Zdardzamy fragment wywiadu z najnowszego numeru K MAG 107 Sukcesja, tekst: Aleksander Hudzik.
Co odziedziczył po ojcu i dla kogo jest ojcem? Sokół opowiada o rapie Young Leosi, komercji i o tym, czy zdecyduje się napisać autobiografię.
Rzecz dzieje się na warszawskim Żoliborzu. Wieczorem, w siedzibie PROSTO. Sokół kończy przymiarki nowej kolekcji ubrań, do jego nóg łasi się pies, pokaźny owczarek niemiecki, jednocześnie do sieci wpada właśnie pierwszy odcinek „Sukcesji”. I od niej zaczynamy!
Oglądałeś „Sukcesję”?
Tak i jest zajebista. Niesamowicie zagrana, ze świetnymi intrygami.
Z czym jeszcze ci się kojarzy?
Z knuciem i brakiem zasad.
Mnie z pieniędzmi i niemożliwością uwolnienia się od własnej rodziny.
Ciekawe. Ta rodzina jest strasznie skurwiała.
Sukcesja to dosłownie następstwo, jak sukcesja tronu. Jako artysta mogłeś przejąć jakieś rodzinne tradycje?
Jeśli sukcesja, to rozumiem, że po ojcu? Mój ojciec pisał teksty piosenek, głównie dla Papa Dance. Zdawał sobie sprawę z konwencji, bawił się tym, co robi. Pamiętam, jak przychodził do mnie i powtarzał, że zawsze trzeba wymyślić słowo, którego ludzie nie będą rozumieć, bo jak nie zrozumieją, będą je powtarzać. Stąd takie kwiatki jak „In flagranti”. Dla niego tekściarstwo było zabawą, z której przychodziły realne pieniądze i ogromna popularność tego zespołu. Myślę, że ich siła rażenia w latach osiemdziesiątych była porównywalna do tej, jaką dziś ma Mata.
Papa Dance ma złą sławę, choć ich teksty były naprawdę niezłe. „Szary wiruje pył, tylko on mnie nie opuszcza”.
„Skąd mam wziąć tyle sił, abym mógł miejsce odnaleźć swe”. Wiesz, że mam ten fragment przygotowany już z bitem, żeby na jego bazie zrobić kawałek? Zbieram się i ciągle nie mogę tego zrobić. Co ciekawe, akurat „Oceanu wspomnień” nie napisał mój ojciec.
W domu mogłeś się przekonać, co oznacza sukces komercyjny.
Pewnie. Pamiętam, że Papa Dance mieli takie hasło „Milion fanek nie może się mylić”. Sztos! Ciągle myślę, że powinienem je ukraść. Pamiętam różne rzeczy, na przykład jak do domu przychodził znany fotograf, który robił dla nich plakat. Nazywał się Czudowski. To była postać, a oni się otaczali topowymi postaciami. Pamiętam muzyków, reżyserów, różnych ciekawych ludzi, którzy biesiadowali u nas w domu. W tamtym czasie Papa Dance mieli na koncie najdroższy teledysk w historii polskiej rozrywki. Występowali w nim przebrani za kowbojów. Komedia straszna, ale to był top popu. Gdyby istniał wtedy McDonald’s, tworzyliby w nim zestawy Papa Dance.
Nie poszedłeś tą drogą. Nie chciałeś robić popu, przynajmniej na początku.
Po pierwsze nie dało się, nawet gdybym chciał, bo wtedy rap stanowił totalną niszę. Bez wsparcia radia, bez Internetu i zasięgów, jakie daje. Po drugie pop był wtedy straszny, chcieliśmy być jak najdalej od niego. Pop kojarzył nam się ze sztucznie wykreowanym obrazem, a my chcieliśmy mówić o tym, co naprawdę dzieje się na osiedlu. Ale widzę dużo podobieństw między tym, co robią dzisiejsi raperzy, a Papa Dance. Rap jest dzisiaj tak bardzo komercyjny, że bardziej chyba się nie da.
Myślę jeszcze o jednej sukcesji. Twoje teksty są wyjątkowe pod względem literackim.
Rozumiem, że teraz chodzi o mojego prapradziadka [Stanisława Wyspiańskiego – przyp. red.]? Nigdy nie czuję, że na miejscu jest porównywanie się do niego, stąd raczej unikam tematu. Powiedzmy po prostu, że jako dziesięciolatek czytałem rocznie więcej książek niż teraz. Chłonąłem wszystko i to nie była literatura dziecięca, tylko to, co leżało na półce u ojca i babci. „Zabić drozda” Harpera Lee, „Idiota” Dostojewskiego, „Martwe Dusze” Gogola. Sporo rosyjskiej literatury. Uważam zresztą, że rosyjska literatura jest najlepsza na świecie. „Mistrza i Małgorzatę” czytałem w oryginale, bo jako dzieciak mieszkałem chwilę z mamą w krajach rosyjskojęzycznych i całkiem sprawnie operowałem cyrylicą. Poza tym moja babcia była bardzo elokwentna, a spędzałem z nią mnóstwo czasu. Babcia miała też maszynę do pisania. Siadałem przy niej i pisałem opowiadania. Miałem wtedy jakieś dziesięć, jedenaście lat. To były przygody chłopaka, który w domyśle był kimś takim jak ja, ale ratował dziewczęta z opresji, trochę rozrabiał, po dachach skakał, śmietniki podpalał. Ostatnio sobie przypomniałem, że w podstawówce „otworzyłem” wypożyczalnię komiksów, ale że komiksy były ze Szwecji bądź Holandii, nikt nie rozumiał, o co w nich chodzi. To ja te dymki zamazywałem korektorem i wymyślałem swoje historie. Ludzie myśleli, że to tłumaczenie, a ja po prostu zmyślałem.

