Po piętnastu latach wspólnej pracy z bratem Bennym, Josh Safdie, w swoim pierwszym solowym projekcie od czasu „The Pleasure of Being Robbed” z 2008 roku, udowadnia swoją reżyserską potęgę. Tym samym tworzy jeden z najgłośniejszych filmów ostatniego czasu, będący portretem skomplikowanej postaci i ironiczną opowieścią o amerykańskim micie sukcesu.
„Wielki Marty” mieści się w ramach fabularyzowanej biografii. Historia mistrza tenisa stołowego, którego talent dorównuje skomplikowanej, momentami wręcz odpychającej osobowości, jest luźno inspirowana losami legendarnego gracza Marty'ego Reismana.
Akcja rozpoczyna się w 1952 roku. Marty Mauser (Timothée Chalamet) utknął w pracy sprzedawcy butów w sklepie wujka na Lower East Side. To życie, którego nie wybrał i które, jak czuje, zostało zaplanowane za niego. Jego ucieczką staje się tenis stołowy – dyscyplina marginalizowana, niemal lekceważona w powojennej Ameryce. Dla Marty’ego sport ten staje się jednak sposobem na wymknięcie się z przeciętności i drogą do spełnienia marzeń o sukcesie i sławie.
fot. materiały prasowe Monolith FilmsProblem polega na tym, że Mauser jest bohaterem trudnym. Arogancki, wygadany i przekonany o własnej wyjątkowości, lekceważy ludzi wokół siebie i nie zwraca uwagi na konsekwencje swoich działań. Na jego drodze stają nadopiekuńcza matka (Fran Drescher), która posuwa się nawet do udawania swojej choroby, ciężarna dziewczyna (w tej roli genialna Odessa A’zion), puste kieszenie oraz cały system kapitalistyczny, który nie przewiduje miejsca dla mistrza niszowej dyscypliny. Pomimo przeciwności, bohater nie dopuszcza do siebie myśli o porażce, przekonany, że wiara w siebie w zupełności mu wystarczy.
Dlatego film to opowieść o cenie, jaką płaci się za podążanie za wielkimi marzeniami. Safdie pokazuje, jak trudne, a momentami wręcz wyniszczające, bywa wiązanie się z osobą, która nie bierze odpowiedzialności za swoje czyny. Jednocześnie reżyser nie potępia swojego bohatera wprost. Film nieustannie balansuje między fascynacją bezczelną determinacją tenisisty stołowego a irytacją, jaką budzi on przez niemal dwie i pół godziny wzlotów i bolesnych upadków. Choć to całkiem ironiczne, rola Marty’ego Mausera może okazać się najdojrzalszą w karierze Chalameta.
fot. materiały prasowe Monolith FilmsNa uwagę zasługuje także ścieżka dźwiękowa stworzona przez Daniela Lopatina (znanego także jako Oneothrix Point Never), która w intrygujący sposób łączy autorską muzykę z największymi hitami lat osiemdziesiątych. Ten anachroniczny zabieg – przy akcji osadzonej w latach pięćdziesiątych – początkowo zaskakuje, lecz szybko okazuje się trafnym narzędziem budowania napięcia i podkreślania uniwersalności historii.
Jak przystało na filmy braci Safdie, poza fenomenalną obsadą, na ekranie pojawiają się także nietuzinkowe postacie. Współpracując z jedną z najlepszych hollywoodzkich reżyserek castingu, Jennifer Venditti, Safdie portretuje wyrazistych nowojorczyków – w większości granych przez osoby, które nie są zawodowymi aktorami.
Kevin O’Leary, kanadyjski przedsiębiorca i osobowość telewizyjna, wciela się w Miltona Rockwella – manipulacyjnego biznesmena oraz męża gwiazdy filmowej Kay Stone (Gwyneth Paltrow). Raper Tyler, The Creator gra Wally’ego, lojalnego przyjaciela Marty’ego i taksówkarza, który zostaje wciągnięty w jego szalony plan. Japoński mistrz tenisa stołowego Koto Kawaguchi debiutuje na ekranie w roli Koto Endo, największego przeciwnika głównego bohatera. W rzeczywistości Kawaguchi zdobywał tytuły mistrzowskie w turniejach tenisa stołowego dla osób niesłyszących.
fot. materiały prasowe Monolith FilmsW obsadzie pojawia się również kultowa postać nowojorskiej sceny filmowej, a zarazem aktor i reżyser, Abel Ferrara, który wciela się w Ezrę Mishkina – brutalnego i mściwego przestępcę. A to wciąż nie wszyscy niecodzienni bohaterowie, którzy pojawiają się w filmie. Swój sekretny udział w produkcji miał także Robert Pattinson, którego można usłyszeć jako sędziego podczas sceny półfinałów British Open na początku filmu.
„Wielki Marty” to film bystry, cięty i pełen humoru, a po seansie zostawia widza z nieoczywistymi refleksjami i odczuciami. To kino o ambicji, ego i mechanizmach rządzących światem – opowiedziane z energią, stylem i precyzyjnie poprowadzonymi kreacjami aktorskimi. To taki rodzaj filmu, dla którego naprawdę chce się chodzić do kina. Bo choć ostatecznie Marty nie odnosi największego sukcesu, porażka zmusza go do konfrontacji z samym sobą, a wszystkie te doświadczenia czynią go lepszym człowiekiem. Przynajmniej na chwilę.
W kinach od 30 stycznia.

![„Wielki Marty” – nie każdy zwycięzca trafia na podium [RECENZJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_M_15_56e8167d35.jpg&w=1920&q=60)
