Laureat Moskita K MAG-a 2025 w kategorii Sztuka – Jędrzej Bieńko wychodzi poza klasyczne rozumienie malarstwa – interesuje go nie tylko obraz, ale też to, jak i gdzie zaczyna on działać. Tworząc instalacje site-specific, w których malarstwo burzy przyjęte normy akademickie, wytwarza przestrzeń, która staje się wytrychem do naszej wyobraźni. W tym procesie widz staje się spadkobiercą. To wizja, której nie było albo której po prostu bardzo brakowało.
Malarstwo nie było twoim pierwszym wyborem akademickim, zdecydowałeś się bowiem studiować architekturę…
Tak, sam wybór studiowania architektury podjąłem już pod koniec gimnazjum, a wziął się z chęci budowania skateparków. Całe dzieciństwo jeździłem na deskorolce. W miejscowości, w której mieszkałem, pewnego razu, nasz skatepark zaczął się po prostu rozpadać i właśnie wtedy pomyślałem, że chciałbym to zmienić. Dlatego zacząłem się przygotowywać do tych studiów.
Czy twoje malarstwo też jest dla ciebie jakiegoś rodzaju naprawą rzeczywistości albo misyjnością?
Bardzo mocno. Tak samo jak wtedy, kiedy myślałem o skutku w przypadku budowania skateparków, które będą służyły latami i będą spełniały wymogi osób korzystających z nich, tak teraz malując, bardzo mocno myślę o odbiorcy. W głównej mierze, oprócz osobistych doświadczeń, które się dzieją i dla których maluję, stawiam sobie jako cel wpłynięcie bezpośrednio na odbiorcę tym, co maluję. Czyli myślę od samego początku procesu o tym, żeby obraz był w stanie współistnieć z osobą, która go zobaczy, a nie tylko ze mną, tutaj, zamkniętym w mojej pracowni.
Czy twoim zdaniem sztuka powinna być zaangażowana politycznie?
Wydaje mi się, że każda sztuka jest w pewnym sensie zaangażowana politycznie właśnie przez to, że powstaje we współczesności. Niezależnie od tego, czy ktoś opisuje swoje bezpośrednie przeżycia, czy próbuje się od nich zdystansować, sam fakt tworzenia w określonym czasie nadaje temu wymiar polityczny. Nieważne, co się tworzy — zawsze będzie to miało odniesienie do polityczności, ponieważ powstaje w konkretnym kontekście historycznym. Interpretacje i schematy, które przychodzą nam do głowy, wynikają z życia codziennego, a to z kolei wiąże się z polityką.
Jak wygląda Twój proces twórczy?
Większość moich obrazów zaczyna się w mojej wyobraźni. Zazwyczaj w bardzo losowych porach dnia lub nocy. Następnie szkicuję je i później przerzucam na płótno. Ale wyobraźnia sama w sobie też jest budowana na codzienności, na naszych przeżyciach, na tym, czym się otaczamy. To, w jaki sposób ja tę wyobraźnię napędzam i w jaki sposób ona pracuje, jest też mocno związane z sytuacją chociażby polityczną. Więc w sumie wszystko, co się dzieje we mnie i dookoła mnie, jest na tych obrazach.
A jak wygląda twoja codzienność?
Przed wystawami zazwyczaj jest bardzo intensywnie i nie robię nic poza siedzeniem w pracowni i malowaniem. Jeśli nie mam wystawy, to i tak jestem w pracowni praktycznie codziennie, ale nie pracuję już tak intensywnie. Żyję, mam różne zainteresowania poza malowaniem, ale chcę poświęcać się malarstwu, żeby po prostu być w tym non stop. Najlepsze przed wystawami jest to, że tak mocno wchodzę w ten proces, że to wszystko dzieje się samo – i jeśli odpowiednio rozpędzę myślenie o obrazie, to bycie w tym wychodzi dużo bardziej naturalnie. Ale co jest też ważne dla mnie – to żeby w tych mniej pracowitych okresach dbać o to, co wytworzy się w trakcie tych intensywnych chwil, w których muszę dużo pracować. Wydaje mi się, że myślenie o obrazie dwadzieścia cztery godziny na dobę jest najlepszą rzeczą, którą mogę dla siebie robić, bo wtedy odcinam się od życia codziennego – przez poświęcenie dla samego obrazu – i mogę najwięcej zdziałać.
Kiedyś natknąłem się na zdanie Wojaczka, który pisał o samotności. Uważał, że jest ona strasznie niebezpieczna, ponieważ jest kusząca. Zostawia nas samych ze sobą. Czy ty miałeś takie chwile, kiedy czułeś, że pochłania cię samotność?
Tak, samotność jest nieunikniona. Zwłaszcza że w pracowni, w której siedzimy, nie mam nawet lustra. Widzę tu tylko moje obrazy.
Powiedziałeś kiedyś, że malarz musi pogodzić się z samotnością.
Tak, to prawda. Co ciekawe, kiedy mam takie okresy, w których siedzę od rana do wieczora w pracowni bez obecności drugiego człowieka, a potem wychodzę na ruchliwą ulicę, gdzie ludzi jest zazwyczaj dużo, czasami nie wiem, co się dzieje, gdy widzę ich tłum. W pewnym sensie wydaje mi się nienaturalne, że ktoś jeszcze jest obok mnie.
Malując i przebywając w pracowni, w świecie wytworzonym na potrzeby malarstwa, odcinam się kompletnie od otoczenia i innych ludzi.
