Ledger przygotowywał się do roli przez miesiące, zamykając się w pokoju hotelowym z notatnikiem, który nazwał "dziennikiem Jokera". Pisał tam jako postać, szkicował makijaż, notował sposoby mówienia. Nolan dał mu swobodę improwizacji – scena, w której Joker oklaskuje Gordona po awansie, była spontanicznym pomysłem aktora. Ledger budował postać metodą, która nie miała nic wspólnego z method acting w rozumieniu Strasbrega – to była raczej metoda destrukcji, rozmontowywania własnej osobowości, by zrobić miejsce dla kogoś, kto nie powinien istnieć.
Kiedy Ledger zmarł w styczniu 2008 roku, na pół roku przed premierą filmu, media natychmiast zbudowały narrację o roli, która zabiła aktora. To oczywiście uproszczenie – Ledger miał problemy z bezsennością i lekami na długo przed Jokerem – ale coś w tej kreacji rzeczywiście było autodestrukcyjne. Nie sposób oglądać sceny przesłuchania, w której Joker pozwala Batmanowi się bić, i nie widzieć aktora, który gra kogoś, kto znalazł ukojenie w chaosie. Ledger nie grał szaleństwa – grał uwolnienie od konieczności bycia zdrowym na umyśle.