Osiem albumów studyjnych, dziesiątki współprac i niezliczone koncerty to część ponad dziesięcioletniej kariery JMSN. Jej najnowszy rozdział, orbitujący wokół zeszłorocznego “it’s only about u if you think it is…” zaprowadził amerykańskiego artystę na Tauron Nowa Muzyka. Już 5 czerwca będziecie mogli sprawdzić, jak weteran R&B sprawdza się w swojej alt-rockowej odsłonie.
To już 14 lat odkąd wydałeś swój pierwszy album, a jeszcze więcej odkąd zacząłeś tworzyć muzykę. Jak bronisz się przed rutyną?
Eksploruję, zachowuję otwartą głowę, cały czas się uczę. Jest jeszcze tyle rzeczy, których nie spróbowałem, które dopiero mogę poznać.
Wydawałeś muzykę pod pseudonimem Pearl, flirtowałeś z wideo – w co jeszcze zaangażuje się JMSN? Masz w zanadrzu kolejne alterego do sprawdzenia nowych kierunków w sztuce?
Tak właściwie to ostatnio myślałem o reaktywacji Pearl. Ale to nic pewnego. Zobaczymy.
Bycie w trasie to duża część Twojej pracy. Możesz nam doradzić jak dbać o dobre nawyki z dala od domu? Chodzi mi o ćwiczenia, ruch, dietę.
Z dietą jest chyba najtrudniej. Staram się wysypiać, kiedy tylko mogę i pić dużo kawy. Kocham kawę.
Jaka jest Twoja ulubiona rozrywka gdy jesteś w trasie?
Zdecydowanie granie koncertów. To dla mnie największa nagroda.
Jakie są Twoje odczucia związane z prowadzeniem wytwórni muzycznej w 2026 roku? Konsumpcja muzyki jest dzisiaj policzalna jak nigdy dotąd, pomaga Ci to w podejmowaniu decyzji i przygotowywaniu kolejnych wydawnictw?
Podejmując decyzje artystyczne nie kieruję się konsumpcją. W pierwszej kolejności domykam proces artystyczny, dopiero potem myślę jak wypuścić to, co stworzyłem.
Który z aspektów muzyki interesuje Cię najbardziej? Fizyczność dźwięku, możliwość poruszania swoich odbiorców, okazja do opowiedzenia swojej historii?
Najbardziej kręci mnie tworzenie. Możliwość posłuchania czegoś nowego, co sam stworzyłem, jest dla mnie uzależniająca. Cała reszta to tylko środek do celu.
fot. Camercon McCoolCzego słuchał szesnastoletni JMSN? Pamiętasz pierwszy album, który kupiłeś/ściągnąłeś z sieci?
Pierwszy album, który kupiłem, to Fugees - „The Score”. To było jeszcze na kasecie (śmieje się). Dorastałem w czasach przed internetem! Ale wkręciłem się w muzykę sporo przed 16. urodzinami.
Pamiętasz swoje pierwsze muzyczne wspomnienie albo pierwszą piosenkę, która naprawdę Cię poruszyła?
Tak, oczywiście. To była Whitney Houston. Głos, energia, jej piękno i uśmiech, cała aura wokół niej. Po prostu wszystko. Niesamowita.
Na Twojej ostatniej płycie znajduje się utwór „Not Good Enough”. Co powiedziałbyś młodym twórcom, którzy wątpią w siebie?
Wszyscy to robimy. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek nie miał chwil zwątpienia. A jeśli ktoś taki istnieje, to chyba jest Jezusem we własnej osobie.
W internecie są setki etykietek, którymi ludzie próbują zdefiniować Twoją muzykę. Która z nich jest Twoim zdaniem najtrafniejsza?
Nie lubię etykietek. Wystarczy JMSN. Tak możecie opisywać moją muzykę.
![JMSN: „Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek nie miał chwil zwątpienia. A jeśli ktoś taki istnieje, to chyba jest Jezusem we własnej osobie” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_JMSN_Click_Bait_Era4_Press_Photo_Credit_Cameron_Mc_Cool_72c52ba8dd.jpg&w=1920&q=80)