To dość dziwne uczucie, ale wtedy wiem, że czas spędzony w pracowni był naprawdę dobry. Wydaje mi się, że w procesie twórczym właśnie o to chodzi – żeby podczas malowania nie kalkulować i być w zupełnie innym świecie. Kiedy obrazy opuszczają pracownię, wracam do rzeczywistości. Będąc z nimi sam na sam, żyję w świecie całkowicie osobnym. To odrealnienie, ta ucieczka od innych ludzi – to właśnie samotność, bez której nie jestem w stanie malować.
Myślisz, że te stany mają wpływ na to, co malujesz?
Myślę, że mają ogromny wpływ, bo to właśnie one mnie napędzają. Są dla mnie kolejnym sensem dla samego malowania. Wyodrębnienie ich i próba przekazania tego poczucia odbiorcy to jedna z przyczyn, dla których maluję. Dla mnie w twórczości najważniejsza jest szczerość. Ważne, żeby moje malarstwo wychodziło bezpośrednio ze mnie.
Kiedy próbowałem sobie zdefiniować twoje prace, pierwsze, co pomyślałem, to że idealnie potrafisz namalować pustkę.
O tak, zgadzam się z tym.
Miriam Cahn ukształtowała cię jako twórcę?
Nie wiem, czy ukształtowała mnie jako twórcę, ale na pewno zmieniła mój kierunek życiowy.
A kto ukształtował cię jako człowieka?
Moi rodzice. Moi wspaniali rodzice.
Pochodzisz z Sochaczewa, mieszkasz aktualnie w Warszawie. Twoja przeprowadzka miała wpływ na twoją twórczość?
Wydaje mi się, że to wszystko właśnie po części doprowadziło do chęci ucieczki i zabunkrowania się w pracowni. Ten hałas, ludzie, stolica Polski, dużo tutaj się dzieje. Wydaje mi się, że też w pewnym sensie to sprawiło, że jeszcze więcej czasu wolałem spędzać z samym sobą i z obrazem. Nie wiem, czy moje obrazy wyglądałyby tak samo, gdybym się nie przeprowadził do Warszawy, mieszkał w Sochaczewie. Tam codzienność jest dużo spokojniejsza.
Jednym z powodów i celów moich prac jest danie spokoju odbiorcy. Wydaje mi się, że mogło się to wziąć poniekąd z tego, że zamieszkałem w Warszawie i w pewnym momencie poczułem lekki przesyt tym całym hałasem i pędem.
Twoja najnowsza wystawa w Gunia Nowik Gallery „best before” skupia się na elemencie czasu, tworzysz tam obraz w ruchu dosłownie. Czy myślisz o wyjściu poza medium malarskie i stworzeniu na przykład rzeźby?
Jestem otwarty. Aczkolwiek obecnie uważam, że malarstwo jest właśnie tym, co w pełni mnie satysfakcjonuje. Jednak wydaje mi się, że jakąś drogą dla mnie obecnie i punktem wyjścia jest właśnie sposób przedstawienia obrazu i sposób pokazania, czym może on być. Na razie pojawia się ruch. Nie wiem, co pojawi się następnie, co przyniesie czas i w jaki sposób to wyewoluuje, ale ja mimo wszystko chciałbym zostać przy malarstwie, bo je po prostu kocham. Malarstwo zawsze było ze mną – w sensie twórczym – w różnych formach, po prostu było. Towarzyszyło mi bezpośrednio w życiu, które w zasadzie zostało podporządkowane malarstwu. Zawsze kochałem ten proces i robiłem to przez to, że po prostu chciałem eksperymentować, chciałem poszukiwać i poznawać, czym ono jest. Wracając do tematu współczesności w kontekście samego malarstwa, uważam, że można osiągnąć jeszcze bardzo wiele w tym medium. Malarstwo ma w sobie jeszcze bardzo duży potencjał.
Czy nie boisz się, że zostaniesz zaszufladkowany? Masz już w końcu rozpoznawalny styl i ludzie mocno go z tobą kojarzą.
Wydaje mi się, że nie. Ponieważ staram się cały czas to myślenie o malarstwie stymulować i wciąż poszukuję, widzę jeszcze bardzo wiele przestrzeni. W technice, technologii, z której korzystam, czyli z surowego płótna i aerografu. Jeśli chodzi o presję, wydaje mi się, że jest to coś, czego albo nie jestem świadomy sam w sobie, albo po prostu tego nie ma, bo ja kompletnie o tym nie myślę.
W ogóle nie przyszło mi do głowy, że muszę malować w ten sposób, bo to kojarzy się ze mną. Bardziej mam poczucie, że muszę tak malować, bo chcę tak malować i czuję po prostu w tym potencjał. Ale jeśli poczuję kiedyś presję, to po prostu zacznę robić coś innego.
Jan Englert powiedział kiedyś, że zawsze wolał być szanowany niż kochany. A Ty?
Nigdy o tym nie myślałem. Wydaje mi się, że miłość jest na tyle specyficzna, że jeśli się w niej układa, to jest świetnie, ale jak się coś psuje, to burzy się cały świat. Bycie kochanym może być bardzo proste, jeśli jest dobrze, ale jeśli robi się źle, może być przekleństwem. Szacunek jest dużo bardziej uniwersalny. Więc wydaje mi się, że bycie kochanym brzmi dużo bardziej ciekawie.
Gdzie będziemy mogli zobaczyć Jędrzeja Bieńko w 2026 roku?
Jeśli chodzi o plany artystyczne, to najbliższa wystawa odbędzie się 27 marca w Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej w Radomiu. Będzie to wystawa indywidualna, na której oprócz najnowszych prac zaprezentuję też prace z mojego wcześniejszego okresu.