FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Świat

Kto się boi Carrie Bradshaw? Dlaczego Gen Z odrzuciła ikonę? [OPINIA]

Autor: tadeusznaparapecie
08-04-2026
Kto się boi Carrie Bradshaw? Dlaczego Gen Z odrzuciła ikonę? [OPINIA]
Kto się boi Carrie Bradshaw? Dlaczego Gen Z odrzuciła ikonę? [OPINIA]
fot. materiały prasowe „Sex w wielkim wieście”

I couldn't help but wonder… kiedy dokładnie Carrie Bradshaw przestała być ikoną, a zaczęła być walking red flag?

To nie stało się nagle. To było raczej jak powolne scrollowanie feedu, w którym coś, co kiedyś wydawało się romantyczne, zaczyna po czasie wyglądać podejrzanie.

Weźmy klasykę: „Sex and the City”, sezon trzeci. Carrie, po wielu miłosnych wzlotach i upadkach, wdaje się w romans z Bigiem, który jest, drobny szczegół, żonaty. I nie, to nie jest krótki błąd zamknięty w jednym odcinku. To ciągnie się, komplikuje, wraca jak DM napisany o drugiej w nocy do niewłaściwej osoby.

Dla Millenialsek? Tragic love story. Dla Gen Z? Case study z braku granic.

Albo moment, gdy Carrie dowiaduje się, że Big wraca z Paryża z nową, dwudziestoletnią narzeczoną. Scena, emocje, napięcie — wszystko tam jest. Dziś? Viralowy materiał na rolkę z podpisem: „girl, stand up”. Bo Gen Z nie tylko ogląda Carrie. Gen Z ją komentuje.

Na Instagramie i TikToku krążą setki klipów, w których jej decyzje są rozkładane na czynniki pierwsze z precyzją, której nie powstydziłby się terapeuta po trzeciej kawie. „Dlaczego ona zawsze wraca do niego?” „Czemu ignoruje wszystkie red flagi?” „Dlaczego sabotuje własne szczęście?” Carrie Bradshaw stała się contentem. I to contentem, który aż się prosi o komentarz.

Cancel culture to nic nowego, ale Carrie pochodzi z czasów, gdy czegoś takiego nie było. W Nowym Jorku późnych lat 90. roiło się od paparazzi i artykułów w tabloidach, owszem. Jednak pojedyncze zdjęcia czy teksty w prasie to nie to samo, co miliony użytkowników gotowych do natychmiastowej egzekucji w social mediach.

Zetki mają bardzo dychotomiczne spojrzenie na wszystko. Albo jesteś „iconic”, albo „toxic”. Możesz być clean girl albo messy girl, ale musi to być dokładnie tak, jak chce zbiorowy werdykt, bo inaczej czeka cię spacer po linie. I właśnie przez taką soczewkę patrzą na naszą bohaterkę.

„Carrie Bradshaw może być postacią polaryzującą, ale wciąż pozostaje patronką stylowych, skomplikowanych kobiet. Jeśli Gen Z chce ją skasować, będzie musiała najpierw ją dogonić, a ona wciąż drepce po Nowym Jorku z dziewczynami na dwunastocentymetrowych Jimmy Choo” , podsumowuje Vogue Scandinavia.

Jest coś niemal hipnotyzującego w oglądaniu tych rolek – szybkie cięcia, dramatyczna muzyka, podpisy w stylu: „she had everything and still chose chaos”. Internet nie tylko ją ocenia. Internet ją poprawia. Tworzy alternatywne wersje jej życia, w których podejmuje „lepsze decyzje”, jakby była postacią w symulacji, którą można zoptymalizować.

W świecie Gen Z wszystko musi działać. Relacje mają być zdrowe. Komunikacja – jasna. Emocje – przepracowane. Jeśli coś się psuje, to znaczy, że ktoś zrobił coś źle. A Carrie robi rzeczy źle… konsekwentnie.

Kupuje buty za pieniądze, których nie ma, i jest zaskoczona, że nie stać jej na mieszkanie. Wraca do Biga po tym, jak ten wielokrotnie pokazuje, że nie jest w stanie jej wybrać. Niszczy stabilną relację z Aidanem, bo „coś jej nie gra”, choć wszystko funkcjonuje dokładnie tak, jak powinno.

To nie jest chaos. To pattern.

I właśnie to najbardziej irytuje Zetki. Szybka diagnoza cudzych problemów i jeszcze szybsze rozwiązanie – internetowa egzekucja.

Bo Carrie nie próbuje być lepsza. Nie przechodzi spektakularnej transformacji. Nie daje widzowi katharsis w stylu: „odrobiłam lekcje i już nigdy więcej”. Ona po prostu… jest. Popełnia te same błędy, w różnych konfiguracjach, z różnymi mężczyznami, w różnych butach. Jak prawdziwa osoba.

I może właśnie to jest problem. Gen Z nie chce oglądać niekonsekwentnych ludzi bez wyraźnego powodu. Chce oglądać rozwój. Łuki narracyjne. Świadomość. Nawet jeśli coś się rozpada, powinno przynajmniej prowadzić do jakiegoś wniosku.

Gdy mój feed zalany contentem o „chaotycznej Carrie” próbuje mi wmówić, co powinna zrobić nasza bohaterka, nie odpiszę każdemu z osobna. Odpowiem tutaj:

Nic.

Nic nie powinna, bo wszystko mogła. Carrie nie daje gotowych wniosków. Zadaje pytania. A pytania są niewygodne, zwłaszcza kiedy zaczynają brzmieć znajomo. Łatwo zrobić rolkę o tym, że Carrie powinna była zostawić Biga po pierwszym razie. O wiele trudniej przyznać, ile razy samemu pisało się do kogoś, kto już dawno pokazał, że nie warto. Ile razy ignorowało się własne zasady. „Tym razem może będzie inaczej”, „to nie situationship”, „ja go naprawię” – okej, Bob Budowniczy, powodzenia.

Różnica polega tylko na tym, że Carrie robiła to bez morału na siłę. Bez podpisu. Bez analizy. Bez potrzeby, żeby ktoś ją zrozumiał.

Dziś wszystko musi być nazwane, zaetykietowane, wyjaśnione. Jak pisał Gombrowicz: „Nie byłoby jeszcze takiego wyjaśnienia, jakieby nie było zaćmieniem”. Nie wszystko musi zostać przepracowane. Nawet fikcja. Nawet miłość. Nawet błędy.

I still couldn't help but wonder… czy naprawdę nienawidzimy Carrie Bradshaw? Czy po prostu żyjemy w czasach, w których nie pozwalamy sobie na bycie niedoskonałymi bez natychmiastowej potrzeby naprawy, zmiany, optymalizacji? Może problem nie polega na tym, że była chaotyczna. Tylko na tym, że była chaotyczna bez filtra – i bez przeprosin.

 

 

FacebookInstagramTikTokX