Serial dokumentalny „No One Saw a Thing” Sundance TV, dostępny na Prime Video, osiągnął najwyższyy wynik na Rotten Tomatoes. Ten sześcioodcinkowy cykl prowokuje pytania o granice moralności na amerykańskiej prowincji, gdzie przemoc stała się aktem zbiorowego milczenia.
Zmowa milczenia
10 lipca 1981 roku w Skidmore w Missouri – miasteczku liczącym ledwie kiluset mieszkańców – Ken Rex McElroy został zastrzelony na głównej ulicy. Sprawców widziało od trzydziestu do czterdziestu osób. Nikt nie widział nic. Oficjalnie.

fot. Sundance Now
McElroy przez dekady terroryzował lokalną społeczność: groźby, pobicia, podpalenia, gwałty. Prawnik Richard Gene McFadin wyciągał go z opresji ponad dwadzieścia razy, wykorzystując luki w prawie i opieszałość sądów małych miast. Kiedy w 1980 roku postrzelił starszego sklepikarza Bo Bowenkampa, a sąd znów odroczył wyrok, mieszkańcy Skidmore powiedzieli dość. Dzień po zebraniu strażników McElroy nie żył – zabity w swoim chevrolecie przy barze D&G Tavern.
FBI przesłuchiwało świadków. Prokuratura usiłowała rozbić mur milczenia. Bezskutecznie. Sprawa pozostała nierozwiązana, choć wszyscy wiedzieli, co się wydarzyło.
Czym różni się od typowego true crime?
Sundance TV wyemitowało serial w sierpniu 2019 roku; Prime Video udostępniło go później na swojej platformie. Różnica między „No One Saw a Thing” a standardowym formatem gatunku polega na rezygnacji z jednoznacznego wartościowania. Simone nie szuka sensacji – buduje portret społeczności uwikłanej w przemoc strukturalną, gdzie prawo zawiodło na tyle, że ludzie wzięli je w swoje ręce.
Pierwszy odcinek koncentruje się na McElroyu jako postaci: świadkowie opisują lata zastraszania, nieskuteczne interwencje policji, przypadki, w których ofiary wycofywały zeznania ze strachu. Kolejne odcinki dekonstruują mit sprawiedliwości ludowej – okazuje się, że po śmierci McElroya Skidmore nie stało się sielanką. Następne przypadki przemocy, niewytłumaczone zaginięcia (w tym Branson Perry'ego w 2001 roku), atmosfera podejrzliwości między sąsiadami. Serial konkluduje: kiedy wspólnota decyduje się na samosąd, przekracza granicę, po której trudno wrócić do normalności.
Psycholog zajmujący się kulturą medialną dr Michael Levine, cytowany przez magazyn The Guardian, wyjaśnia ten efekt:
Seria skrytykowała rodzina McElroya – szczególnie wdowa po zamordowanym, która miała piętnaście lat, gdy za niego wyszła (wcześniej była przez niego molestowana). Trena oskarżyła twórców o jednostronność. W wywiadzie dla stacji KCTV5 powiedziała:
Serial nie idealizuje ani ofiar, ani mieszkańców – pokazuje również ich przemoc, hipokryzję i rasizm (wątek Roberta Fry'a, czarnoskórego emeryta zamordowanego w 2000 roku w okolicznościach, które miejscowi usiłowali zatuszować).

fot. Sundance Now
Serial unika typowej dla true crime dramaturgii – brak przerysowanej rekonstrukcji, brak thrillera. Zamiast tego: długie ujęcia twarzy rozmówców, cisza między zdaniami, archiwalne nagrania z procesu McElroya, na których adwokat McFadin z niezachwianym spokojem podważa zeznania ofiar.
Montażystka Maya Daisy zestawiła materiał tak, że sprzeczności między relacjami wychodzą na jaw naturalnie – widzowie sami zauważają rozbieżności, nikt im nie podpowiada. W jednym z wywiadów dla „IndieWire” Simone powiedział:
„No One Saw a Thing” można obejrzeć na Prime Video w Polsce (dostępny w subskrypcji). Serial ma sześć odcinków po około pięćdziesiąt minut każdy. Po premierze nie ogłoszono kontynuacji, co wydaje się zamierzone. Simone stworzył opowieść, której otwarte zakończenie jest elementem przekazu.
