Jeszcze przed wydaniem debiutanckiej płyty Pola Rise wyruszyła w trasę koncertową po świecie. Jest jedną z najciekawszych alternatywnych wokalistek. Dotychczas nagrywała wyłącznie po angielsku, lecz wraz z nowym albumem postanowiła obnażyć swoją duszę przed słuchaczami oraz zmierzyć się z kwestią samotności i zdrowia psychicznego.
Jak to wszystko się u ciebie zaczęło?
Pamiętam pierwsze koncerty, które organizowałam. Scenę stanowiła kanapa, a publiczność moja babcia. Mój repertuar nie był mocno przemyślany, jako czterolatka wyśpiewywałam na cały głos: „Pościel jeszcze pachnie ogniem naszych ciał” [śmiech]. Jakiś czas później dostałam zabawkowy keyboard na Gwiazdkę. Już wtedy wiedziałam, że nawet bezmyślne uderzanie w klawisze sprawia mi ogromną przyjemność. W wieku ośmiu lat odkryłam Nirvanę, płytę „MTV Unplugged in New York” i przepadłam zupełnie. Potem zostałam w tych klimatach, czyli Mad Season, Alice in Chains… Gdy byłam nastolatką, z moim ówczesnym chłopakiem założyliśmy nasz pierwszy zespół.
Czego jeszcze słuchałaś, dorastając?
Jako dziecko byłam fanką Alanis Morissette i grunge’owych zespołów. W okresie dorastania mój gust skręcił w nieco innym kierunku, natomiast zawsze bardzo lubiłam odkrywać nowe, nieznane rejony muzyczne. Kiedyś nie mieliśmy takich narzędzi, jakie są dostępne teraz. Trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby znaleźć coś mniej popularnego, niepromowanego w mediach.
Czyli muzyka płynęła w twoich żyłach od samego początku.
Z pewnością. To był mój sposób radzenia sobie z trudnymi emocjami. Zawsze trzymałam się bliżej alternatywy. Nie chciałam być taka jak wszyscy, lubiłam się wyróżniać. Bardzo długo jednak nie traktowałam muzyki jako jedynej drogi czy sposobu na życie. Nawet w 2014 roku, gdy wydałam pierwszy singiel „Away” z Manoidem. To miało być moje hobby, ale rozrosło się na tyle, że postanowiłam skupić się na tworzeniu. Rzuciłam pracę miesiąc przed premierą debiutanckiego krążka. Z perspektywy czasu myślę, że moja potrzeba „planu B” wynikała również z tego, że nie byłam pewna, czy to, co robię artystycznie, jest dobre i wartościowe.
Branża ciepło was przyjęła.
Po EP-ce bardzo dużo ludzi zaczęło się do nas odzywać. Powstał nawet fanclub w Brazylii, który wciąż istnieje. Mają grupę na Facebooku, gdzie piszą, że nie rozumieją moich nowych piosenek. Zagraliśmy wówczas mnóstwo koncertów, od Korei, przez Sardynię, po Wielką Brytanię.
To prawda, że poznałaś Björk?
Graliśmy na Islandii w klubie, w którym dzień wcześniej Björk obchodziła swoje pięćdziesiąte urodziny. Organizator chciał pokazać nam salę, ale odbywała się w niej prywatna impreza, musieliśmy więc wślizgnąć się niepostrzeżenie. Okazało się, że były to urodziny Björk. Wstydziłam się zagadać, więc Manoid wziął sprawy w swoje ręce i podarował jej nasz album. Spędziliśmy razem noc na mieście i widziałam, że dumnie nosiła pod pachą mój winyl, ale nie mamy się w znajomych na Facebooku [śmiech].
Pola Rise, fot. Caroline GrzelakJak wspominasz występowanie dla tak różnych publiczności?
Mieliśmy taki tydzień, że w środę graliśmy w Wiedniu, w sobotę w Seulu, a potem w Cagliari na Sardynii. W Wiedniu mieliśmy showcase, więc było dość sztywno i wszyscy stali z założonymi rękami. W Korei za to przyszło wielu ludzi, ale szalenie niespodziewane było to, że nikt nie reagował. Mówiłam do nich, a oni nic! Byłam przekonana, że im się nie podoba, a okazało się, że oni po prostu tak mają. Potem zobaczyłam mnóstwo relacji w sieci i dostałam wiele pozytywnych wiadomości oraz komentarzy. Wszystko za pośrednictwem mediów społecznościowych, nic na żywo. Ostatnie były Włochy. Przez pierwsze trzy numery czułam się bardzo zestresowana, bo Włosi wydawali się dość nieufni. W końcu się rozkręciło. Krzyczeli, że mnie kochają, tańczyli i wykupili wszystkie płyty, które udało nam się zabrać ze sobą na ten koncert.
