O 2020 roku można powiedzieć wiele złego, ale jedną z jego zalet z pewnością była muzyka. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wyszło mnóstwo płyt, które zostaną z nami na dłużej i mimo że siedzieliśmy w domach trochę więcej niż byśmy chcieli – zdecydowanie było czym sobie ten pobyt umilać!
Nasza redakcja ma tę zaletę, że jest różnorodna, także pod względem gustów. Po raz kolejny postanowiliśmy to wykorzystać. Właśnie dlatego zamiast przygotować wam wspólne zestawienie ulubionych albumów 2020 roku według K MAG-a (nigdy byśmy się nie dogadali co do kolejności!), postawiliśmy zaprezentować wam indywidualne listy czwórki największych melomanów w redakcji.
Oto nasze ulubione płyty w 2020 roku!

1. Sufjan Stevens - The Ascension
Za magię, baśniowy klimat, anielskie głosy i zapadające w pamięć melodie. Nieco kosmiczna podróż, podczas której elektronika tańczy z folkiem i indie-rockiem na popowym parkiecie. „The Ascension” to bardzo rozbudowana, pulsująca i uzależniająca muza. Dla mnie zdecydowanie płyta roku i jeden z tych albumów, które zostaną ze mną na długo.
2. Other Lives - For Their Love
Coś jakby ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego filmu, którego akcja rozgrywa się na bezkresach Dzikiego Zachodu. Prawdziwie filmowa aura z korzeniami gdzieś blisko Ennio Morricone, tyle że główną rolę gra tu wzniosły folk rock z romantycznym męskim wokalem. Dla marzycieli.
3. Moses Sumney - Grae
Istna esencja zmysłowości w muzyce! Jeżeli miałbym wybierać podkład gorących nocy we dwoje – „Grae” wygrywa. Uduchowiona, epicka muzyka z wyjątkowym, pięknie zmieniającym barwy głosem gospodarza. A w tle harfy, flety, połamana elektronika, soul, R&B, jazz i dużo, dużo miłosci. Perła.
4. Woodkid - S16
Futurystyczny, wielopoziomowy, pełen wzniosłych emocji powrót Woodkida po 7 latach. Trochę mroczny, chwilami niepokojący, ale jednocześnie otulający i przyprawiający o ciary album z częstym akompaniamentem orkiestry czy dziecięcych chórów. No i ten jego niski, kojący głos. „S16” jawi się niczym wielka produkcja pokroju nowego Bonda.
5. Fiona Apple - Fetch The Bolt Cutters
Na tę płytę czekała cała muzyczna prasa. Fiona od lat jest ulubienicą najważniejszych mediów, z Pitchforkiem na czele (serwis już ogłosił „Fetch The Bolt Cutters” płytą roku). Dla mnie Fiona to przede wszystkim charyzma i ten zadziorny i żywiołowy wokal, który pozostaje w głowie już po pierwszym przesłuchaniu. Do tego muzyczne eksperymenty z samplowanymi odgłosami talerzy, poduszek czy też wykorzystywanie perkusji ze smartfona... Bunt, siła, moc, protest i odwaga! No i dla mnie najważniejszy moment na płycie, czyli piękny soulowy „Heavy Baloon”!


