Anna Rupacz zaprasza do świata typów filmowych. Opowiada o zwrocie polskiego kina w stronę tego, co intymne i osobiste, przedstawia nam Helenę Stańczyk i Oskara Sadowskiego – twórców, których zdecydowanie warto śledzić, a także zagląda do świata horroru.
Zwrot ku autentyczności
Polskie kino coraz wyraźniej zwraca się dziś ku temu, co osobiste, intymne i emocjonalne. Zamiast wielkich tematów opowiadanych z dystansu coraz częściej interesuje je człowiek – jego lęki, relacje, potrzeba bliskości i próba odnalezienia własnego miejsca w świecie. To nowa wrażliwość, w której autentyczność staje się nie tylko środkiem artystycznym, ale także formą buntu wobec coraz bardziej wystylizowanej rzeczywistości.
Ten zwrot dobrze widać w najnowszych polskich produkcjach. W „Kandydatach Śmierci” Maciej Cuske, dotąd kojarzony z kinem o mocniejszym społecznym zacięciu, sięga po materiał najbardziej osobisty z możliwych – kilkanaście lat nagrań własnego syna Stasia i jego przyjaciół, którzy podczas wakacji kręcili amatorskie horrory klasy B. Z pozornie błahych, domowych zapisów powstaje opowieść o dorastaniu, przyjaźni, przemijaniu i pamięci. Kamera nie obserwuje bohaterów z zewnątrz, ale jest częścią ich życia.
Podobny kierunek wyznacza „Powiedz mi, co czujesz” Łukasza Rondudy, czyli intymna opowieść o miłości i młodym pokoleniu wychowanym w kulturze terapeutycznej, w której język emocji stał się jednym z podstawowych sposobów opisywania siebie. Film pyta nie tylko o to, co czujemy, lecz także o to, czy potrafimy jeszcze być naprawdę blisko drugiego człowieka.
Do tej fali można dopisać również „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” Emi Buchwald – historię czwórki rodzeństwa wchodzącego w dorosłość. Reżyserka łączy w filmie obserwację relacji rodzinnych z formalną odwagą. Dzieli film na rozdziały, a realistyczną opowieść prowadzi na granicy rzeczywistości i metafizyczności.
Twórców interesuje nie tyle bohater reprezentujący określone pokolenie czy problem społeczny, ile konkretny człowiek ze swoją niejednoznacznością, wrażliwością i emocjami. Autentyczność staje się sposobem opowiadania o współczesności – czasem poprzez prywatne archiwum, czasem przez rozmowę o uczuciach, a czasem przez historię rodziny.
To zjawisko dobrze współgra z atmosferą tegorocznego Festiwalu Filmowego w Cannes. Po raz pierwszy od 2017 roku na Lazurowym Wybrzeżu zabrakło głośnych hollywoodzkich produkcji i widowisk największych amerykańskich studiów. W centrum uwagi znalazło się autorskie kino z całego świata. Być może właśnie w takim pejzażu najlepiej widać kierunek, w którym zmierza również polskie kino – mniej efektu, więcej człowieka, jego emocji i prawdy. Andrzej Wajda mówił, by szukać bohatera swoich czasów. Dziś tym bohaterem wydaje się być człowiek, który przede wszystkim próbuje zrozumieć samego siebie.
Nowe pokolenie twórców horroru
Wszystko zaczęło się od Jordana Peele’a, Roberta Eggersa i Ariego Astera, którzy udowodnili, że horror może być jednocześnie ambitny, autorski i atrakcyjny dla szerokiej publiczności. Kilkanaście lat później tę zmianę wyraźnie widać na przykładzie Curry’ego Barkera i Kane’a Parsonsa – twórców, którzy zrealizowali swoje pierwsze projekty niewielkim kosztem, a następnie przebili się do głównego nurtu kina.
Ich historie pokazują, że w horrorze nie zawsze liczy się rozmach produkcji. Barker dzięki „Obsesji” udowodnił, jak wiele można osiągnąć za pomocą prostego, ale przewrotnego pomysłu i konsekwentnej wizji. Parsons poszedł jeszcze dalej – swoją przygodę zaczynał od krótkich filmów publikowanych na YouTubie, by ostatecznie przenieść fenomen „Backrooms” na wielki ekran i stworzyć kinowy hit.
To część szerszej zmiany zachodzącej w gatunku. Widzów coraz częściej przyciągają świeże koncepcje, charakterystyczny klimat i historie wyrastające z doświadczeń współczesnej kultury, również tej internetowej. Sukces Barkera i Parsonsa pokazuje, że droga do Hollywood może dziś prowadzić nie przez wielkie studia i ogromne budżety, lecz przez kreatywność, eksperymentowanie i umiejętność znalezienia własnego, filmowego języka.
Opowiadać to, co niewypowiedziane
Zapytany o moment, w którym po raz pierwszy pomyślał o reżyserii, Oskar Sadowski wraca do wspomnienia z dzieciństwa. Jego ojciec, usypiając go w domu dziadków, powiedział synowi, że chciałby, by ten został reżyserem. Sadowski wspomina dziś tę sytuację z dystansem, zastanawiając się, czy sugestia nie okazała się przypadkiem prorocza. Niedługo później sam zaczął coraz intensywniej interesować się kinem – pochłaniał filmy, oglądał Oscary i odkrywał twórców, którzy kształtowali jego wrażliwość. Jednym z ważnych doświadczeń okazał się film „Godziny” Stephena Daldrego z Nicole Kidman, po obejrzeniu którego, jak sam przyznaje, stał się małoletnim psychofanem aktorki.