Który wyjazd zapadł ci najbardziej w pamięć?
Przygoda w Walii. Manoid zapomniał jakiegoś kabla i mało brakowało, abyśmy w ogóle nie zagrali. Spóźniliśmy się ze dwadzieścia minut, podczas gdy nasz slot trwał pół godziny. Organizator był wściekły. Powiedział, że gramy ostatni numer, więc graliśmy go przez dwadzieścia minut. Innym razem graliśmy tuż przed GusGus na festiwalu na Litwie. Tam mogliśmy poczuć się jak prawdziwe gwiazdy. Mieliśmy super obsługę, dużą scenę. Super czas. Raz spaliśmy na podłodze, bo nie było warunków ani pieniędzy, innym razem obsługa donosiła nam herbatkę w obawie, że zmarzniemy.
Kiedyś wspomniałaś, że z perspektywy czasu bardzo krytycznie patrzysz na swoją EP-kę. Nadal tak masz?
Uwielbiam to wydawnictwo. Pewnie można było bardziej je dopracować, ale to normalne, gdy robi się coś po raz pierwszy. Wtedy nie miałam menedżera ani wytwórni, działałam bardzo intuicyjnie. Dziś chyba nic bym nie zmieniła. Te utwory mają w sobie pewną lekkość, naiwność. Pisząc, nie zastanawiałam się, jak ktoś je odbierze ani jak powinny wybrzmieć. Po prostu robiłam swoje. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Mam większą świadomość podczas tworzenia.
Masz wobec siebie wysokie wymagania?
Tak, to cecha, która bardzo utrudnia mi życie. Moje wysokie wymagania wpędziły mnie w stan, o którym opowiadam na „Hikikomori”. Płyta „Anywhere But Here” stanowiła dla mnie duże wyzwanie, bo chciałam, żeby była lepsza niż EP-ka. Obawiałam się, że to będzie mój pierwszy i ostatni longplay. Po premierze dostaliśmy super recenzje, a nawet nominację do Fryderyków, i miałam wiele powodów do radości. Z jakiejś przyczyny jednak wydawało mi się, że nie spełniłam oczekiwań. Miałam poczucie, że to wciąż za mało, czułam się winna. Wydawało mi się, że mogłam zrobić więcej dla tej płyty. Biczowałam się w poczuciu, że inni dużo lepiej radzą sobie z życiem. Wrzucają uśmiechnięte zdjęcia na Instagram, a ja leżę i nie wiem, co ze sobą zrobić. Czułam, że jestem niewystarczająca, aby zostać zaakceptowana. Nadal się z tym mierzę. Ten schemat emocjonalny cały czas do mnie wraca.
W szkole też tak miałaś?
Kompletnie nie! Byłam straszną kombinatorką. Inicjowałam przypały, chodziłam na wagary, lecz mimo to miałam dobre oceny. Wszystko łatwo mi przychodziło. Jednak już jakiś czas temu zastanawiałam się, dlaczego mam wobec siebie tak wysokie standardy. Rozmawiałam o tym na terapii. Teraz sądzę, że za bardzo zależy mi na muzyce, a tu niestety nic nie przychodzi samo. Wszystko jest wynikiem ciężkiej i długiej pracy.
Pola Rise, fot. Caroline GrzelakNa „Hikikomori” śpiewasz po polsku, przed czym długo się wzbraniałaś. Dlaczego właśnie teraz?
Kiedyś próbowałam, ale zdecydowanie łatwiej pisało mi się po angielsku. Po „Anywhere But Here” znowu rzuciłam się w wir pracy i chciałam z marszu nagrać kolejną płytę. W pewnym momencie poczułam, że się powtarzam. Nie sprawiało mi to frajdy. Potrzebowałam wyzwań, dlatego postanowiłam zmierzyć się z pisaniem po polsku. Gdy już się przestawiłam, jakoś poszło. Zauważyłam też różnicę na koncertach – łatwiej było mi nawiązać kontakt z publiką, gdy śpiewałam po polsku.
Kiedy postanowiłaś pójść o krok dalej i zmierzyć się z tematem samotności?
