stanął profesor prowadzący te zajęcia, który udał się tam w takim samym celu. Pamiętam, że spojrzeliśmy po sobie, sikając pod jakimś krzakiem i nagle wszystko stało się jasne. Po niedługim czasie doszło do mojego spotkania tête-à-tête z tymże profesorem i to było moje pierwsze intymne spotkanie z innym mężczyzną. Następnego dnia zastanawiałem się, czy w ogóle powinienem pójść do szkoły...

Co było później?

Z profesorem już nigdy więcej się nie spotkałem, chyba że na lekcjach, ale pamiętam, że jakiś czas później uczyłem się do matury razem z moim kolegą i imiennikiem Andrzejem. Byliśmy u niego w domu i w pewnym momencie objąłem go, a on nie strząsnął mojej ręki, a wręcz przeciwnie – przytulił się do mnie. Coś w nas zakipiało, pocałowaliśmy się, a później odskoczyliśmy od siebie i już nigdy więcej nic podobnego się między nami nie wydarzyło. Jakiś czas później podobna sytuacja miała miejsce, kiedy uczyłem się z innym kolegą – Markiem – tylko że wtedy skończyło się już w łóżku...

Twój pierwszy poważny związek?

Po maturze nie dostałem się na wymarzone studia na Akademii Teatralnej i po jakimś czasie byłem zmuszony podjąć pracę. Poszedłem na rozmowę do przedsiębiorstwa, w którym pracował mój ojciec i tak się złożyło, że dostałem tę pracę. Pewnego dnia spotkałem na schodach szalenie przystojnego faceta, który szedł gdzieś z moim dyrektorem. Spojrzeliśmy na siebie i coś zaiskrzyło. Jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że ten człowiek właśnie objął w firmie stanowisko kierownika jednego z działów. W końcu związaliśmy się ze sobą i to na dłużej. Miał na imię Zenek i był o równe dwadzieścia lat starszy ode mnie.

Nie mieliście problemów w miejscu pracy?

Rzeczywiście, plotek nie brakowało. Właśnie dlatego po jakimś czasie Zenek zaproponował, że załatwi mi pracę w innej instytucji. Tak było lepiej dla nas obu. Inna sprawa, że po jakimś czasie do mojego nowego miejsca pracy trafił też Zenek i tam już siedzieliśmy nawet w jednym pokoju. Szczęśliwie w naszym nowym miejscu pracy nikogo nie interesowało, jakie stosunki łączą nas po godzinach...

alt text

fot. Anna Butenin

To Zenek wprowadził cię w życie dorosłego geja?

Było dokładnie tak, jak mówisz. Na przykład to dzięki niemu po raz pierwszy trafiłem do słynnej łaźni pod Messalką na Krakowskim Przedmieściu, gdzie kwitło gejowskie życie towarzyskie. To właśnie tam poznawało się nowych ludzi! Zenek mnie tam wprowadził, ale to nie znaczy, że byliśmy do siebie uwiązani łańcuchami. Zenek co jakiś czas, jak to się mówi, „strzelał boki” i Lulla też to robiła. To pod Messalką zobaczyłem inny świat! Wciąż miałem dwadzieścia parę lat, a tam przychodzili panowie w najróżniejszym wieku i o najróżniejszych zainteresowaniach. Poznałem chociażby hrabiego Henryka Rostworowskiego, niezwykle barwną postać ówczesnego warszawskiego  życia gejowskiego. To był wtedy powszechnie znany człowiek, u którego odbywały się rauty i przyjęcia. Dla dwudziestoletniego chłopaka udział w takich imprezach to była ogromna nobilitacja.

Jakie były wtedy inne gejowskie miejsca spotkań?

Zacznę od tego, że eleganckie łaźnie były dwie – ta pod Messalką i Diana na Chmielnej. Poza tym były jeszcze kąpieliska: na Działdowskiej i na Placu Starynkiewicza, gdzie jeszcze niedawno była redakcja „Rzeczypospolitej”. W slangu mówiło się „u państwa Działdowskich” i „u państwa Starynkiewiczów”. Kiedy byłem w biurze i dzwonił do mnie kolega gej, powiedzenie "spotkamy się dziś o dziewiętnastej u państwa Działdowskich" nie wzbudzało żadnych podejrzeń osób postronnych. 

Co z tak zwanymi pikietami?

Oczywiście też istniały, takie jak choćby słynny Grzybek na Placu Trzech Krzyży! Nie należy też zapominać o całej mapie gejowskich kawiarni: Amatorska, Lajkonik, Alhambra, Niespodzianka, Kopciuszek... Mówi się, że to były czasy siermiężnej komuny i wszędzie było szaro. No, naokoło może i tak, ale w gejowskiej Warszawie wcale nie!

Wróćmy do teraźniejszości. Wciąż trwa Miesiąc Dumy, tymczasem osoby LGBT+ nie mają w ostatnich czasach w Polsce łatwego życia...

Może byłoby ono lepsze gdyby nie obecna władza. To będę podkreślał. Ci ludzie z pewnością nie dodają nam siły, a wręcz przeciwnie – hamują nas i to w sposób nieładny.

alt text

fot. Anna Butenin

Oczywiście, że tak, jednak o obecną sytuację mógłbym zapytać wiele osób. Ciebie, jako człowieka, który ma 82 lata i w życiu widział już wiele, chciałbym zapytać o porównanie. Pamiętasz ze swojego życia podobne nagonki na osoby nieheteronormatywne?

To przykre, ale muszę powiedzieć, że nie pamiętam. Pewnie czymś podobnym w swoim natężeniu była akcja „Hiacynt”, ale nie było mnie w Polsce, kiedy ona trwała. Gdybym był, pewnie mocno bym to odczuł, bo wiem, że wszyscy geje w moim warszawskim środowisku byli wtedy pod lupą SB, środowisko było prześwietlone aż do podszewki. Mnie osobiście, jako geja, przez całą komunę nigdy nic złego nie spotkało. Po 1989 roku zresztą podobnie, mimo że zawsze uczestniczę we wszystkich ważnych dla środowiska LGBT+ wydarzeniach, pojawiam się na paradach i specjalnie nie ukrywam się ze swoimi preferencjami. Jednak jakakolwiek dzisiejsza sytuacja by była – mam zamiar wciąż żyć w ten sam sposób i wieszać tęczową flagę wszędzie, gdzie tylko mogę.

Od czasów twojej młodości niektóre rzeczy zmieniły się jednak na plus. Na przykład to, że dziś obecność osób LGBT+ jest o wiele bardziej jawna.

I dobrze, że jest jawna! Brawo! To właśnie dzięki temu duża część społeczeństwa, która kiedyś mogłaby podchodzić do osób LGBT+ z rezerwą, dostrzega, że jesteśmy takimi samymi ludźmi, jak wszyscy. Nie wchodzimy nikomu do domów, nie gwałcimy dzieci, nie dokuczamy nikomu. Chyba coraz jaśniejsze dla wszystkich staje się, że środowiskiem, w której pedofilia w Polsce jest realnym problemem, są katoliccy duchowni, a nie geje... Bardzo się cieszę, że młodzi ludzie LGBT+ są na tyle silni, że zbuntowali się i coraz częściej chcą pokazywać światu, że są równoprawnymi członkami społeczeństwa. Mam nadzieję, że zarówno jako Andrzej, jak i jako Lulla, doczekam chwili, kiedy będzie to oczywiste dla każdego.

udostępnij