Równolegle coraz mocniej fascynował go teatr, a szczególnie twórczość Krystiana Lupy. Jako dziesięciolatek zobaczył „Zaratustrę”, a cztery lata później trafił na ośmiogodzinne „Factory 2”. Po maturze Sadowski sam zdobył numer do Lupy, zadzwonił i powiedział, że jego marzeniem jest uczyć się od reżysera. Przez lata był jego asystentem przy teatralnych produkcjach na całym świecie.
I choć jego głównym polem działania pozostawał teatr i opera, Sadowski coraz śmielej przenosi swoje zainteresowania na film. W 2020 roku zrealizował „Balladynę” – pełnometrażowy eksperymentalny projekt, który stał się ważnym etapem jego poszukiwań związanych z cielesnością, erotyką i granicami między różnymi dziedzinami sztuki. Do filmu powrócił teraz za sprawą „Pieśni o Nocy”, swojego pierwszego krótkometrażowego projektu fabularnego. Punktem wyjścia do historii stało się zdarzenie, o którym usłyszał podczas orgii. Zasłyszana opowieść przerodziła się w kameralną historię o samotności, miłości i życiu w ukryciu, która podczas minionego Krakowskiego Festiwalu Filmowego zdobyła wyróżnienie Stowarzyszenia Kin Studyjnych.
Zarówno w teatrze, jak i w filmie Sadowskiego interesuje to, co dzieje się z człowiekiem, kiedy zderza własne pragnienia z poczuciem wstydu i społecznymi oczekiwaniami. Szczególne miejsce zajmuje w jego twórczości doświadczenie queerowe – związana z nim wewnętrzna walka ze wstydem, lękiem i potrzebą ukrywania własnej tożsamości. Interesuje go cielesność, seksualność i intymność, ale także sposób, w jaki te doświadczenia wpływają na relacje z samym sobą i innymi ludźmi.
Obecnie Sadowski pracuje nad dwoma filmowymi scenariuszami pełnometrażowymi. Jeden z nich będzie fabułą balansującą na granicy dokumentu i fikcji, drugi – queerowym thrillerem. W obu ponownie sięga po tematy i doświadczenia, które są mu bliskie. Nie wyklucza, że jego kolejne filmy z czasem ułożą się w rodzaj nieoczywistej autobiografii – osobistej, choć przefiltrowanej przez fikcję, wyobraźnię i jego własny sposób patrzenia na świat.
Z rodzinnego archiwum
Helena Stańczyk, laureatka Nagrody im. Zuzanny Jagody Kolskiej w sekcji Shortlista na 26. MFF Tauron Nowe Horyzonty, swoją przygodę z filmem rozpoczęła jako trzynastolatka na warsztatach z animacji. Początkowo przyjeżdżała na nie jako uczestniczka, dziś pojawia się tam w roli opiekunki artystycznej. Studentka łódzkiej szkoły filmowej tworzy krótkie metraże, w których szczególne miejsce zajmują osobiste historie. Jej nagrodzony film „Maluję swój autoportret, a wychodzi mi moja siostra” opowiada o Alicji i Bożenie Wahl – siostrach bliźniaczkach i artystkach wizualnych. Punktem wyjścia stały się dzienniki Alicji, obejmujące ponad czterysta pięćdziesiąt zeszytów prowadzonych przez blisko pół wieku. Intymne zapiski o sztuce, życiu i skomplikowanej relacji między siostrami Helena połączyła z archiwalnymi fotografiami, nagraniami i pracami artystek oraz animacją wykorzystującą kolaż, rysunek cyfrowy i malowanie tuszem. Literacką warstwę dzienników podkreśla narracja Magdaleny Cieleckiej, której charakterystyczny głos nadaje opowieści emocjonalną głębię.
Film ma dla reżyserki szczególnie osobisty wymiar – Alicja Wahl była jej prababcią. Na jej dzienniki trafiła dzięki swojej mamie, która po śmierci Alicji zaczęła porządkować i poznawać pozostawione przez nią materiały. „Lubię opowiadać rodzinne historie. Mam wtedy poczucie, że film jest nie tylko dla widza, ale przede wszystkim dla moich najbliższych, a to jest dla mnie ważne” – mówi.
Helena nie zamierza na razie rezygnować z krótkiego metrażu, ale nie wyklucza, że w przyszłości to się zmieni. Nadal chce tworzyć przede wszystkim animowane dokumenty, a także eksperymentować z łączeniem animacji z klasycznymi materiałami filmowymi. Zapowiada, że ma już pomysły na kolejne projekty, w tym film poświęcony jej rodzinie. Jak sama podkreśla, najważniejsze pozostaje dla niej opowiadanie historii – osobistych, ale jednocześnie na tyle uniwersalnych, by mogły odnaleźć w nich coś także osoby spoza jej najbliższego otoczenia.
Typy to jeden z filarów każdego magazynu K MAG. Nasi redaktorzy i redaktorki dokładają wszelkich starań, żeby opowiedzieć wam o nietuzinkowych zjawiskach i wybitnych postaciach ze świata muzyki, sztuki, mody, dizajnu i filmu.

![Z Warszawskiej Szkoły Filmowej do Studenckich Oscarów. Rozmawiamy z Leonem Korzyńskim i Dominikiem Mireckim [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_fot_kadr_z_filmu_Kamathipura_Express_01d38bd3c3.jpeg&w=1920&q=75)