Na początku nie zakładałam, że te piosenki w ogóle zostaną opublikowane. Założenie było takie, że muszę się otworzyć, podjąć jakąkolwiek próbę stworzenia czegoś. Nie cenzurowałam tych tekstów nawet przed sobą. Gdybym pisała je z myślą o płycie, wyglądałyby zapewne inaczej. Wyszło bardzo intymnie i bezpośrednio. Moja koleżanka, psycholożka, stwierdziła, że to bardzo odważne, i zapytała, czy na pewno dam radę opowiadać o tym z perspektywy własnych doświadczeń. Okazało się, że opowiadanie przychodzi mi dość lekko. Mało tego, myślę, że nawet pomaga i działa na podobnej zasadzie, co terapia. Żyjemy w takich czasach, że każdy powinien być w terapii. Pandemia i samotność to jedno. Inną sprawą jest siedzenie w restauracji i zerkanie co chwilę na telefon, przez co nie jesteśmy w stanie nawiązać głębszej relacji z drugą osobą. Wszystko jest powierzchowne. Mamy tysiące znajomych na Facebooku, ale gdy coś się dzieje, często nie mamy do kogo zwrócić się o pomoc. Na „Hikikomori” mówię nie tylko o samotności, ale także o tych dziwnych czasach, w których przyszło nam żyć. Nie mamy poczucia bezpieczeństwa, a ponadto zewsząd otacza nas presja sukcesu nakręcana przez media społecznościowe. Bardzo łatwo temu ulec i w konsekwencji odpaść z wyścigu.
Pamiętasz, gdy zauważyłaś, że nie radzisz sobie z socjalami?
Czułam się źle i na poprawę humoru wrzucałam jakieś stare zdjęcia z wakacji. Myślałam, że pomoże mi, jeśli dostanę milion polubień. Na zdjęciach byłam uśmiechnięta i szczęśliwa, podczas gdy w rzeczywistości leżałam zdołowana w łóżku. Już wtedy czułam, że oszukuję. To był okres, gdy udawałam, że wszystko jest super. Pamiętam, jak któregoś dnia weszłam na swój profil na Instagramie, i pomyślałam, że nie polubiłabym tej osoby. Usunęłam wiec wszystko i wróciłam dopiero przy promocji tej płyty. Wiem, że z jakiegoś powodu ludzie lubią patrzeć, jak pijesz herbatę czy jesz jajko na miękko, ale to nie dla mnie. Chcę, aby to było moje narzędzie do opowiadania historii, a nie dzielenia się rzeczami, które nie są istotne.
Czujesz się już lepiej?
Zdecydowanie. Nadal jednak zdarza mi się mieć poczucie, że robię za mało. Wszyscy temu ulegamy. Mnie jest o tyle trudno, że od wielu lat moje życie kręci się wokół pracy. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że od nakręcenia pierwszego klipu nie miałam ani jednego wolnego weekendu. Cały czas pracuję. Najpierw chciałam przygotować wszystko wcześniej, żeby później mieć wolne, po czym i tak wypełniałam czas różnymi aktywnościami zawodowymi i kolejnymi szalonymi pomysłami.
Jak natknęłaś się na pojęcie Hikikomori?
Znalazłam je dopiero po napisaniu piosenek. Próbowałam zrozumieć, co mi dolega. Szukałam artykułów na temat fobii społecznych i wycofania z życia społecznego. Gdy wybraliśmy utwory, uznałam, że to pojęcie odpowiada na pytanie, o czym jest ta płyta.
fot. Caroline GrzelakW książce o tym samym tytule pokazujesz różne oblicza samotności.
Głównym założeniem książki było pokazanie, że zaburzenia, o których opowiadam na płycie, to nie tylko moja historia. Chciałam pokazać te problemy i zmagania z perspektywy zupełnie różnych bohaterów. Mnie samej pomogła świadomość, że nie jest wcale tak, że jestem słaba i niewystarczająca – po prostu każdy z nas czasem tak ma. To pewien moment czy etap w życiu. Oczywista oczywistość, ale zrozumienie tego często wymaga wiele wysiłku i czasu. Dlatego niektóre opowiadania mają otwarte zakończenie. Chciałam pokazać, że nie zawsze wszystko pięknie się kończy. Czasem nasza sytuacja poprawia się na chwilę, ale potem dzieje się coś, co znowu wpędza nas w czarną dziurę. To momenty, które trzeba przetrwać i przeczekać. Zaraz będzie dobrze.
