Paczkomaty już jakiś czas temu stały się nieodłączną częścią polskiego krajobrazu. Trend jest na tyle silny, że wyszedł poza branżę paczkową. Ale czy automat z trumnami to nie lekka przesada?
W ostatnich latach liczba automatów dynamicznie wzrasta – idąc na spacer w większym mieście, trudno nie natknąć się przynajmniej na jeden. Mimo że pierwszy paczkomat InPost został uruchomiony we wrześniu 2009 roku, szczyt popularności osiągnęły dopiero w latach 20. A wraz z popularnością pojawili się naśladowcy. W ostatnim czasie nawet całkiem nietypowi.
Wszystko zaczęło się na Śląsku
Dokładnie na tym dolnym. To tam, przy ulicy Bobrzej we Wrocławiu, już w marcu 2022 roku stanął pierwszy ziemniakomat. Pomysłodawcą był student rolnictwa Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, który dostarczał ziemniaki ze swojego gospodarstwa do automatu.
Mimo możliwości zakupu kilku odmian warzywa, automat nie przetrwał. Jego popularność nie wyszła poza wrocławskie Popowice, a małe zainteresowanie skutkowało często przemrożeniem czy gniciem zamkniętych w boksach bulw.
Po trzech latach pomysł wrócił – tym razem jednak na tym drugim Śląsku, w miasteczku Radlin, gdzie para rolników zajmujących się uprawą ziemniaków i pszenicy w grudniu zeszłego roku otworzyła swoją wersję ziemniakomatu. Płatności gotówkowe zamienili na kartę i umożliwili zakup dwóch odmian bulw. A kto na Śląsku nie ofachlowałby kartofla?
Do gry dołączyło stołeczne Zoo
Ze względu na dużą liczbę rannych ptaków trafiających dorocznie do Ptasiego Azylu, warszawskie Zoo, przy którym znajduje się Azyl, postanowiło usprawnić proces przyjmowania zwierząt. Całodobowy Ptasi Punkt Przyjęć, otwarty w lutym 2026 roku, przypomina znane wszystkim paczkomaty z różnymi wielkościami skrytek.
Punkt przyjęć podzielono na dwie części. Do jednej dostęp mają osoby przynoszące ranne zwierzątko, do drugiej zaś pracownicy. Jak zapewniają specjaliści z Ptasiego Azylu, ograniczona liczba bodźców i półmrok pomagają w wyciszeniu i uspokojeniu ptaka przed badaniem.
„Mat” z piekła rodem
Najświeższy z kolekcji dziwnych automatów, a zarazem budzący największe kontrowersje, jest ustawiony niedawno w pobliżu Cmentarza Rakowickiego w Krakowie „trumnomat". Mimo że z wyglądu przypomina automat sprzedażowy, nie da się w nim kupić trumny czy urny – można ją za to dokładnie obejrzeć. Ustawiona w przestrzeni publicznej wystawka należy do pobliskiego zakładu pogrzebowego, który chciał dać klientom możliwość zapoznania się z asortymentem bez wchodzenia do środka lokalu. Efekt jest jednak piorunujący.
Automat ma wśród krakowian wielu przeciwników, którzy zarzucają zakładowi pogrzebowemu komercjalizację śmierci i zniszczenie jej patosu. Internet go jednak pokochał. Są tacy, którzy nie widzą w nim nic niezwykłego, mówiąc że wpisuje się w filozofię memento mori, ale są też tacy, dla których jest on szczytem komedii.
Bo czego jak czego, ale polskiej przedsiębiorczości nie można odmówić tupetu. Kiedy reszta Europy zastanawia się, jak zdigitalizować usługi publiczne, my pakujemy trumny do automatu i nazywamy to innowacją. I szczerze? Może to dobrze. Skoro paczkomat zmienił nasze życie, to może trumnomat zmieni naszą śmierć.
