Mistrz amerykańskiego kina, sprawdzona formuła, wielki budżet, plejada gwiazd – Steven Spielberg wraca na ekrany i triumfuje w box office. Po zapisaniu na swoim koncie pokaźnej liczby filmów o kontakcie ludzkości z pozaziemską cywilizacją, w tym „E.T.” czy „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”, reżyser nie zamierza spoczywać na laurach. Nadal chce zdumiewać, intrygować i hipnotyzować widza ekranem. Czy ta ambicja znalazła jednak odzwierciedlenie w ostatecznym efekcie?
Silnikiem napędowym filmu jest nie tylko transcendentalna tajemnica, lecz także polityczno-konspiracyjna intryga. Przez ekran przewija się cała masa postaci, jednak w samym sercu opowieści znajdują się tylko dwie – prezenterka pogody Margaret i analityk ds. cyberbezpieczeństwa Daniel. Z pozoru zupełnie różni ludzie, których łączy nić kontaktu z obcymi oraz walka z rządową organizacją usiłującą utrzymać rejestrujące je materiały z dala od społecznego ucha. Czy uda im się pokonać opresyjny system i upublicznić ściśle tajne informacje?

Zdecydowanie najciekawszym elementem „Dnia objawienia” jest odświeżające ciepło wizji, wyróżniające ją na tle wielu innych współczesnych produkcji. Spielberg, jako ten liberalny, idealistyczny nestor kina, podejmuje rękawice i staje naprzeciw cynizmowi współczesnego świata, podtrzymywanemu również przez samą sztukę audiowizualną. Film można odczytywać jako odpowiedź na chociażby „Bugonię” Yorgosa Lanthimosa – obraz ziejący obślizgłym brudem i mizantropią. Spielberg ostatecznie wierzy w człowieka i jest w tym coś rozczulającego, nawet jeśli momentami ociera się o naiwność.
Na poziomie czysto formalnym „Dzień objawienia” to kinetyczny monster truck. Lokacje zmieniają się w zawrotnym tempie, montaż szarżuje, a kamera niemal nieustannie orbituje wokół bohaterów. Trudno jednak pośród całego tego szaleństwa nie odnieść wrażenia, że tak naprawdę stoimy w miejscu. Mimo wszystkich reżyserskich sztuczek Spielbergowi nie udaje się przykryć emocjonalnej pustki ziejącej z tej opowieści.

Duża w tym wina topornego, wręcz anemicznego scenariusza Davida Koeppa, którego nie powstydziłoby się samo AI. Dialogi mają charakter niemal wyłącznie informacyjny, a postacie nieustannie wypowiadają chirurgicznie precyzyjne kwestie, pozostawiając deficyt emocjonalno-egzystencjalnej tekstury na rzecz wycyzelowanej ekspozycji. W efekcie bohaterowie pozostają ledwie zarysowanymi pacynkami już na poziomie samego języka.
Reżyserska wizja Spielberga również kuleje, momentami staczając się nawet w kręgi jakościowego piekła. Paradoksalnie znacznie lepiej wypadają tu frenetyczne sekwencje sensacyjne niż sceny zdominowane przez metafizykę. To naprawdę zadziwiające, że rzekomy maestro portretowania zderzenia z irracjonalnym i transcendentalnym unurza tego rodzaju momenty w niestrawnej fuzji poważnej sterylności oraz bezbrzeżnego kiczu.
Fantazja filmu nie tylko pozostawia obojętnym, trąci sztucznością oraz ujawnia się bardzo nikle, ale powoduje, że oczy widza przewracają się same. Sekwencje, w których bohaterka grana przez znakomitą Emily Blunt opuszcza siedzibę antagonistycznej organizacji i przemienia się w bliskie osoby jej członków albo cofa się do czasów dzieciństwa, przechodząc przez szafowy portal, zamiast zachwytu wywołują przede wszystkim obezwładniające zażenowanie.

„Dzień objawienia” można interpretować jako metafilm, co najpełniej ujawnia się w finale, gdy – i nie powinno to być szczególnym spoilerem – ludzie wpatrują się w ekrany, kompletnie zahipnotyzowani. Jest w tym coś romantycznego: legendarny reżyser wciąż goni za wywołaniem u widza poczucia zniewalającego, nomen omen, objawienia. Ironia polega jednak na tym, że film spędza ponad dwie godziny na próbie rewitalizacji tego spielbergowskiego ducha tylko po to, by ostatecznie udowodnić, jak niepowracalnie zastygł on już w annałach historii.
![Nazwisko nie zawsze gwarantuje jakość. Widzieliśmy „Dzień objawienia” [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_11_9e7fc8aa12.jpg&w=1920&q=80)





