Szpital psychiatryczny bywa w kinie przestrzenią podwójnego uwięzienia. Zamykamy w nim tych, których rzeczywistość wymknęła się spod kontroli, a potem oglądamy, jak ta rzeczywistość wymyka się nam samym. Oriol Paulo stawia pytanie równie przewrotne, co oczywiste: kto właściwie jest tu pacjentem?
Alice Gould, prywatna detektyw grana przez Bárbarę Lennie, zgłasza się dobrowolnie do psychiatrycznej placówki Matki Boskiej od Źródeł w 1979 roku. Oficjalnie cierpi na paranoję. Nieoficjalnie prowadzi śledztwo w sprawie podejrzanej śmierci jednego z pacjentów. Wydaje się, że mamy tu do czynienia ze sprawdzoną formułą: infiltracja instytucji, odkrywanie niewygodnych prawd, triumf racjonalności nad systemem. Paulo demoluje tę naiwność metodycznie i z chirurgiczną precyzją.
Lennie, laureatka nagrody Goya za „Magical Girl”, konstruuje postać wielowarstwową do granic paranoi metafilmowej. Widzimy kontrolę graniczącą z obsesją, pewność siebie pękającą pod ciężarem wątpliwości, inteligencję, która staje się bronią wymierzoną we własny umysł. W scenie konfrontacji z doktorem Alvarem (Eduard Fernández) każda sekunda milczenia znaczy więcej niż dialog – Alice utrzymuje lodowaty spokój, ale w jej oczach pojawia się błysk niepewności. Czy ona rzeczywiście kontroluje narrację, czy tylko chce w to wierzyć?
2 godziny w napięciu
Film trwa 154 minuty. Paulo operuje niemal azjatycką cierpliwością w budowaniu napięcia, pozwalając historii fermentować, zanim eksploduje kolejnym zwrotem akcji. Nie jest to wybór bezpieczny – część widzów narzeka na rozwlekłość, czując się uwięzionymi w psychiatryku równie długo, co Alice. Ale ta rozwlekłość jest konieczna. W kinie psychologicznym czas nie jest przeciwnikiem, lecz narzędziem manipulacji.
Krytycy doceniają finezję konstrukcji fabularnej. LeisureByte nazywa finał:
Nie chodzi o pojedynczy plot twist – Paulo układa je w ciąg domina, gdzie jedno odkrycie natychmiast neguje poprzednie. Film pozostawia pytanie otwarte: czy Alice naprawdę była detektywem, czy urojeniową pacjentką, która potrzebowała wierzyć w istnienie wielkiego spisku?
„Krzywe linie Boga” bazuje na cenionej powieści Torcuato Luca de Teny z 1979 roku, choć adaptacja odbiega od pierwowzoru na tyle znacząco, że fani książki mają prawo czuć się zdradzeni. Reżyser dokonał istotnych zmian – część postaci zniknęła, sama sprawa kryminalna przeszła metamorfozę. Ale dla kogoś, kto nie zna oryginału, hiszpańska produkcja Netflixa działa jak wzmacniacz lęku.
Warto, ale nie trzeba
Paulo wypracował sobie markę reżysera, który z przekonaniem odrzuca linearność narracji. „Niewidzialny gość” zebrał ponad 31 milionów dolarów na świecie przy budżecie 4 milionów euro i doczekał się sześciu remake'ów. Tu mechanizm działa podobnie: rzeczywistość rozsypuje się na fragmenty, a my jako widzowie zbieramy je w przekonaniu, że ułożymy obraz – tymczasem Paulo zmienia reguły gry w trakcie rozgrywki.
Czy „Krzywe linie Boga” jest dziełem doskonałym? Nie. 77 procent na Rotten Tomatoes ze strony krytyków i 79 procent od widzów mówi samo za siebie – to film polaryzujący. Jedni widzą w nim arcydzieło gatunku, inni – pretensjonalną zagadkę przeciągniętą o godzinę. Ale właśnie w tej niejednoznaczności tkwi jego siła.

![Jak rozpoznać szaleństwo? Hiszpański thriller podbija Netflix [TRAILER]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F68f8d3bfe77fec7f1dd31117%2FGods-crooked-lines-6%40wegotthiscovered.jpg.webp&w=1920&q=60)
