„Pieśni piekarzy polskich” w reżyserii Ewy Galicy i Piotra Polaka to historia dwóch piekarzy, którzy znikają z miejsca pracy – mimo umowy, mimo obietnic, mimo całej tej nowomowy o „rodzinnej atmosferze” w modnej, rzemieślniczej piekarni.
Tekst Mariusza Gołosza nie powstał w próżni akademickiej ani w wyniku dramaturgicznych badań terenowych. Gołosz – absolwent filozofii, który przez pięć lat pracował jako piekarz w Katowicach, Sopocie i Krakowie – przepuścił swoją frustrację przez sitko zawodowej porażki i wycisnął tekst, który brzmi jak raperski track nagrany o trzeciej nad ranem, gdy mięśnie bolą od dźwigania mąki, a szef właśnie wysłał kolejnego pasywno-agresywnego SMS-a.
Spektakl, który zadebiutował jako dyplom Klaudii Gębskiej w Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, zbierał nagrody na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych i Forum Młodej Reżyserii. Teraz dostaje drugą odsłonę w Nowym Teatrze – w wersji koncertowej, gdzie aktorzy na żywo tworzą ścieżkę dźwiękową.
W tej realizacji reżyserię dzielą Ewa Galica – młoda twórczyni nagrodzona za spektakle „A ja żyję bardzo” i „Minuta w Ciemności” – oraz Piotr Polak, aktor związany z Nowym od 2011 roku, dla którego jest to reżyserski debiut.

fot. Tomek Janus / @tomekjanus
Muzykę skomponował Borys Kunkiewicz, scenografię przygotował Jędrzej Hechłacz. Obsada – Ewelina Pankowska, Piotr Polak, Jan Sobolewski i Michał Surówka – buduje narrację na styku dokumentu i baśni. Bo to właśnie mroczna baśń o pracodawcach i pracobiorcach, refleksja na temat pracy dającej chwilowe poczucie pożyteczności i równie szybko zabierającej godność. Piekarnia, miejsce, które kojarzymy z domowym ciepłem i tradycją rzemiosła, okazuje się przestrzenią, gdzie nie obowiązuje prawo pracy, tylko prawo silniejszego. Gdzie „świadomi społecznie właściciele” zatarli realny obraz fizycznej pracy bez snu.

fot. Tomek Janus / @tomekjanus
„Pieśni piekarzy polskich” to spektakl potrzebny, bo obnażający. Pokazujący, że estetyka nie zastępuje etyki, a instagramowa wizualność nie zmienia warunków pracy. Że za szklaną szybą, przez którą patrzymy na ciężko pracujących robotników, kryje się mechanizm, który zjada ludzi równie skutecznie jak piec trawi drewno. I że rap w piekarni to nie fanaberia, ale przestrzeń wolności – jedyna, jaka została.