fot. Natalia Klimza (@nataliaklimza)
Dobrze się uczyłeś?
Byłem fatalnym uczniem. Przede wszystkim dlatego, że prawie wcale nie chodziłem do szkoły. Mieszkałem ze schorowaną babcią, która mnie specjalnie nie pilnowała. Na pięć wyjść do szkoły docierałem raz. Na koniec roku babcia zawsze musiała iść do dyrektorki i błagać, żeby mnie przepchnęli do kolejnej klasy. Pamiętam, że na koniec pisałem wypracowanie, nawet jeśli tego w szkole nie chcieli. Pisałem, żeby dostać szóstkę i jakoś przejść dalej. Najgorsze było wkuwanie przedmiotów ścisłych, nie umiem się uczyć na pamięć.
Serio? A jak z zapamiętywaniem tekstów?
Też nie jest łatwo. To nie tak, że napiszę coś i od razu pamiętam. Muszę się uczyć, zajmuje mi to czas, chodzę na próby. Masakra.
Zastanawiam się, czy rodzina jakoś reagowała na to, że chcesz zostać raperem?
Wszyscy myśleli, że to taka zabawa, ale ja chyba za wiele im o tym nie mówiłem. W tym czasie już nie mieszkałem z rodzicami. Sam nie podchodziłem do tego na poważnie. Nie myślałem, że rapując z ZIP Składem, zapewnię sobie sławę i bogactwo. Tak zupełnie szczerze, nie wiem, po chuj my to robiliśmy. Chyba tylko dlatego, że bardzo chcieliśmy robić coś razem i lubiliśmy taką muzykę. Potem nagle stało się ważne, że ukaże się płyta, która wyląduje w Empiku, gdzie będziemy mogli ją oglądać na półce. Potem, że teledysk pokażą w Vivie czy MTV. Nagrywasz coś na dyktafon, kolega przegrywa to koledze, a ten posyła to dalej i nagle idę ulicą w śródmieściu, słysząc, że te nasze amatorskie nagrania lecą u kogoś w samochodzie.
Piękne uczucie.
Dziś tak myślę. Wtedy raczej byłem w melanżu i niewiele mnie dotykało. Na pewno robienie muzyki i bycie docenionym przez rynek dało nam poczucie, że to, co robimy, ma jakąś wartość, że to nasze spisywane na straty pokolenie, uboczny produkt transformacji, ma coś do powiedzenia.
Ostatnio słuchałem twojej wypowiedzi z 2005 roku. Mówiłeś, że w hip-hopie jest dramat. Na koncertach garstka ludzi, płyty nie sprzedają się dobrze. Miałeś kiedyś wrażenie, że z hip-hopem to tylko tak na moment, że ta muzyka nie przetrwa?
Chyba nie kreśliłem aż tak czarnych scenariuszy w głowie. Miałem pewne przeczucia i choć nie chcę być czarnowidzem, odnoszę wrażenie, że teraz obserwujemy podobną sytuację. Dobrobyt przed klęską. Wróćmy do tego 2005; mniej więcej wtedy pojawiły się te wszystkie zespoły określane mianem hip-hopolo. Nagle się okazało, że chujowy rap przebija popularnością wszystkich. Z WWO byliśmy na szczycie, a oni stali się od nas popularniejsi. Goście nie wiadomo skąd, robiący beznadziejne kawałki. Przekraczali granicę, której my nie chcieliśmy przekraczać. Tą granicą była popowa estetyka, ale tak pokracznie wyprodukowana. Na krótką metę to się bardzo opłacało, jednak szybko się okazało, że ludzie zalani tym czymś odwrócili się od hip-hopu. Wydaje mi się, że jesteśmy w podobnym momencie.

fot. Natalia Klimza (@nataliaklimza)
Poważnie?
Z tym, że dzisiejsi popowi raperzy, bo tak trzeba ich nazwać, są bez porównania lepsi. Dzisiaj, żeby robić popowy rap, trzeba mieć osobowość, styl. I ja tych popowych raperów totalnie szanuję.Nie jestem zgredem mówiącym, że ta młodzież jest chujowa, że się nie nadaje. Wręcz przeciwnie. Podoba mi się, że chcą być inni, bardziej komercyjni. I tyle.
Całą rozmowę i wszystkie zdjęcia z sesji znajdziecie w numerze drukowanym. Już w sprzedaży!
