Gdy czytamy o historii popularnego zespołu, naszym oczom ukazują się fabularyzowane biografie, fora dyskusyjne, na których fani omawiają konkretne wątki, i pełne narracji opowieści. Gdy zaś chcemy zagłębić się w genealogię własnej rodziny, widzimy imiona, daty i zdjęcia, których kontekstu możemy się tylko domyślać.
O ile nikt w naszej rodzinie nie poświęcił wielu godzin na uporządkowanie archiwów, szanse na to, że historia naszej rodziny, a nawet regionu, będzie klarowna, są niewielkie. Najwięcej są nam w stanie powiedzieć kościelne księgi – to w nich zapisane są chrzty, śluby i zgony – będące często jedynymi wskazówkami co do połączeń między przodkami. Choć dziś część tych danych jest już zdigitalizowana i dostępna online, to wciąż żmudna praca.
Jeśli więc nie należymy do szczęściarzy, którym historię rodziny przekazali dziadkowie, wujkowie, ciotki czy rodzice, możemy już nigdy nie dobrnąć do faktów, które przecież składają się na naszą tożsamość. A badania dowodzą, że fakty te nie są bez znaczenia.
Psycholożka Robyn Fivush i psycholog Marshall Duke z Emory University opracowali test „Do You Know?” – dwadzieścia pytań sprawdzających, ile dziecko wie o historii swojej rodziny i odkryli, że im więcej dzieci wiedziały, tym miały wyższą samoocenę, większe poczucie kontroli nad własnym życiem, niższy poziom lęku i mniej problemów behawioralnych. Pewność ta nie wynikała jednak z pełnych dumy historii, w których przodkowie są święci, lecz z narracji oscylacyjnej – opowieści, w której obok sukcesów pojawiają się też porażki i sposoby, w jakie rodzina sobie z nimi poradziła.
Traktowanie genealogii wyłącznie jako zbioru dat i nazwisk nie pomaga w poszukiwaniu tej tożsamości. Ogrom zdjęć, na których nie rozpoznajemy ani jednej twarzy, budzi w nas przekonanie, że musimy odtworzyć linię genealogiczną aż do XV wieku, żeby poczuć jakąkolwiek więź. Tymczasem do zbudowania połączenia wystarczy jedna nitka – historia czy postać – dzięki której zamiast patrzeć na przodków jak na karty w archiwum, spojrzymy na nich jak na ludzi. I tą nitką nie musi być wcale przodek sprzed wieków – równie dobrze może nią być ktoś, kogo jeszcze pamiętamy: babcia, dziadek czy inna bliska osoba, z którą nigdy nie zdążyliśmy porozmawiać o tym, co naprawdę przeżyła.
Z popkulturą jest łatwiej. Wyidealizowane postaci, których życia widzimy w konkretnych ramach, zaprojektowane są tak, żeby łatwo można było je śledzić. Satysfakcja, jaką czujemy, konsumując tak zaprojektowane media, w połączeniu z technologicznymi narzędziami dającymi dostęp do najgorętszych plotek o ulubionej gwieździe wszędzie i zawsze, daje popkulturze wyraźną przewagę nad rodzinną historią, która takiego dostępu i takiej narracyjnej otoczki nie ma.
Dodatkowo, w przeciwieństwie do idealizującej gwiazdy popkultury historia rodzinna nie zawsze zgrywa się z tym, co powszechnie uznawane jest za bohaterskie – zwłaszcza w polskich i środkowoeuropejskich rodzinach, których losy XX wiek podzielił na wiele sprzecznych ze sobą stron. Dziadek w Wehrmachcie, wujek w wojskach Armii Czerwonej i babcia, która donosiła na sąsiadów, to nie są wątki, którymi chce się później chwalić.
O celebrytach łatwo pogadać
Branża związana z celebrytami – plotki, product placement, marketing influencerski – to dziś rynek wart globalnie dziesiątki miliardów dolarów rocznie i wciąż rosnący. Te pieniądze nie biorą się znikąd – celebrytów śledzą przecież miliony. Czy może więc istnieć łatwiejszy i lżejszy temat do rozmowy? W pracy, na uczelni, a nawet na poczcie, widząc kątem oka na czyimś telefonie post ulubionego celebryty, możemy nawiązać niezobowiązującą interakcję. Z historią rodziny trudno postąpić analogicznie.
A jednak zainteresowanie własnymi korzeniami wcale nie zanika – wręcz przeciwnie. Globalny rynek produktów i usług genealogicznych, obejmujący testy DNA i cyfrowe archiwa, wyceniano w 2024 roku na 6,6 miliarda dolarów, z prognozą wzrostu do ponad 16 miliardów dolarów do 2032 roku, a sama baza AncestryDNA liczy już ponad 20 milionów przebadanych osób. Problemem nie jest więc brak zainteresowania – tylko brak narracyjnego „opakowania”, jakie popkultura ma od dawna.









![Jak algorytmy nas radykalizują? [EKSPERYMENT]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_lesli_whitecotton_eet_z_Tuy_WI_unsplash_ca06db5b93.jpg&w=1920&q=75)
