Circoloco, jeden z najbardziej wpływowych projektów w globalnej kulturze klubowej, po raz pierwszy pojawi się w Polsce. 9 maja wydarzenie zawita do Warszawy, wpisując się w międzynarodową sieć edycji obecnych od lat w najważniejszych miastach świata.
Kiedy myślę o Circoloco, myślę o czymś, co już dawno przestało być serią cyklicznych imprez. To marka, która przez lata wykształciła własny język — rozpoznawalny niezależnie od szerokości geograficznej. Wszystko zaczęło się w DC-10 na Ibizie. Poniedziałkowe after-parties przyciągały tych, którzy szukali czegoś poza oczywistym – i właśnie wtedy Circoloco zaczęło budować tożsamość nie przez deklaracje, lecz przez energię i ludzi, którzy ją współtworzyli. Dziś, po ponad dwudziestu pięciu latach, mówimy o globalnej marce opartej na doświadczeniu i społeczności. Z lokalnej sceny bardzo szybko wyrósł format o globalnym zasięgu. Europa, Stany Zjednoczone, Ameryka Południowa, Bliski Wschód, Azja, Australia. Nowy Jork, Miami, Meksyk, Melbourne, Amsterdam, Madryt, Lima – każde z tych miejsc stawało się na moment częścią tego samego kodu.
Fascynuje mnie konsekwencja tego projektu. Niezależnie od miasta, rozpoznaje się tę samą gęstość powietrza – nie tylko muzyki, ale całości doświadczenia: sposobu, w jaki prowadzona jest noc, jak rozkładane jest napięcie, kiedy następuje rozładowanie. Circoloco nie dopasowuje się do miejsca. Buduje swój własny świat i zaprasza do niego ludzi. Za jego tożsamością od lat stoi Antonio Carbonaro – założyciel, który kształtuje kierunek muzyczny i undergroundowy charakter projektu z wyraźną intuicją, a nie wedle rynkowej kalkulacji.
Z czasem Circoloco zaczęło funkcjonować na zupełnie innym poziomie. Dziś działa interdyscyplinarnie, nie tylko na styku muzyki, mody i sztuki wizualnej, ale naturalnie wchodzi w dialog z popkulturą. Współprace z Off-White i adidas Originals ugruntowały pozycję marki poza klubem, a uruchomienie Circoloco Records we współpracy z Rockstar Games otworzyło zupełnie nowy rozdział. To nie jest już klub. To nawet nie jest już wydarzenie. To ekosystem z własnym językiem, estetyką i społecznością, którą rozpoznaje się niezależnie od miejsca na mapie.
Warszawska edycja
Moment, w którym Circoloco trafia do Warszawy, traktuję jako ruch taktyczny, nie kurtuazyjny. Od lat obserwuję, jak Polska zmienia swoją pozycję na wielu rynkach. Coraz więcej międzynarodowych projektów uwzględnia nasz kraj w harmonogramach – nie jako przystanek, lecz jako cel. Publiczność jest świadoma, scena dojrzała, a przestrzenie coraz częściej pozwalają realizować rzeczy wcześniej zarezerwowane dla innych stolic.
Wybór Pałacu Króla Jana III w Wilanowie tylko to potwierdza. To historyczna lokalizacja, która sama w sobie niesie znaczenie i właśnie w takich miejscach Circoloco działa najlepiej. Tam, gdzie nie trzeba budować kontekstu od zera, tylko można wejść w dialog z tym, co już istnieje. Warto też dodać: wydarzenie zainauguruje projekt Let's make them care europejskiego promotora Awake Events – inicjatywę łączącą muzykę z miejscami o szczególnym znaczeniu historycznym i realnym wymiarem społecznym. Część przychodów trafi na ochronę i renowację dziedzictwa kulturowego.
Najlepsi z najlepszych
Patrząc na line-up warszawskiej edycji, nie widzę przypadkowych nazwisk – tylko bardzo świadome zestawienie. Różne pokolenia, różne podejścia do muzyki, jeden wieczór.
Honey Dijon jest tu oczywistym punktem ciężkości. Artystka, która od lat porusza się między sceną klubową a popkulturą w jej najbardziej widocznej formie – wyprodukowała dwa utwory na albumie Renaissance Beyoncé i zdobyła za to Grammy, robiła remiksy dla Madonny, nie tracąc przy tym kontaktu z korzeniami chicagowskiego house'u. Miałam okazję zobaczyć ją na żywo podczas Sziget Festival w 2024 roku. Jej set nie polegał na budowaniu pojedynczych szczytów, lecz na utrzymaniu spójnej energii przez kilka godzin, przy jednoczesnej dbałości o niuans muzyczny. Parkiet tańczył, ale też słuchał.
Carlita wnosi bardziej zmysłowe, narracyjne podejście. Jej sety są rozpisane w czasie, mniej oczywiste. Łączy house i melodic techno z wpływami psychodelii i tureckiego folku, tworząc brzmienie zakorzenione w wielu tradycjach jednocześnie i właśnie dlatego trudne do naśladowania.
Bedouin funkcjonują trochę poza kategorią „duetu klubowego". Tamer Malki i Rami Abousabe – obaj o bliskowschodnich korzeniach, wychowani na Zachodzie, w ciągłym ruchu między kontynentami budują język, który trudno przypisać do jednego miejsca czy sceny. Ich muzyka jest jednocześnie emocjonalna i precyzyjna, co w tej estetyce nie jest oczywistością.
PAWSA operuje charakterystycznym językiem tech house'u z wyraźnymi odwołaniami do oldschoolowego groove'u. Tworzy z myślą o parkiecie: taneczne, ale nigdy oczywiste. Jego sety działają na poziomie detalu – i właśnie dlatego są skuteczne.
Job Jobse wnosi lekkość i emocjonalność. Potrafi przechodzić między euforycznymi, niemal trance'owymi momentami a wolno rozwijającymi się strukturami deep house'u z ogromną swobodą. Buduje sety organicznie, dopasowane do przestrzeni i ludzi.
Prospa reprezentują młodsze pokolenie brytyjskiej elektroniki. Harvey Blumler i Gosha Smith z Leeds wymieniają wśród swoich inspiracji The Chemical Brothers, Daft Punk i The Prodigy, co dobrze tłumaczy ich zamiłowanie zarówno do klubowej energii, jak i do wyrazistej, niemal stadionowej formy. Estetyki mieszają swobodnie, nie pytając o pozwolenie.
I wreszcie Jamback – holenderski DJ-a, wokół którego zaczyna budować się coraz wyraźniejsza publiczność. Wszystko wskazuje, że to jeden z tych artystów, którzy za kilka lat będą w tym samym line-upie, ale już na innej pozycji.
Zjawisko, które trafia we właściwy moment
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej widzę tu pewną konsekwencję. Polska nie jest nowym rynkiem dla takich projektów – ona była na nie gotowa od dawna. Scena rozwijała się latami, często poza głównym obiegiem, ale właśnie dlatego wypracowała własną tożsamość. Publiczność nauczyła się słuchać, nie tylko reagować. Circoloco nie przyjeżdża więc „otwierać" tego miejsca. Wpisuje się w coś, co już dojrzewało.
Pytanie, które pozostaje: czy to jednorazowa wizyta, czy początek regularnej obecności? Bo Warszawa, jak się okazuje, jest cierpliwa, ale nie bezgranicznie.
