Pierwsze sygnały debiutu Jonathana Andersona dla domu mody Dior pojawiły się jeszcze przed oficjalnym pokazem kolekcji damskiej – najpierw podczas sezonu SS26 menswear, a potem w stylizacjach celebrytach, m.in. u Sabriny Carpenter. To wtedy marka rozesłała zaproszenia w formie artystycznych talerzy z jajkiem na twardo. Absurd? Może. Jednak internet oszalał, a Dior nagle stał się viralem i to w najlepszym możliwym sensie. Chwilę później reinterpretacja New Looku pojawiła się na czerwonym dywanie i to w wersji dziecięcej: syn Rihanny i A$AP Rocky’ego wystąpił w niej na premierze filmu „Smerfy”. To nie była klasyczna strategia marketingowa, ale właśnie dlatego zadziałała. Anderson doskonale rozumie, że współczesna moda musi funkcjonować nie tylko na wybiegu, ale przede wszystkim poza nim.
Trzeba też podkreślić, że Anderson nie zaczyna tu od zera. Ciąży na nim ogromna presja, bo projektuje dla Diora i równolegle prowadzi własną markę. Dziesięć kolekcji rocznie to tempo nie do wyobrażenia dla większości projektantów, ale on wygląda, jakby ta intensywność tylko dodawała mu mocy. I dokładnie to było widać w jego debiucie dla Diora.
Anderson to twórca, który patrzy w przeszłość, myśli o przyszłości, a tworzy tu i teraz. Nie interesuje go romantyczne odtwarzanie archiwów, on je przepisuje na nowo tak, żeby mówiły językiem współczesności. Kobieta, dla której projektuje, jest zmienna. Nie trzyma się jednego stylu. Jednego dnia wygląda jak arystokratka z XVIII wieku, drugiego wybiera wygodę i nowoczesność. Traktuje życie jak scenę, a garderoba jest jej systemem scenicznych transformacji.
Cała kolekcja była podróżą przez historię Diora – od czasów samego założyciela po dziś. Pokaz otworzył dokument Adama Curtisa, w którym archiwa marki przeplatały się z estetyką starych horrorów. „Czy odważysz się wejść do domu Diora?” – pytał głos w filmie. My weszliśmy. I nie wyszliśmy tacy sami.
To nie była tylko ładna, współczesna reinterpretacja klasyków. To była gra proporcjami, która ma sens. Skrócone spódnice Bar, niby Dior, ale jednak coś zupełnie innego. Motywy kwiatów i kokard, nie na przodzie, ale z tyłu, jak sekret. Właśnie za to kochamy Andersona: potrafi sprawić, że historia wygląda świeżo, bez krzyku i bez desperackiego „patrzcie na mnie i moją kreatywność”.