Często skupiasz się również na odmienności.
Każda inność jest wartością dodatnią. Aby to pokazać, stworzyłam świat ludzi pozbawionych włosów, w którym jestem jedynym „uwłosionym” odmieńcem. Mam poczucie, że dużo mówi się o tolerancji, ale wystarczy być nadwrażliwym, by otrzymać łatkę dziwaka. Na przykład możesz oberwać za to, że nie biegniesz w wyścigu szczurów, który wszyscy regularnie uprawiamy.
W twojej nowej erze sporą rolę odgrywa strona wizualna. Jaką historię chciałaś opowiedzieć?
To droga osoby zagubionej, która spędza życie w poplamionej bluzie i nie potrafi poradzić sobie z przytłaczającą rzeczywistością, do kogoś, kto buduje swoją siłę na doświadczeniu i porażkach, które go spotkały. Właściwie każdy z elementów projektu Hikikomori może istnieć niezależnie. Poprzez zdjęcia i teledyski można tę historię bez problemu odczytać. Motywem przewodnim całości są włosy. W mojej historii rosnące włosy są odbiciem upływającego czasu. Zarówno zdjęcia, jak i teledyski są przepełnione symboliką. W pierwszym klipie jestem łysa, co pokazuje chęć dopasowania się do ogółu. Możesz udawać kogoś, kim nie jesteś, ale twoje włosy kiedyś zaczną odrastać. Nie da się tego ukryć na zawsze.
W erze „Hikikomori” zaprosiłaś też słuchaczy do metawersum.
Osoby mające poczucie lęku, stany depresyjne, niższe samopoczucie czy fobie społeczne nie zawsze chcą wychodzić z domu czy na imprezy. Ludzie potrzebują wirtualnych wrażeń. Z okazji premiery „Wytrzymam” stworzyliśmy wirtualną galerię z wypowiedziami twórców i aktorów, do której każdy mógł wejść. Powstaje też galeria Hikikomori w metawersum, gdzie będzie można zobaczyć cały materiał, jaki powstał wokół tej ery. Będzie tam też kącik psychologiczny z informacjami, jak można sobie radzić z różnymi zaburzeniami, gdzie szukać pomocy i do jakich fundacji się zwrócić. Terapia i pomoc psychiczna nie są w Polsce powszechnie dostępne i wydaje mi się, że ta warstwa edukacyjna jest szalenie ważną częścią mojej działalności.
Gdy zaczynała się dyskusja na temat metawersum, wszyscy traktowali je jako ciekawostkę dla bogaczy. Ty zwracasz uwagę na zupełnie inny wymiar tego zjawiska.
Może nie jest to sposób na budowanie więzi i zaspokajanie potrzeb, ale jest to coś, co może pomóc. Czytając o Hikikomori, dowiedziałam się, że wiele dzieciaków w ten sposób zaspokaja swoje potrzeby społeczne. Pandemia pokazała nam, że jesteśmy w stanie przerzucić czynności do świata wirtualnego i normalnie funkcjonować. Oczywiście należy zachowywać balans.
A jak zapatrujesz się na rozwój sztucznej inteligencji?
Jaram się tym. Lubię śledzić nowinki technologiczne. Gdy pojawiały się nowe narzędzia, spędzałam w nich mnóstwo godzin. Sztuczna inteligencje bardzo poszerza nasze możliwości tworzenia. Wiążą się z tym różne zagrożenia, ale myślę, że w ogólnym rozrachunku AI sporo nam ułatwi. Na przykład mogłaby ułatwić pracę nad postprodukcją. Zrobienie odrastających włosów w klipie zajęło nam sześć miesięcy. Nikt nie chciał się tego podjąć. Dziś może byłoby to możliwe dzięki trzem kliknięciom i kilku promptom.
Pola Rise, fot. Caroline Grzelakfoto photo Caroline Grzelak
stylizacja styling Paulina Jaworska
makijaż make-up Kornel Kowalski
włosy hair Krzysztof Sierpiński
asystentka stylistki stylist’s assistant Hania Rędzia
asystent światła light assistant Bazyli Czern / Zachód Studio
![[Z archiwum K MAG] „Wystarczy być nadwrażliwym, by otrzymać łatkę dziwaka” – wywiad z Polą Rise](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_1_a23e1f70e2.jpg&w=1920&q=80)